Adam Jasser: Przegapiliśmy euro? Wsiądźmy do ERM2.
Tarapaty budżetowe, w jakie wpadły kraje naszego regionu aspirujące do strefy euro, odsunęły w daleką przyszłość możliwe daty przyjęcia przez nie wspólnej waluty. Nie wcześniej jak w 2011 lub 2012 dług publiczny i deficyt budżetowy zbliżą się do poziomu kryteriów z Maastricht, co z kolei oznacza, że kraje te wejdą do strefy euro najwcześniej w 2014 lub 2015.
Tego procesu nie da się łatwo przyspieszyć. Przeciwnie, istnieje ryzyko, że światowa gospodarka będzie odbijać się od dna bardzo powoli, co byłoby równoznaczne z odłożeniem euro o kolejne kilka lat. Jednocześnie nie ma co się łudzić, że Komisja Europejska, Europejski Bank Centralny i wiodące kraje strefy euro kiwną palcem, aby rozluźnić kryteria i zezwolić na szybką ścieżkę dla zbiorowej akcesji Polski, Węgier i państw bałtyckich, tak jak to rekomenduje Międzynarodowy Fundusz Walutowy i wielu ekspertów. Z ekonomicznego punktu widzenia, scenariusz „szybkiej ścieżki” ma silne podstawy. Ma tylko jedna wadę -- ze względów politycznych i częściowo także ekonomicznych, nikt się na nią nie zgodzi w momencie, gdy kryzys ekonomiczny już nadwyrężył wiarygodność strefy euro. Łamanie kryteriów przez istniejących członków klubu euro to jedno, a majstrowanie przy nich w ciężkich czasach po to by wpuścić kolejnych delikwentów to zupełnie inna bajka.
To niezbyt dobra wiadomość dla tych nowych członków UE, którzy w przeciwieństwie do Słowacji i Słowenii przegapili okazję przyjęcia wspólnej waluty tuż po wejściu do Unii. Słowacja i Słowenia zostały wynagrodzone za swoją determinację: kiedy rok temu wybuchł kryzys, nagle awansowały do grona dojrzałych gospodarek, podczas gdy pozostałe kraje spadły w oczach inwestorów i w powszechnej opinii do kategorii chwiejnych rynków wschodzących, którą dzielą m.in. z Ukrainą czy Mołdawią. Nagle odżyła koncepcja „Europy Wschodniej” jako grupy państw równie ryzykownych dla inwestorów, mimo wyraźnych różnic w tym, jak poszczególne kraje radziły sobie z kryzysem i jak zawansowana jest ich integracja z Unią.
Nawet w Polsce, która jako jedyna w całej UE odnotowała w tym roku wzrost gospodarczy, krajowa waluta uległa silnemu osłabieniu, dostęp do kapitału zamarł i koszty obsługi długu wzrosły znacząco, a wszystko dlatego, że zaczęto traktować Polskę niczym kolejną Argentynę skazaną na bankructwo. Spowodowany tym masowy odpływ kapitału ogranicza możliwości powrotu Polski i innych krajów spoza strefy euro na ścieżkę szybkiego wzrostu, bez którego nie dogonią one krajów Europy Zachodniej.
A zatem cały region znalazł się w sytuacji paradoksalnej: potrzebujemy szybkiego wzrostu, aby naprawić finanse publiczne i spełnić kryteria z Maastricht, tyle tylko, że będąc poza strefą euro mamy ograniczony dostęp do kapitału, a siłą rzeczy wolniejszy wzrost. Taka jest cena straconych szans.
Co może dać ERM2?
W momencie, gdy szybkie uzdrowienie finansów publicznych wydaje się zadaniem niewykonalnym, rządy Europy Środkowej powinny rozważyć przyspieszone wejście do Mechanizmu Kursu Walutowego, tzw. ERM2. W ramach tego „przedpokoju strefy euro” waluty krajów kandydujących mogą zmieniać się tylko w pewnych widełkach w stosunku do ustalonego kursu wobec euro.
Z kilku powodów to rozwiązanie byłoby korzystne dla krajów Europy Środkowej, o ile oczywiście wejście do euro nadal będzie ich priorytetem politycznym, wspieranym przez wiarygodną politykę makroekonomiczną.
Po pierwsze, wejście do ERM2 zmniejszyłoby wahania kursu walutowego, zmniejszając niepewność krajowych i zagranicznych inwestorów oraz instytucji kredytowych. Wystarczy spojrzeć na huśtawkę, jakiej doświadczył złoty w ciągu ledwie jednego miesiąca, aby zrozumieć, dlaczego ryzyko walutowe tworzy olbrzymią niepewność dla przedsiębiorstw, inwestorów i ewentualnych pożyczkodawców zagranicznych. A to dlatego, że zmieniłby się ich status – przestałyby być postrzegane jako rynki wschodzące, ale jako kraje, które wkrótce wejdą do pierwszej ligi, jaką jest strefa euro. Kredytobiorcy z krajów Europy Środkowej płaciliby mniej za kredyty i łatwiej byłoby im konkurować o tak przecież trudno dostępny kapitał.
Po drugie, wejście do ERM2 wymogłoby dyscyplinę budżetową i większą współpracę między partiami politycznymi, bankami centralnymi i innymi agencjami rządowymi w zakresie realizacji działań sprzyjających wejściu do strefy euro. Ten właśnie mechanizm zadziałał na Słowacji.
Po trzecie, wejście do ERM2 oznaczałoby, że Komisja Europejska i Europejski Bank Centralny stałyby się współodpowiedzialne za starania tych krajów o wejście do strefy euro, zamiast jak dotąd biernie się im przyglądać. EBC byłby na przykład zobligowany do wsparcia swoimi olbrzymim arsenałem rezerw walutowych banków centralnych krajów kandydujących, gdyby interwencja na rynku w celu utrzymania stabilności kursu okazała się niezbędna.
Wreszcie po czwarte, ERM2 odegrałby rolę, do jakiej został zaprojektowany, to znaczy mechanizmu przejściowego pomiędzy płynnym a sztywnym kursem walutowym. Dzięki ERM2, łatwiej byłoby wyznaczyć akceptowalny przez wszystkie strony kurs, po jakim waluty regionu wchodziłyby ostatecznie do strefy euro, gdyż ten mechanizm pozwala „przetestować” różne poziomy kursu w ramach pewnego korytarza. Tymczasem, gwałtowne przejście od zupełnie płynnego do stałego kursu walutowego niesie ze sobą ryzyko arbitralnego ustalenia jego poziomu, co z kolei otwiera pole do spekulacji i stwarza pole dla upolitycznionych i gorących sporów między kandydatami do strefy euro a EBC i krajami już w niej będącymi.
Niechciane ERM2
Jak na ironię, w momencie, gdy Komisja Europejska nieśmiało sugeruje wejście do ERM2 jako krok naprzód w stronę euro pomimo trudnej sytuacji ogólnej, potencjalni beneficjenci odnoszą się do tak zwanego „węża walutowego” niechętnie.
Podczas niedawnej konferencji na temat euro zorganizowanej przez demosEUROPA w ramach Forum Ekonomicznego w Krynicy, sugestia przedstawiciela Komisji, aby kraje Europy Środkowej rozważyły wejście do ERM2 bez precyzowania daty przyjęcia euro, zaskoczyła polskich uczestników dyskusji.
To dlatego, że przyzwyczailiśmy się traktować ERM2 jako zło konieczne, swoisty czyściec przed wejściem do strefy euro. Tym samym, dogmatem stał się pogląd, ze należy wchodzić do ERM2 jak najpóźniej (najlepiej, gdy już znana jest data przyjęcia euro) i pozostawać w nim tylko przez obowiązkowe dwa lata i ani dnia dłużej. Innym argumentem jest twierdzenie, jakoby wejście do ERM2 stanowiło zachętę dla spekulantów walutowych, co narażałoby bank centralny na ryzyko kosztownych interwencji w celu obrony kursu.
Obydwa argumenty nie są bezzasadne, warto jednak zastanowić się, jak wysokie jest faktyczne ryzyko i na ile kryzys zmienił tu warunki gry.
Jeżeli chodzi o spekulację, to rzeczywiście analizy z przed kryzysu wskazują na wysokie ryzyko ataku spekulacyjnego, a co za tym idzie wymuszonej dewaluacji w ramach ERM2. Jakiekolwiek wahania polityków w kwestii przyjęcia euro (albo brak konsensusu międzypartyjnego – jak w Polsce) zachęcałyby spekulantów do tego, by sprawdzić determinację władz. Słynne katapultowanie się Wielkiej Brytanii z dawnego systemu ERM ciąży na myśleniu wielu polityków i ekonomistów. Ale łatwo jest przeszacować to ryzyko. Przykład brytyjski jest dla Polski nietrafiony, gdyż Brytyjczycy nie widzieli ERMu jako drogi do euro, któremu są z gruntu niechętni. Ich przygoda z ERM bywa słusznie traktowana jedynie jako próba wyeksportowania inflacji za granicę. To natomiast nie wchodzi w grę w przypadku aktualnych kandydatów, którzy są zobowiązani traktatami akcesyjnymi do przyjęcia euro i dla których euro byłoby pomocne w procesie doganiania Zachodu. Poza tym, ryzyko dewaluacji jest mniejsze, bo od momentu upadku Lehman Brothers w zeszłym roku w waluty regionu już i tak mocno spadły i pole dla ich dalszej deprecjacji jest ograniczone. Jeżeli kraje w regionie wrócą na ścieżkę wzrostu za rok lud dwa, na pewno powróci trend umiarkowanej aprecjacji ich walut. Natomiast ERM2 dopuszcza względnie szeroki, 15%-owy zakres odchyleń od kursu w każdą stronę, choć można te widełki stopniowo zawężać przygotowując się do ustalenia ostatecznego parytetu wymiany. Wszystkie te czynniki plus wizja interwencji EBC powinny zniechęcić ewentualnych spekulantów. A jeśli te argumenty komuś nie wystarczają, to kryzys pokazał, jak olbrzymie jest ryzyko odpływu kapitału, dewaluacji i „zarażenia” się niestabilnością od innych rynków wschodzących. A zatem w ostatecznym rozrachunku, politycy muszą zdecydować, które ryzyko jest większe lub trudniejsze w zarządzaniu. Dziś staje się jasne, że ERM2 to bezpieczniejsze rozwiązanie.
Postulat możliwie krótkiego przebywania w ERM2 także wydaje się przesadzony. W rzeczywistości bowiem atrakcyjna wydaje się perspektywa utrzymania elastyczności w zakresie wyboru ostatecznej daty przyjęcia euro. Politycy nie powinni łudzić się, że uda się im przewidzieć najlepszy termin z dwuletnim wyprzedzeniem. Będą w tej mierze zawsze skazani na niedoszacowanie lub przestrzelenie. Dlaczego więc nie mielibyśmy wejść do ERM2 wcześniej, odsiedzieć dwuletni wyrok i albo przyjąć euro od razu, jeśli wewnętrzne i zewnętrzne wskaźniki poprawią się szybciej niż przypuszczaliśmy; albo chwilę poczekać, jeśli sytuacja tego by wymagała. Jednym słowem, wejście do ERM2 daje politykom większe a nie mniejsze pole manewru w wyborze optymalnej daty przyjęcia euro.
Do odważnych świat należy
Dyskusja wokół ERM2 odzwierciedla klasyczny spór pomiędzy ostrożnością a podejmowaniem kalkulowanego ryzyka. Dotychczasowa ostrożność poskutkowała straconą szansą, dlatego być może warto spróbować drugiej opcji. Po upadku komunizmu kraje Europy Środkowej przeprowadziły przecież o wiele bardziej ryzykowne reformy, które dobrze im posłużyły. Tym razem mogłoby być podobnie, pod warunkiem jednak, że rządy wykażą się determinacją i nie „pękną”, gdy ich odwaga będzie nazywana szaleństwem przez nieunikniony chór sceptyków w kraju i za granicą.
Adam Jasser
demosEUROPA - Centrum Strategii Europejskiej, www.demoseuropa.eu
Tagi:
O nas...
Do redakcji można pisać
na adres studioopinii@gmail.com
Cytat, który obiecujemy brać pod rozwagę:
Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Św. Tomasz z Akwinu
Komunikat: Redakcja informuje uprzejmie, że w żaden sposób nie cenzuruje merytorycznie komentarzy do artykułów. Jedyna ingerencja może polegać wyłącznie na ewentualnym usunięciu słów powszechnie uznawanych za obelżywe lub nieprzyzwoite oraz "mowy nienawiści". System zarządzania witryną (niezależny od nas) jest jednakże skonstruowany w taki sposób, że niektóre wpisy pojawiają się niekiedy z opóźnieniem, czasami - z nieznanych nam przyczyn - znacznym. Choć nie ma w tym naszego działania - przepraszamy zirytowanych. Jednocześnie informujemy, że większość nowych tekstów ukazuje sią najpierw na górze strony głównej, w dziale OSTATNIO NADESŁANE, by nieco później - na ogół następnego dnia - trafić do właściwego działu merytorycznego. Komentarze wpisane do OSTATNIO NADESŁANYCH nie są ze względów technicznych przenoszone w nowe miejsce.
| POLECAMY | |
|
Dołączył do nas Jan Winiecki. Szukajcie jego felietonów w prawej szpalcie. Sławek Popowski: kapitalny esej o Gorbaczowie; arcyciekawe! Stefan Bratkowski zastanawia się: czy możemy zbudować solidny ustrój Na stronie KULTURA uruchamiamy rubrykę PRÓBY LITERACKIE. Czytajcie Mikołaja Fajfera. W witrynie pojawiło się Ilustrowane Radio Niny Nowakowskiej. Obejrzyj, posłuchaj! Chcesz zostać dziennikarzem? Nie wiesz, jak pisać? Poczytaj rady fachowca... Ważne przemyślenia George'a Friedmanna: prognoza na nasze stulecie Zajrzyj do działu CYWILIZACJA. Jest co poczytać i obejrzeć! Obejrzyj naszą telewizję (tak, tak - uruchomiliśmy własną). A w niej gościnnie EuroparTV! Nie wiesz co to? Ważny tekst dr Andrzeja Ehrlicha o (nie)sprawności zarządzania w Polsce. Są przykłady! Dr Ehrlich pisze także o pracy tłumacza
|
|
|
PONADTO... |
|
|
Stefan Bratkowski otworzył nowy cykl błyskotliwych porad dla tych, którzy nie wiedzą, że nic się nie da zrobić |
|
|
Jacek Pałasiński podejmuje gorący temat o gazie |
|
|
Ernest Skalski o Gorbaczowie
|
|
|
Sławomir Popowski |
|
|
Aleksander J. Wieczorkowski demoluje Telekomunikację Polską oraz Netię |
|


