Andrzej Bratkowski: Baśniowy Sadko w biegu po atomową walizkę

2009-03-02 18:48

W dniach 18 - 21 czerwca 1990 roku brałem udział w oficjalnej wizycie delegacji polskich posłów składanej w Związku Radzieckim. Tak, bawiłem wówczas właśnie jeszcze w ZSRR. Ale były to już czasy, gdy ludzie tam zachłystywali się głasnostją i całe imperium sowieckie ogarnięte było politycznym wrzeniem, w gospodarce zaś wzbierała burza wywołana obnażeniem przez gorbaczowowską pjerjestrojkę ekonomicznej niewydolności całego mocarstwa. Nic jednak wówczas nie było tam jeszcze przesądzone do końca.

My natomiast w Polsce byliśmy wtedy już ponad rok po Okrągłym Stole i wyborach czerwcowych 89 roku, i byliśmy pewni, że bezpowrotnie już przeszliśmy na drugą stronę ustrojowej rzeki. Tym bardziej, że upadł i mur berliński, a pomiędzy wielkimi tego świata - z ważącym udziałem schyłkowego ZSRR - toczyły się zakulisowe negocjacje na temat warunków zjednoczenia Niemiec, a także naszego ewentualnie uczestnictwa w ustalaniu przyszłego kształtu Europy. 

W Polsce nie było więc już PZPR, zakonserwowanej partii typu komunistycznego. Nie było już nawet PRL-u, lecz znowu RP. Co prawda, prezydentem był jeszcze generał Wojciech Jaruzelski, ale szefem rządu już od blisko roku był Tadeusz Mazowiecki. W ZSRR natomiast atomowa walizka, realny symbol realnej władzy, niezmiennie była w rękach sekretarza generalnego centralnego komitetu komunistycznej partii (KPZR), w dalszym ciągu niezależnie od tego, jakie akurat stanowisko przypisał on sobie w administracyjnej strukturze sowieckiego państwa.

Delegacja naszego Sejmu gościła w Moskwie na zaproszenie czegoś, co formalnie określane było wtedy parlamentem Związku Radzieckiego. Honory domu w imieniu gospodarzy sprawował przewodniczący całej dwuizbowej Rady Najwyższej ZSRR Anatolij Łukianow, razem z przewodniczącym Rady Związku Iwanem Łaptiewem i przewodniczącym Rady Narodowości Rafikiem Niszanowem. Przy rozmowach towarzyszyła im zawsze jakaś grupka deputowanych, oficjalnie z dystansem, ale w osobistych kontaktach wręcz serdeczna, z reguły bardzo ciekawa polskich przemian i chętna do otwartych, bezpośrednich z nami dyskusji.

Na czele naszej ośmio-osobowej delegacji poselskiej stał marszałek polskiego Sejmu prof. Mikołaj Kozakiewicz. W jej składzie były osoby z różnych klubów parlamentarnych, na które zdążyła się już podzielić nasza, rok wcześniej kontraktowo wyłoniona izba poselska. Z ludzi, którzy po tej kadencji Sejmu utrwalili się w polskim życiu politycznym, byli to m.in. - poseł Włodzimierz Cimoszewicz, prowadzący wtedy największy z po-pezetperowskich klubów (SLD), oraz poseł Mieczysław Gil, który objął kierownictwo po-solidarnościowego klubu OKP po zawirowaniach związanych z powszechnymi wyborami prezydenckimi, gdy wygrał Lech Wałęsa, a w pokonanym polu został Tadeusz Mazowiecki. Inni koledzy z naszego grona reprezentowali mniejsze ugrupowania zasiadające wówczas w polskim parlamencie (PSL, PUS, SD, PAX)3.

Przewodnikiem i swoistym duchem opiekuńczym polskiej delegacji był ambasador RP w ZSRR Stanisław Ciosek, który nie tylko doskonale poruszał się na salonach moskiewskiej władzy, ale i świetnie był zorientowany w panujących tam nastrojach i postawach. Mnie dodatkowo wprowadzał w tajniki ówczesnych stosunków sowieckich, dziś już nieżyjący Leon Bójko, akredytowany wówczas w Moskwie korespondent "Gazety Wyborczej", przyjaciel mojego brata, dziennikarz nadzwyczaj biegły i rzetelny w ocenach rosyjskiej rzeczywistości, z którym od wielu lat znałem się osobiście.

Tematy rozmów, które podejmowaliśmy z parlamentarzystami sowieckimi nie były łatwe ani dla nas ani dla nich. Z naszej strony wciąż wracała historia tragedii ludzkich, białe plamy, w szczególności kwestia miejsc ukrycia prochów zamordowanych jeńców polskich, więzionych w obozach Ostaszkowa i Starobielska. Aktualny był też problem wprowadzenia mniejszościowego statusu dla osób narodowości polskiej zamieszkałych w sposób rozproszony na terenach republik radzieckich, sprawy Polonii rosyjskiej i wreszcie Polaków zasiedlanych kiedyś przymusowo w różnych zakątkach imperium sowieckiego. Trudno było również nie mówić o ważnych dla nas w tym momencie kwestiach gospodarczych, a więc głównie o wzajemnych, teraz decentralizowanych już stosunkach wymiany handlowej, o kłopotach w rozliczeniach walutowych po likwidacji RWPG, o konieczności utrzymania dotychczasowych cen i nieprzerwanych dostaw gazu, ropy itd. 

W tle tego wszystkiego cały czas jednak przewijały się różnice zdań na temat wycofania wojsk rosyjskich z Polski i nowej sytuacji związanej ze zjednoczeniem Niemiec. W interesie naszej racji stanu było uzyskanie ich zdecydowanego poparcia w rokowaniach dotyczących warunków niemieckiego zjednoczenia, szczególnie pod kątem gwarancji naszych północnych i zachodnich granic, co - zdaniem Polski - musi być wreszcie i ostatecznie potwierdzone w drodze traktatu między zwycięskimi w II wojnie światowej wielkimi mocarstwami i dzisiejszymi Niemcami, ale z naszym też udziałem. Rosjanie bali się jednak, by nowe, zjednoczone Niemcy nie stały się zbyt bliskim geograficznie ZSRR bastionem NATO. Tym uzasadniali konieczność dalszego stacjonowania w Polsce swoich sił zbrojnych. Temu z kolei my byliśmy zdecydowanie przeciwni, choć ze świadomością, że, póki co, jest to jeszcze dla nas pewnego rodzaju bezpiecznik, gdyby w Niemczech - czego nie można było wykluczyć - wzięły jednak górę jakieś postawy rewindykacyjne wobec naszego kraju.  

Ostatniego dnia przed wyjazdem naszej delegacji, z Moskwy do Katynia4, mieliśmy spotkanie z Borysem Jelcynem, który będąc już wybrany rosyjskim deputowanym, właśnie przed kilkoma tygodniami, a czas w ZSRR biegł wtedy bardzo szybko, objął przewodnictwo Rady Najwyższej czegoś, co wówczas jeszcze istniało w strukturze państwowej Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich pod nazwą Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. 

Wiadomo było, że Jelcyn nie był człowiekiem nowym w sowieckiej strukturze władzy. Jego kariera była jednak dość nietypowa, jak na wieloletniego czynownika partyjnego. Wcześniej przeżywał różne wzloty i upadki, ale ostatnio stał się gwiazdą polityczną, sygnalizującą, że idzie nowe. Niesiony na fali dość populistycznych haseł i nacjonalistycznej demagogii w tonacji wielkoruskiego euroazjatyzmu, zdobył popularność jako ktoś typu trybuna ludu. Ciekawi więc byliśmy, co to jest za człowiek, jaki jest jego stosunek do Polski i polskich przemian ustrojowych, czy i jakie w ogóle reprezentuje poglądy, i jakie ma plany związane z działalnością na stanowisku o charakterze prezydenckim, które dopiero wraz z jego osobą nabrało rzeczywiście nowej siły i wyrazu.

Do ostatniej chwili nie było pewne, czy to spotkanie dojdzie do skutku. Na Kremlu bowiem odbywała się akurat sesja Zjazdu Deputowanych Ludowych RFSRR, którą Jelcyn z urzędu prowadził. Ostatecznie, chyba tylko dzięki osobistej pozycji i znajomościom naszego ambasadora, zostaliśmy przyjęci w trakcie półgodzinnej, wieczornej przerwy w posiedzeniu. 

Formuła i miejsce rozmowy odbiegały od dyplomatycznych zwyczajów. Siedliśmy z Jelcynem w jakichś dużych, kremlowskich kuluarach, blisko sali obrad. Środkiem pomieszczenia kręcili się tam i z powrotem jacyś rozmawiający i palący papierosy rosyjscy deputowani. Jelcyn grał rolę brata-łaty, przyjaznego nam i całemu światu. Zasiadł w półmroku pod ścianą, przy wydłużonym stole, na wprost niego Kozakiewicz i chyba Ciosek. Ja również siadłem naprzeciw, twarzą do Jelcyna. 

Po wymianie kurtuazyjnych słów i krótkim wstępie Kozakiewicza Jelcyn zaczął swoisty monolog. Wyrzucał z siebie krótkie, urywane zdania. Mówił, jak gdyby chciał przekonać do swoich racji, które wg niego z pewnością nie są dla nas oczywiste. Był to nowy, inny język, niż ten, w którym wypowiadali się pozostali nasi sowieccy gospodarze. Coś mnie tknęło, by zrobić sobie z tej rozmowy zapiski, czego w gruncie rzeczy nigdy nie czyniłem i nie czynię przy innych okazjach. Ale rzeczywiście było to coś wyjątkowego. Usłyszeć coś takiego na Kremlu, z ust wysokiego dygnitarza państwa sowieckiego. Tego się w życiu nie spodziewałem. 

W notatkach pozostały mi więc utrwalone dosłownie takie oto wyznania Borysa Jelcyna wypowiadane wiosną 1990. W tydzień po demonstracyjnym ogłoszeniu przez niego deklaracji suwerenności Federacji Rosyjskiej. Na trzy tygodnie przed jego wystąpieniem z Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Na dwanaście miesięcy przed objęciem przez niego, w wyniku wyborów powszechnych, prezydentury Rosji w nowym jej kształcie polityczno-ustrojowym. Na półtora roku przed złożeniem przezeń podpisu pod aktem rozwiązania "socjalistycznego" imperium i otrzymaniem w spadku - po pierwszym i ostatnim prezydencie ZSRR Michaile Gorbaczowie - prawa osobistej dyspozycji nad strategicznymi środkami współczesnej wojny (24 tysiące głowic nuklearnych):

* Nasza ekipa dostała od ludzi kredyt zaufania na 500 dni, na dwa lata - w trzecim roku musi nastąpić wyraźna zmiana na korzyść. Trzeba wszystko robić, by nie wyczerpać cierpliwości 150-milionowego narodu rosyjskiego. Jeśli się to nie uda, lud wyjdzie na ulice i będzie wojna domowa. Tego nigdy nikt i nikomu nie wybaczy! 

* Sto narodów Rosyjskiej Federacji żąda autonomii i odzyskania tożsamości Rosji. Nie będziemy powtarzać błędów kierownictwa ogólnozwiązkowego. Rosyjskie reformy powinny pobudzić cały Związek Radziecki. Trzeba korzystać z lekcji Tbilisi, Fergany itp. Musimy przewidywać, wyprzedzać ustawami, wcześniej dać społeczeństwu samodzielność, zanim zaczną się procesy samo-izolacji.  To był błąd ZSRR!

Rosja była dotąd przydatkiem centrum Związku. Teraz trzeba Związkowi pozostawić, ale tylko w drodze delegacji praw do centrum, sprawy obronne, KGB, łączność, komunikację, lotnictwo i kolej, ewentualnie cło, granice państwa i 2-3 inne dziedziny. Całą resztę musimy odciąć od systemu ogólnozwiązkowego, ta reszta musi być samodzielna. Unikniemy wtedy szczebli pośrednich - zrezygnujemy ze związkowego Ministerstwa Górnictwa - będą stowarzyszenia samodzielnych zjednoczeń, tworzące wg praw rosyjskich strukturę gospodarczego zarządzania w całej Rosji!

* Oddzielamy Bank Rosyjski - wycofamy go z podporządkowania ZSRR - podlegać będzie tylko RFSRR. To samo z bankami handlowymi. Rosja będzie sama zawierać porozumienia handlowe z innymi republikami i państwami. Ale emisja pieniądza na razie pozostanie w gestii Związku. Przy twardej jednak kontroli Banku Rosyjskiego, który będzie określał skalę emisji. Taką drogę przyjmą też inne republiki związkowe. W ogóle wielosektorowość, wolny rynek itd. likwiduje potrzebę istnienia GOSPŁAN-u ! [Tu pada niewinny wtręt Kozakiewicza - a co z socjalizmem?  Na co  Jelcyn ciągnie dalej:]

* Sprawa nie tkwi w "izmach". To jest problem dla teoretyków. Nam chodzi o ustrój dla człowieka i państwo dla człowieka. Nazwę temu dołożą później specjaliści. Wyście przecięli krótką smycz, na której ZSRR trzymał kraje Europy Wschodniej. Teraz kolej na nas! Położyliśmy rękę na Biblii, dajemy głowę, że za trzy lata będzie lepiej i nie możemy się cofnąć ! 

*  Mamy rozpisany harmonogram działań na 500 dni, przy założeniu nie obniżania poziomu życia. Mamy rezerwy, bo Rosja była dotąd wysysana jest przez ZSRR. Teraz płacimy na jego rzecz 70 mld. rubli rocznie, moglibyśmy dużo mniej. Z własnego, rosyjskiego handlu zagranicznego możemy osiągnąć ok. 25 mld. $ itd. Łącznie będziemy mieli 150 mld. rubli na przetrwanie ! 

* Nie mamy żadnych możliwości cofania się. Powołaliśmy komisję konstytucyjną, by jeszcze w tym roku, przed uchwaleniem ogólnozwiązkowej konstytucji, uchwalić konstytucję RFSRR. W naszej Radzie Najwyższej jest duży rozrzut poglądów. Jest trzydzieści odrębnych, samodzielnych klubów deputowanych o różnych opcjach. Razem utworzyły 200-osobową komisję porozumiewawczą Zjazdu, ale głosujemy bez jednomyślności wszystkich 1060 deputowanych. Ustawy przechodzą większością 1-2 głosów. W 1918 r. nie udało się dać całej władzy radom, teraz chcemy przynajmniej dać narodowi rosyjskiemu realne ludowładztwo!

Słowo "demokracja" z ust Jelcyna nie padło jednak ani razu. Cały czas używał słowa "my", ale w domyśle wyczuwało się - "ja". Widać było, że chciał, byśmy go odebrali jako przywódcę wręcz charyzmatycznego. Kilkakrotnie podkreślał, że wierzy mu cały naród, że ma pełne poparcie prostych ludzi. Demonstracyjnie przy tym dawał do zrozumienia, że on i jego rosyjski naród nie poczuwa się do głębszej wspólnoty z dotychczasowym Związkiem Radzieckim, a już napewno nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności za interesy całego ZSRR. On sam jest patriotą wyłącznie rosyjskim. Uważa za oczywiste, że jego powołaniem i zadaniem jest działanie w imieniu i tylko na rzecz Rosji i Rosjan, tylko na rzecz swojego kraju i narodu. A odrodzona po doświadczeniach tych wszystkich nieszczęsnych lat, wreszcie wolna i niepodległa jego ojczyzna, matuszka Rasija, nie może przecież zawieść zaufania swego ludu, bo krwawo by się to skończyło dla wszystkich. I on, Jelcyn, do tego nie dopuści. 

Po w sumie krótkim spotkaniu z Jelcynem nastąpiło jeszcze pamiątkowe jego zdjęcie z polskimi przyjaciółmi i uściski dłoni z wzajemnymi życzeniami powodzenia. Po czym, z niedźwiedzim iście wdziękiem, kołyszącym się krokiem, otoczony przez deputowanych wielbicieli, oddalił się powoli dostojny Borys Jelcyn w głąb korytarza prowadzącego na salę obrad plenarnych rosyjskiego Zjazdu Deputowanych Ludowych ! A my pozostaliśmy sami ze swoimi wątpliwościami.

*

Słuchając pozornie otwartych i niby prostolinijnych wynurzeń Jelcyna trudno było ocenić - ile w tym wszystkim jest cynizmu, ile naiwności, a ile wręcz mitomanii? Kim w końcu jest lub będzie naprawdę ten Jelcyn - wyrachowanym pretendentem do tronu carskiego w kraju panującym nad 1/6 świata, ideologicznym neofitą ogarniętym wiarą i poczuciem nowej dlań misji budowy wielkoruskiego imperium XXI wieku, czy wreszcie tylko kucharką leninowskiego chowu, marzącą o potrawce z ludzi w partyjnym sosie?

Otóż właśnie w tej kwestii zbudowałem sobie własną hipotezę. Ale by ją jednak opisać muszę się cofnąć do osobistej historii, gdy dawno, dawno temu, w końcu lat czterdziestych i początku pięćdziesiątych, mając lat kilkanaście, wraz z moją matką, zapamiętałą kinomanką, krążyliśmy po krakowskich kinach. Oglądaliśmy wtedy wszystko, co ukazywało się na ekranach, w tym - chcąc nie chcąc - wiele też z produkcji radzieckiego Mosfilmu. Dzięki temu zresztą widziałem dzieła Eisensteina - i znakomitego "Pancernika Patiomkina", nakręconego w 1925 roku, z niezapomnianą sceną masakry na odesskich schodach, i "Aleksandra Newskiego" z 1938 roku, z wstrząsającą sekwencją załamywania się lodu podczas walki na jeziorze Pejpus, z topieniem się w nim masy koni wraz z ich krzyżackimi jeźdźcami.

Matka, która sama znała kilka języków, narzekała, że zagranicznych, również rosyjskich filmów nie można oglądać w wersji oryginalnej. Zawsze twierdziła, że przede wszystkim trzeba znać języki sąsiadów. Wciskała mi więc rosyjski do głowy, co nie udawało się moim szkolnym nauczycielom, mimo ich wysiłków raczej zresztą dość jednostronnych. Imała się zresztą różnych metod. Wręcz np. zmuszała mnie do czytania po rosyjsku prozy Gogola i Turgieniewa, do uczenia się na pamięć wierszy Lermontowa itp. Kiedyś np. bym zechciał - już sam z siebie - czytać po rosyjsku Puszkina, przyniosła na zachętę dowcipną, nie wiem skąd wziętą, antysowiecką trawestację początkowych strof "Rusłana i Ludmiły" (U łukamorja dub zielionyj...), czego fragmenty w wersji fonetycznej, czyli niestety w postaci skażonej, do dzisiaj jednak obaj z bratem możemy odtworzyć z pamięci. Brzmiało to więc mniej więcej tak:

U łukamorja dub zrubili,
złatuju cjep w "Targsin" snjesli,
kata na mjaso izrubili,
a ruskij duch sasłan w Sałowki.
Rusałku pasporta liszyli,
pagib od gołoda Kasczjej,
bagateriej pri czistkie zachwatili
i wywieli w razchod zwieriej.
W izbuszku sjem sjemiej wsjelili
i s kurich nożek sup swarili,
a stupu s Babuju Jagoj
utilizirował "Pramstroj".
Gdje mjod i wino pili prjedki,
tam krasnaja zwjezda garit
i ab uspjechach pjatiljetki
tam Stalin skaski gawarit.

Później, z racji mego zawodu inżyniera budowlanego, miałem do czynienia z różnymi Pramstrojami i w ogóle z wielikim sawietskim pramyszliennom straitielstwom w skali 1:1. Wielokrotnie bywałem służbowo w ZSRR. Przyzwoicie nigdy niestety nie nauczyłem się czynnie używać języka rosyjskiego, ale trochę ten kraj poznałem i dla ludzi tam żyjących nabrałem wręcz podziwu. Jak oni mogli to wszystko znosić przez tyle lat i z takim spokojem? U nas był rok 1956, 1970, 1980 i za każdym razem coś jednak się zmieniało. Najwięcej, po chruszczowowskim XX Zjeździe KPZR, gdy na stałe wywalczyliśmy sobie pozycję "najweselszego baraku w obozie socjalizmu", co oni doceniali i czego nam wręcz zazdrościli. Sami przecież żyli w ciągłym strachu przed jakimś przymusowym zasjelienjem lub karną zsyłką, przed obozami pracy i - nie daj Boże - dokończeniem żywota w łagiernoj zonie.  Była to ta sama beznadzieja, w jakiej pędziły życie gogolowskie dusze pańszczyźniane w dawnej Rosji. Odebrano im nawet religię i płynącą z niej nadzieję. Nie oczekiwali więc żadnych cudów, które by mogły ich wyzwolić z tego ciągłego, nieludzkiego poniżenia.

Z cudami mogli się spotkać tylko w kinie. Powszechne było porzekadło o czymś, co nierealne lub niemożliwe - sawsjem, kak w kino. Takim pełnym cudów filmem była, nakręcona chyba ku pokrzepieniu rosyjskiego ducha w okresie wojny, fantastycznie kolorowa baśń o Sadko, narodowym bohaterze starej Rusi. Walczył on z jakimiś, nie pomnę już z jakimi, w każdym razie na pewno jakimiś złymi ludźmi i złymi mocami, które gnębiły prosty i biedny, dobry lud rosyjski. Jak to zwykle w bajkach bywa, uczciwy i prostolinijny, dzielny i sympatyczny chłopek-roztropek Sadko, pokonał jednak swą odwagą i pomyślunkiem wszystkie przeciwności, za co przez wdzięcznych ziomków został obwołany ich carem. I odtąd wszyscy żyli szczęśliwie. Jak długo? - o tym bajka milczy.

Moja więc hipoteza polega na tym, że pewnie Jelcyn też musiał znać film i tę bajkę. I być może umyślił sobie, że jeśli carem mógł kiedyś zostać sprytny Sadko, prosty chłop, tyleż chytry, co naiwny, to właśnie teraz, na przełomie wieków, nadarza mu się okazja do powtórki z tej niby historii. Bo dzisiejsi Rosjanie oczekują właśnie cudów. A śniąc o godnym życiu i o potędze swej ojczyzny, chętni będą złożyć przyszłość Rosji w ręce współczesnego Sadko. Ten nastrój oczekiwań rosyjskiego społeczeństwa stwarza niepowtarzalną przecież chwilę dla niego, Borysa Jelcyna, równie zmyślnego, jak Sadko, syna chłopskiego. Jemu uwierzą, bo tylko on jeden dziś gotów jest nie odbierać ludziom złudzeń, budzić za to ich nadzieje obiecując spełnienie marzeń. Byle zdobyć władzę...

Oczywiście, nie trzeba było czekać nawet 500 dni, ani dwu czy trzech lat, by stwierdzić, co i jak się spełniło z zapowiedzi Borysa Sadko-Jelcyna, z całą powagą i pewnością siebie czynionych wiosną 1990 roku wobec polskich posłów. Tym bardziej teraz, po wielu latach, nie ma w tym dla nikogo żadnej tajemnicy. Cóż to zresztą dzisiaj kogoś jeszcze poza Rosjanami obchodzi? Tudno było przecież oczekiwać, by przeniesiona do realnego świata bajka mogła trwać wiecznie. I tak długo, bo równo osiem lat, ludzie wytrzymali pod berłem współczesnego Sadko. Nie przyniósł on swoim ziomkom zapowiadanej szczęśliwości. Wieczorem, 31 grudnia 1999 roku, zamiast oczekiwanego orędzia noworocznego prezydenta Rosji, Jelcyn zawiadomił świat o swym natychmiastowym ustąpieniu ze stanowiska głowy państwa, zaklinając przy tym swych rodaków - "proszę was o wybaczenie...".

Borys Jelcyn skończył życie 23 kwietnia 2007 roku. Dzień jego pogrzebu został ogłoszony dniem żałoby narodowej. Chowany był z honorami należnymi głowie państwa, z przepychem godnym następcy carów - trumnę z ciałem zmarłego przewieziono na lawecie armatniej ciągniętej przez transporter opancerzony z Soboru Chrystusa Zbawiciela (świątyni zburzonej za rządów Stalina i po kilkudziesięciu latach na mocy prezydenckiej decyzji odtworzonego w dawnym kształcie i wystroju) na moskiewski cmentarz Nowodiewiczyj. Trumnę złożono do grobu przy dźwiękach humnu Rosji, poczem oddano honorowa salwę armatnią. W ostatniej drodze towarzyszyły Borysowi Jelcynowi tłumy Rosjan, wśród uczestników pogrzebu był zaś aktualny prezydent Rosji Władymir Putin, byli prezydenci Polski (Lech Wałęsa) i USA (George Bush i Bill Clinton) ... i chwatit!

Kim naprawdę był kiedyś Borys Jelcyn - niedouczoną kucharką czy niedoszłym carem, niewydarzonym neofitą rynku i demokracji czy niespełnionym mitem, a może wszystkim tym po trochu - wyjaśni dopiero historia, choć już dzisiaj, tu i ówdzie, słychać chyba jej złośliwy chichot!

Andrzej Bratkowski

Warszawa 2009 r.

Wyszukiwanie

O nas...

Promocja


Do redakcji można pisać

na adres studioopinii@gmail.com

 

Cytat, który obiecujemy brać pod rozwagę:

Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.

Św. Tomasz z Akwinu

Komunikat: Redakcja informuje uprzejmie, że w żaden sposób nie cenzuruje merytorycznie komentarzy do artykułów. Jedyna ingerencja może polegać wyłącznie na ewentualnym usunięciu słów powszechnie uznawanych za obelżywe lub nieprzyzwoite oraz "mowy nienawiści". System zarządzania witryną (niezależny od nas) jest jednakże skonstruowany w taki sposób, że niektóre wpisy pojawiają się niekiedy z opóźnieniem, czasami - z nieznanych nam przyczyn - znacznym. Choć nie ma w tym naszego działania - przepraszamy zirytowanych. Jednocześnie informujemy, że większość nowych tekstów ukazuje sią najpierw na górze strony głównej, w dziale OSTATNIO NADESŁANE, by nieco później - na ogół następnego dnia - trafić do właściwego działu merytorycznego. Komentarze wpisane do OSTATNIO NADESŁANYCH nie są ze względów technicznych przenoszone w nowe miejsce.

POLECAMY

Dołączył do nas Jan Winiecki. Szukajcie jego felietonów w prawej szpalcie.

Sławek Popowski: kapitalny esej o Gorbaczowie; arcyciekawe!

Stefan Bratkowski zastanawia się: czy możemy zbudować solidny ustrój

Na stronie KULTURA uruchamiamy rubrykę PRÓBY LITERACKIE. Czytajcie Mikołaja Fajfera.

W witrynie pojawiło się Ilustrowane Radio Niny Nowakowskiej. Obejrzyj, posłuchaj!

Chcesz zostać dziennikarzem? Nie wiesz, jak pisać? Poczytaj rady fachowca...

Ważne przemyślenia George'a Friedmanna: prognoza na nasze stulecie

Zajrzyj do działu CYWILIZACJA. Jest co poczytać i obejrzeć!

Obejrzyj naszą telewizję (tak, tak - uruchomiliśmy własną). A w niej gościnnie EuroparTV! Nie wiesz co to?
Obejrzyj! 

Ważny tekst dr Andrzeja Ehrlicha o (nie)sprawności zarządzania w Polsce. Są przykłady! Dr Ehrlich pisze także o pracy tłumacza

 

 

 

PONADTO...

Stefan Bratkowski otworzył nowy cykl błyskotliwych porad dla tych, którzy nie wiedzą, że nic się nie da zrobić

Jacek Pałasiński podejmuje gorący temat o gazie

Ernest Skalski o Gorbaczowie


Sławomir Popowski
pisze o innym Stalinie

 

Aleksander J. Wieczorkowski demoluje Telekomunikację Polską oraz Netię


 

Tematy do dyskusji: Baśniowy Sadko w biegu po atomową walizkę

Zapraszamy do komentowania
Clicky Web Analytics