Artur Kmieciak: Prawo do prywatności, prawo do wolności

2009-06-10 16:49

Ujawnienie przez “Dziennik” tożsamości znanej blogerki kataryny i cały ciąg niespodziewanych wypadków jaki później nastąpił, wbrew temu co się mogło na początku wydawać, nie da się sprowadzić jedynie do jakiejś środowiskowej “wojny” między dziennikarzami a blogerami. Okazuje się bowiem, że przypadek kataryny poruszył wiele istotnych aspektów życia publicznego od niepewnej, zmieniającej się dynamicznie sytuacji tradycyjnych mediów, po skalę agresji w przestrzeni publicznej w Polsce.  

Sekrety w „cyfrowej przestrzeni“

Nie ma tu miejsca, aby o tym wszystkim pisać, napisano zresztą na te tematy już bardzo dużo. Jest jednak jeden aspekt niezwykle istotny, któremu nie poświęcono miejsca na tyle, na ile temat ten, ze względu na swój specyficzny charakter  zasługuje – zagadnieniu zachowania prywatności w “przestrzeni cyfrowej”. Cóż takiego bowiem powiedzieli redaktorzy “Dziennika” oświadczając wszem i wobec, że od teraz, za ich przyczyną, nikt już w sieci nie może czuć się anonimowy? Powiedzieli w ten sposób, nie mniej i nie więcej, jak to, że za nic mają naszą, zwyczajnych obywateli, prywatność w sieci. To wejście na pole minowe, a właściwie to już wejście na minę, bo do porównań właśnie militarnych można się odwołać wtedy, kiedy zabieramy się za jeden z najbardziej ryzykownych i najbardziej drażliwych tematów jakim jest prawo do zachowania naszej  prywatności.

W pewnym momencie ów trochę groteskowy spór o to kto, kogo oraz w którym momencie ujawnił i jeszcze w przyszłości ujawni, dotknął sprawy jak najbardziej poważnej – prawa do anonimowości w sieci. Okazało się bowiem, że są i tacy, co prawo takie kwestionują. Mało tego, że kwestionują, mają nawet zamiar, w drodze dziennikarskiego śledztwa, ustalać kto, za jakim pseudonimem internetowym się kryje. Na szczęście okazali się w tych swoich zamiarach osamotnieni, choć kto wie, ile takich ”dziennikarskich śledztw” już się toczy skoro przynoszą one tak bardzo spektakularne, jak w przypadku kataryny, wyniki.  Pozytywną stroną całej tej historii jest niewątpliwie to, że zwyczajna internetowa pyskówka stała się impulsem do prowadzenia poważnej dyskusji. Jej negatywny aspekt jest natomiast taki, że rzecz cała zawężona została do kwestii anonimowości w sieci. Tymczasem chodzi o coś znacznie większego, niż tylko o prawo do pisania na blogach pod pseudonimem.  

Zdradzi cię komórka

Stawką w tej grze, w której role rozpisane są wśród bardzo wielu, bardzo różnych, graczy, jest nasza prywatność, a można zakładać, że i nasza wolność. Wystarczy uświadomić sobie w jak wielu miejscach, codziennie, pozostawiamy elektroniczny dowód naszej aktywności. Historia odwiedzanych przez nas stron internetowych, historia logowań do serwisów bankowych, wysłana i odebrana poczta elektroniczna, ilość pobranych z sieci plików, czas jaki spędzamy w sieci,  rodzaj używanego przez nas oprogramowania - wszystko to może posłużyć do budowania naszego profilu użytkownika i to, zwróćmy na to uwagę, bez konieczności ustalania naszej tożsamości. Problem ten okazuje się jeszcze bardziej złożony wtedy, kiedy tożsamość taką, bez większych trudności, można ustalić.

Czy na pewno bez większych trudności, czy naprawdę jesteśmy aż tak bardzo odarci z naszej prywatności? Niestety, tak właśnie jest. Liczba telefonów komórkowych w Polsce przekroczyła już liczbę użytkowników, a przecież jest rzeczą powszechnie wiadomą, że telefon komórkowy jest najbardziej popularną “pluskwą”, praktycznym urządzeniem podsłuchowym, który pozwala na ustalenie miejsca naszego pobytu i odtworzenie trasy jaką mieliśmy okazję przebyć.  “Właściciele telefonów komórkowych nieświadomie przekazują sieci operatora swój ślad – w odstępach 10 czy 15-minutowych aparat przekazuje centrali dane o swoim położeniu. Teoretycznie sieć telefonii komórkowej umożliwia bardzo precyzyjne namierzenie lokalizacji użytkownika, jednakże wydaje się ono wciąż zbyt drogie, przynajmniej dla operatorów. Mimo to nawet na podstawie analizy informacji o tym, w obszarze których stacji bazowych się znajdujemy, można często jednoznacznie wyznaczyć, kiedy używaliśmy określonej linii kolejowej lub autostrady. W połączeniu z innymi informacjami umożliwia to niepowołanym osobom oszacowanie celu i długości naszej podróży. Według zapewnień operatorów telefonii komórkowej nie jest przez nich sporządzana historia ruchu użytkownika, ponadto dane o jego połączeniach są kasowane najpóźniej po 80 dniach – zapytajmy jednak “o którą kopię chodzi?' - pytał w roku 2001 niemiecki kryptolog Reinhard Wobst.  

„Zniewalający“ postęp

Od tego czasu bardzo wiele w rozwoju technologii cyfrowych się zmieniło i to co było zbyt kosztowne w roku 2000 jest zupełnie do zaakceptowania w roku 2009. Nie wiem, ilu z czytelników zwróciło uwagę na to, że wyraźny postęp w sprawie porwania Krzysztofa Olewnika stał się możliwy, między innymi, na skutek analizy połączeń telefonicznych wykonanych przecież przed wielu laty. Oznacza to, że historia tych połączeń została gdzieś jednak zapisana, tak aby  dzisiejsza ich analiza była w ogóle możliwa.

W tym ostatnim przypadku postęp technologii (oby tak się stało) pozwoli na wymierzenie sprawiedliwości. Nie zawsze jednak ta sama technologia może być wykorzystywana w tak jednoznacznie słusznym celu. Nikt, poza ludźmi profesjonalnie zajmującymi się tą tematyką, nie jest w stanie ustalić w jakich to cyfrowych bazach danych nasze dane osobowe są gromadzone i przetwarzane. Poza tymi dotyczącymi sfery publicznej takimi jak administracja skarbowa, ZUS,  bazy danych policji i innych służb nasze dane, w tym także tak zwane dane wrażliwe, są gromadzone i przetwarzane przez instytucje komercyjne - przez operatorów telekomunikacyjnych, zakłady ubezpieczeń, banki, a nawet supermarkety. Każda karta SIM, każda kolejna karta kredytowa, karta stałego klienta, czy karta sieciowa powoduje, że nasza zwyczajna, codzienna aktywność staje się coraz bardziej przeźroczysta, że nasz ślad cyfrowy jaki za sobą, niczym wirtualny ogon ciągniemy, jest coraz bardziej wyraźny i coraz bardziej szeroki.  Nic dziwnego, że twórca wolnego oprogramowania Richard Stallman, człowiek będący z pewnością “na celowniku” wielu globalnych korporacji nie korzysta z telefonu komórkowego.  To nie psychoza ekscentrycznego geniusza ale racjonalna, oparta o realne przesłanki, przemyślana decyzja. 

Tajemnica 40 piętra 

Wszyscy pamiętamy nasze zdumienie z pewnej prokuratorskiej prezentacji, kiedy to tajemnica “40 piętra Mariotta” przestała być tajemnicą, a stała się wiedzą dostępną publicznie. To nasze zdumienie było zupełnie nieuzasadnione. Już w latach dziewięćdziesiątych amerykańska firma NeuroMetrics miała potrafić dopasować 20 twarzy na sekundę w bazie o pojemności 50 milionów rekordów. Tajemnicę “40 piętra” miał rozwiązać przekazany nam podobno przez amerykańskich sojuszników program do identyfikacji rysów ludzkiej twarzy – wykorzystany  do celów niezupełnie takich, dla których został przekazany.

Od możliwości technologii biometrycznych zwyczajnie kręci się w głowie: systemy rozpoznawania rysów twarzy, linii papilarnych, głosu, pisma odręcznego, skanowania źrenic  czy analiza DNA.  W oficjalnym serwisie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego czytamy, że cechy biometryczne najlepiej rokujące w praktycznych zastosowaniach to:

  • linie papilarne, geometria dłoni,

  • cechy charakterystyczne tęczówki i siatkówki oka,

  • geometria i rysy twarzy, rozkład temperatury twarzy,

  • geometria ucha,

  • geometria ust,

  • układ żył nadgarstka,

  • barwa głosu,

  • zapach,

  • identyfikacja DNA.

Jak wiadomo niektóre z nich mają już charakter “urzędowy”. W tym sensie, że uznane zostały jako oficjalne narzędzia weryfikacji tożsamości obywateli, jak to ma miejsce w przypadku paszportów biometrycznych – linie papilarne jako cecha obligatoryjna, a źrenica oka jako cecha fakultatywna.  Wszystkie one mogą i są narzędziem inwigilacji.  

W służbie inwigilacji

Doprawdy postęp technologiczny w tej dziedzinie potrafi przyprawić o zawrót głowy, a niżej podpisanego, przyprawia jeszcze dodatkowo o gęsią skórkę wtedy, kiedy kolejny resort wyskakuje z kolejnym genialnym pomysłem, na kolejną super bazę danych, tak  jak ostatnio wyskoczył resort zdrowia. Dane dotyczące naszego stanu zdrowia mają znaczenie szczególne, dotyczą przecież informacji najbardziej prywatnych, najbardziej intymnych, stąd też należą do  informacji najbardziej cennych. Wyobraźmy sobie, choć doprawdy nie potrzeba do tego szczególnej wyobraźni, jak bardzo cenna może być taka baza danych, w której zawarto informacje o wszystkich naszych chorobach, o chorobach naszych najbliższych, dla naszego pracodawcy, ubezpieczyciela czy banku. Przecież taka baza danych może posłużyć do budowania naszych profili genetycznych, w oparciu o które odmówią nam ubezpieczenia z powodu choroby, na którą dopiero możemy zachorować w przyszłości, a stąd już tylko krok do jakiegoś eugenicznego koszmaru rodem z filmów S-F. Właściwie to już nie jest fantastyka tylko rzeczywistość – w tym moralna i prawna.

Czy jest w ogóle możliwym uniknięcie tej prawdziwie orwellowskiej perspektywy? - Z pewnością nie do końca; jest ona po prostu ceną jaką musimy płacić za rozwój coraz bardziej zaawansowanych i użytecznych technologii, tak samo jak ceną za rozwój przemysłu jest zanieczyszczenie środowiska.  Podobnie, jak w tym ostatnim przypadku nie oznacza to, że  jesteśmy z góry skazani na całkowitą porażkę. Z pewnością możemy zadbać o naszą prywatność w Internecie i to bez szczególnych nakładów, czy szczególnych kompetencji – ale o tym w następnym artykule.

Artur Kmieciak

Wyszukiwanie

O nas...

Promocja


Do redakcji można pisać

na adres studioopinii@gmail.com

 

Cytat, który obiecujemy brać pod rozwagę:

Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.

Św. Tomasz z Akwinu

Komunikat: Redakcja informuje uprzejmie, że w żaden sposób nie cenzuruje merytorycznie komentarzy do artykułów. Jedyna ingerencja może polegać wyłącznie na ewentualnym usunięciu słów powszechnie uznawanych za obelżywe lub nieprzyzwoite oraz "mowy nienawiści". System zarządzania witryną (niezależny od nas) jest jednakże skonstruowany w taki sposób, że niektóre wpisy pojawiają się niekiedy z opóźnieniem, czasami - z nieznanych nam przyczyn - znacznym. Choć nie ma w tym naszego działania - przepraszamy zirytowanych. Jednocześnie informujemy, że większość nowych tekstów ukazuje sią najpierw na górze strony głównej, w dziale OSTATNIO NADESŁANE, by nieco później - na ogół następnego dnia - trafić do właściwego działu merytorycznego. Komentarze wpisane do OSTATNIO NADESŁANYCH nie są ze względów technicznych przenoszone w nowe miejsce.

POLECAMY

Dołączył do nas Jan Winiecki. Szukajcie jego felietonów w prawej szpalcie.

Sławek Popowski: kapitalny esej o Gorbaczowie; arcyciekawe!

Stefan Bratkowski zastanawia się: czy możemy zbudować solidny ustrój

Na stronie KULTURA uruchamiamy rubrykę PRÓBY LITERACKIE. Czytajcie Mikołaja Fajfera.

W witrynie pojawiło się Ilustrowane Radio Niny Nowakowskiej. Obejrzyj, posłuchaj!

Chcesz zostać dziennikarzem? Nie wiesz, jak pisać? Poczytaj rady fachowca...

Ważne przemyślenia George'a Friedmanna: prognoza na nasze stulecie

Zajrzyj do działu CYWILIZACJA. Jest co poczytać i obejrzeć!

Obejrzyj naszą telewizję (tak, tak - uruchomiliśmy własną). A w niej gościnnie EuroparTV! Nie wiesz co to?
Obejrzyj! 

Ważny tekst dr Andrzeja Ehrlicha o (nie)sprawności zarządzania w Polsce. Są przykłady! Dr Ehrlich pisze także o pracy tłumacza

 

 

 

PONADTO...

Stefan Bratkowski otworzył nowy cykl błyskotliwych porad dla tych, którzy nie wiedzą, że nic się nie da zrobić

Jacek Pałasiński podejmuje gorący temat o gazie

Ernest Skalski o Gorbaczowie


Sławomir Popowski
pisze o innym Stalinie

 

Aleksander J. Wieczorkowski demoluje Telekomunikację Polską oraz Netię


 

Tematy do dyskusji: Artur Kmieciak: Prawo do prywatności, prawo do wolności

Zapraszamy do komentowania
Clicky Web Analytics