Bogdan Olechnowicz: Obywatel mówi do mediów (swoim głosem)

2009-11-20 15:32

Po artykule Wojciecha Mazowieckiego o chorobach mediów

Zacznę  od truizmu: Polska jest dobrem wspólnym wszystkich jej obywateli. Zarówno tych,  którzy mają bezpośredni wpływ na bieg wydarzeń, a do tej grupy zaliczyłbym całą klasę polityczną i mass media, jak i zwykłych obywateli, którzy często biernie przyglądają się narodowemu teatrowi politycznemu i jego głównym aktorom. Ta bierność wynika z braku świadomości swojej roli i z niewiary, że na  procesy społeczne i polityczne można i trzeba mieć wpływ, chociażby tak minimalny jak to, że raz na kilka lat pójdę do wyborów i zagłosuję na jednego z grających, a innemu powiem po prostu „nie”.

Wybory parlamentarne w 2007 roku okazały się takim skutecznym sposobem zmiany nie tylko aktorów, ale i scenariusza, który rządzący w latach 2005-2007 próbowali Polakom narzucić. Można napisać zły scenariusz, ale dobrzy artyści kunsztem aktorskim potrafią z lekka go podrasować. Sytuacja okazuje się jednak beznadziejna, kiedy scenariusz jest lichy, a aktorzy jeszcze gorsi. A tak było za czasów koalicji PiS, Samoobrona i LPR. Za moje wnioski nie mam zamiaru nikogo jako pełnoprawny obywatel przepraszać, ani tym bardziej nie czuję wewnętrznego dyskomfortu z powodu ostrości widzenia. Byłem tak udręczony atmosferą, którą stworzyli nam rządzący w tamtym okresie, że jako lojalny obywatel naszej ojczyzny, mający w przeszłości szanse i propozycje emigracji (nigdy nie byłem nawet kuszony, by traktować je poważnie), tym razem ich nie odrzucałem i nie wydawały mi się one pozbawione sensu. Pod koniec wspomnianego okresu czułem się, jakby mnie ktoś zamknął w ciemnym pokoju bez okien i wentylacji, a wmawiał mi na domiar, że tego właśnie potrzebuję.

Ale nasi obywatele wykrzyczeli temu ciemnemu bezduchowi głośno: „Tym panom i paniom już dziękujemy”. Znów uwierzyłem w naszą obywatelską siłę, a nieśmiałe myśli o emigracji straciły swój powab.

Ale wydarzenia z ostatnich tygodni, tzw. kryzys, wywołany głównie przez CBA, znów zapachniały tą samą atmosferą, dlatego z przerażeniem przyglądałem się rozwojowi wydarzeń. Tym razem nie przerazili mnie politycy, ale raczej media i ich rola w całym tym zamieszaniu. Jestem świadom, że ani przedstawiciele mediów nie zdobędą się na krytyczną ocenę swoich poczynań, ani nie zrobią tego politycy. Dlaczego ani jednych, ani drugich o taką ocenę prosić nie można? Powody wydają się proste. Politycy nie mogą pozwolić sobie na otwartą krytykę mediów, bo często dzięki nim zaistnieli i dzięki nim żyją. Jeśli tylko nie chcą swojej kariery i politycznego życia ucinać przed czasem, instynkt samozachowawczy podpowiada im, że lepiej z mediami nie zadzierać. A to oznacza, że lepiej przyjąć zaproszenie od nawet nieprzychylnego dziennikarza i dać się na sobie wyżyć, niż nie przyjąć zaproszenia w ogóle, bo cena takiej odmowy może być o wiele większa niż przegrana potyczka słowna.

Rozumiem też, że przedstawicielom  środków masowego przekazu jest trudno dokonać samokrytycznej oceny swojego wkładu w kreowanie bieżącej polityki, bo niektórzy potraktowaliby to jako zachowanie nielojalne w stosunku do własnego środowiska i podcinanie gałęzi, na której się siedzi. Dlatego chcę oba środowiska nieco wyręczyć.

Cenzura - jeden z wyróżników minionego systemu politycznego - traktowana była przez włodarzy tamtego okresu jako jeden z kluczy do utrzymywania ciągłości władzy. Wszyscy decydenci mieli pełną świadomość, czym byłaby dla nich wolność słowa. Ci, którzy pilnowali tego, by słowo nie było wolne, a podlegało kontroli, mieli pełną świadomość, jaka jest jego wartość i siła. Wiedzieli, że słowa mogą niszczyć i budować, zabijać i powoływać do życia, upokarzać i podnosić, pocieszać i zniechęcać. Intuicyjnie wyczuwali, że ich „być albo nie być” ze słowem było związane i to właśnie dlatego pilnowali, by słowo, które mogło przynieść wolność, było  zamknięte w  klatce pod pilnym okiem cenzora. Paradoksalnie to ludzie ancien regime’u w wielu sytuacjach rozumieli wagę słowa lepiej niż niektórzy przedstawiciele dzisiejszych mediów. Jeśli brzmi to jak poważne oskarżenie, to mam na swoje usprawiedliwienie to, że wolę zwalić coś na karb czyjejś nieświadomości, niż po prostu złej woli. Łatwiej mi usprawiedliwić człowieka w sytuacji, gdy wykazał się ignorancją i brakiem wyobraźni niż wtedy, gdy wykazuje się złą wolą i działa z premedytacją. Dzisiaj niektóre media i ich dziennikarze, co stwierdzam z ogromną przykrością, wykazują się całkowitym brakiem wyobraźni.

Oto przykład sprzed kilku lat. W czasach, gdy CBA stawiało pierwsze kroki i głodne było medialnego sukcesu, wspierane przez jeszcze bardziej wygłodniałego Ministra Sprawiedliwości, przeprowadziło spektakularną akcję zatrzymania doktora G. znanego kardiochirurga. To ten pan, który, jak obwieścił minister, „nigdy już nikogo nie pozbawi życia”.  Minister w jednym zdaniu postawił oskarżenie i wydał wyrok. Brzmiało to jak farsa, która w połączeniu z oprawą medialną tego wydarzenia dawała obrzydliwy efekt. Patrząc na to zniesmaczony, nie dziwiłem się panu ministrowi, bo nie miałem co do niego złudzeń, ale nie mogłem nadziwić się naiwności i krótkowzroczności relacjonujących konferencję mediów. Pan minister jak kompozytor  z innym kompozytorem, szefem Centralnego Biura Antykorupcyjnego, napisali muzykę, a media, używając swojego instrumentarium, ładnie im ten utwór zagrały. Dla każdego, kto ma odrobinę słuchu i zdolności do głębszej refleksji, utwór ten był jednak jednym wielkim fałszem.

Ale ostatnio mieliśmy do czynienia ze zdarzeniami o wiele poważniejszymi. Każde zjawisko polityczne ma określoną temperaturę i jeśli założymy, że tzw. afera hazardowa to był stan podgorączkowy, to podgrzana przez przekaz medialny doszła do 42 stopni. Jeśli taka temperatura utrzymuje się przez kilka dni z rzędu, to organizm państwowy może tego nie wytrzymać. Bo należy mieć świadomość, że istnieje ogromna różnica pomiędzy samym faktem, a faktem medialnym. Fakt urasta w mediach do niemożliwych rozmiarów i przestaje odzwierciedlać rzeczywistość. Nie jestem naiwny i wiem, że media żyją głównie z wysokiej temperatury, ale rodzi się pytanie o granice dziennikarskiej odpowiedzialności. Czy można prowadzić na organizmie państwowym tak nieodpowiedzialne eksperymenty? Czy można w imię własnej chwały, popularności, a co za tym idzie, wymiernych korzyści finansowych, ryzykować dobro nas wszystkich? Zdecydowanie uważam, że nie można! I jako obywatel mam  do mediów uzasadnione pretensje, że wykazują się w tego typu sytuacjach absolutnym brakiem odpowiedzialności.

I nie mogę się zgodzić z tym, by apelowanie do dziennikarzy o odpowiedzialność za słowa i przekaz, były z góry traktowane jako atak na wolność słowa. Cenię bardzo wolność słowa, ale wszystko się we mnie gotuje, gdy ktoś swoją nieodpowiedzialność, nierzetelność, a czasami zwykłą niegodziwość, próbuje tłumaczyć wolnością słowa. Przedstawiciele mass-mediów muszą ciągle pamiętać, że są przewodnikami, przez które przepływa prąd politycznego i społecznego napięcia. Napięcie w dużej mierze zależy od postawy mediów. Nie sądzę, że media są czwartą władzą. Bardzo często są władzą pierwszą i chyba mają tego świadomość. Mając media, można ważne sprawy uczynić błahymi, a nieistotne ważnymi. Mając media, można rzeczywistość w dużym stopniu kreować. A jeśli świadomość wagi i siły mediów w tym względzie nie zostanie połączoną z pokorą, samoograniczeniem i odpowiedzialnością, to zawsze prowadzić będzie do wynaturzeń.

Przyglądając się ostatnim wydarzeniom, można było odnieść wrażenie, że jeszcze chwila i kryzys państwa, o którym tak chętnie mówili przedstawiciele opozycji, stanie się faktem. Byliśmy o mały krok od medialnego mega-show. Bo cóż piękniejszego dla wygłodniałych i znudzonych po dwóch latach względnego spokoju brakiem newsów dziennikarzy, niż upadek rządu? Tak, owszem, można było przy ewidentnych grzechach rządzących (ale przecież nie śmiertelnych), napastliwej postawie opozycji i ogromnym wsparciu mediów doprowadzić do upadku rządu. Ale rozsądek i współodpowiedzialność za kraj każe nam zadać pytanie: a co potem? Kto następny? Jaką mamy pewność, że wyłoni się jakaś rozsądna opcja, która będzie krajem zarządzać lepiej? Żadnej pewności nie mamy i dlatego nie można wywracać stołu, nie wiedząc, jakie będą tego skutki.

Gdyby doszło do obalenia rządu, to jako obywatel bardzo bym nad tym faktem ubolewał, tak jak ubolewałem nad „wysadzeniem z siodła”  premiera Mazowieckiego 18 lat temu, jak również wtedy, gdy w niesławie po czterech latach rządów odchodził premier Buzek, choć w niewielkim stopniu sobie na to zasłużył. Słusznie, że ubolewałem? Jak najbardziej! Bo dzisiaj po latach patrzymy na nich jak na bohaterów, są dla nas autorytetami i możemy się nimi szczycić na arenie międzynarodowej. Ale wtedy w swojej krótkowzroczności i głupocie nie potrafiliśmy ich docenić i obronić. I media miały w tym też swój udział, i to wcale niemały. Wiem, że niektóre media jak ognia boją się oskarżenia o stronniczość, a najbardziej o to, że sprzyjają rządzącym. W tym swoim obsesyjnym czasami pragnieniu zachowania pełnego obiektywizmu dokonują symetrycznych ocen postaw i zachowań. A niestety bardzo często wina nie rozkłada się po równo. Oto przykład. Trzeba mieć ogromnie dużo złej woli, lub braki w naturalnych pokładach zdrowego rozsądku, by nie dostrzegać, że tzw. konflikt Premiera z Prezydentem nie obciąża ich po równo. Jeśli dziennikarze uważają, że konflikt ten w pełnym momencie był sporem o krzesła w Brukseli i kwestią ambicjonalną ze strony Premiera, a nie poważnym sporem kompetencyjnym, to nic mi jako obywatelowi innego nie pozostaje jak bezradnie rozłożyć ręce. Czy to znaczy, że druga strona nie popełnia błędów? Popełnia, ale stosunkowo niewiele jak na małostkowość i czasami złośliwość Prezydenta i jego kancelarii. Życzyłbym niektórym dziennikarzom tak „łatwych” do współpracy partnerów, jakim jest nasz Pan Prezydent, i chciałbym móc z bliska obserwować ich reakcje i współpracę. Nie chcę być złośliwy, ale wydaje mi się, że dopiero wtedy doceniliby i tak bardzo koncyliacyjną postawę Premiera Tuska w wielu momentach. Nigdy, i tym bardziej teraz, moje polityczne preferencje nie przebiegały po linii partyjnych podziałów, ani tym bardziej nie przemawiał do mnie rozdział na lewicę i prawicę. W Polsce taki rozdział nie ma dzisiaj najmniejszego sensu. Prawdziwe granice podziału wyznacza dziś i rozsądek i przyzwoitość, a nie sztuczne i nie przystające do klasycznych definicji rozróżnienie na prawicę i lewicę, taką czy inną partię.

I jeszcze jedna kwestia. To nieprawda, że media nie odpowiadają  za jakość debaty publicznej. Jest wręcz przeciwnie. Media i dziennikarze debatę publiczną kreują, później ją moderują, a na koniec oceniają tych, których udało im się „wkręcić”.

Przysłuchując się polemikom w studiach telewizyjnych, nie mogę przestać  się dziwić niskiemu poziomowi merytorycznemu, o kulturze osobistej nie wspominając. A przecież jeśli jako dziennikarz wiem, że dwóch zaproszonych panów na pewno się „pożre”, to ich po prostu nie zapraszam do studia. No, chyba, że właśnie taki efekt chcę osiągnąć. Bo rozmowa dwóch kulturalnych i znających się na rzeczy panów nie przysporzy nam widzów, rozumiem to. Ale skoro jest to z góry ukartowane i obliczone na taki a nie inny wydźwięk, to tym samym media odbierają sobie prawo oceniania i utyskiwania na poziomem debaty publicznej. Jeśli dalej to robią, to dają dowód swojego cynizmu.

Szczególnie  w latach 2005-2007 namnożyło się wiele osób, którym nigdy, przenigdy nie powinno się dawać tak prominentnego miejsca w środkach masowego przekazu. Bo jeśli osoby te miały coś ważkiego do powiedzenia, to należałoby je dalej zapraszać, nawet jeśli nie sprawują ważnych funkcji w państwie. Jeśli ich głos jest nadal w debacie publicznej cenny, to powinien w dalszym ciągu wybrzmiewać i kształtować opinię publiczną. Mam jako obywatel uzasadnione pretensje do mediów, że stały się tubą dla głupoty, miernoty i przewrotności. Salomon już dawno temu zauważył pewną prawidłowość. Pisze: „Istnieje pewne zło, które widziałem pod słońcem, a jest nim pewien rodzaj pomyłki, która wychodzi od zwierzchności, że głupców stawia się na wysokich stanowiskach, a zasobni w mądrość siedzą nisko” (Eklezjasta 10,5-6). O wielu ludziach nigdy byśmy nie usłyszeli, gdyby nie środki masowego przekazu. Wiele postaci w sposób całkowicie niezasłużony ściągnęły na siebie uwagę opinii publicznej. Niektórzy z powodu swojej głupoty nie zasłużyli na to, by ich postawić na „wysokich stanowiskach”. Jeśli się tam wdrapali, to znaczy, że ktoś im pomógł.

Mam świadomość, że pisząc ten tekst, dokonałem wielu uogólnień  i pewne zjawiska przeakcentowałem. Ale zrobiłem to tylko po to, by sprowokować do głębszej debaty nad rolą mediów w życiu publicznym. Nie może być tak, że przedstawiciele mediów stają w miejscu jedynych recenzentów rzeczywistości, sami nie podlegając ocenie. Jeśli ktoś próbuje ich ocenić, to spotyka się z oskarżeniem o atak na wolność słowa. Wierzę w mądrość, prawość i przyzwoitość wielu ludzi ze świata mediów i to oni powinni zdobyć się na głębszą refleksję nad swoją rolą w życiu publicznym. Tylko wewnętrzna debata, nie narzucona z zewnątrz, może doprowadzić do zmiany i pełnego przestrzegania standardów tego zawodu. Nie tylko politycy i polityka potrzebują zmian. Przedstawiciele mediów również, a może jeszcze bardziej, bo to wy,  drodzy dziennikarze, macie największy wpływ na kształtowanie opinii publicznej i nas jako obywateli. 

Bogdan Olechnowicz

pastor, duszpasterz, autor książek o tematyce religijno-społecznej 
 
 
 
 

 

  

Wyszukiwanie

O nas...

 


Od lewa do prawa - stale aktualizowany przegląd politycznych i naukowych wydarzeń krajowych oraz wybór felietonów dziennikarskich. The World Opinion - stale aktualizowany przegląd wydarzeń i opinii światowych (ang.).


Do redakcji można pisać

na adres studioopinii@gmail.com

 Znajdziesz nas także pod adresami:

studioopinii.org
studioopinii.net
studioopinii.eu
studioopinii.com

oraz (zawsze czynny):

http://alfaomega.webnode.com

 

Cytat, który obiecujemy brać pod rozwagę:

Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.

Św. Tomasz z Akwinu

Komunikat: Redakcja informuje uprzejmie, że w żaden sposób nie cenzuruje merytorycznie komentarzy do artykułów. Jedyna ingerencja może polegać wyłącznie na ewentualnym usunięciu słów powszechnie uznawanych za obelżywe lub nieprzyzwoite oraz "mowy nienawiści". Większość nowych tekstów ukazuje sią najpierw na górze strony głównej, w dziale OSTATNIO NADESŁANE, by nieco później - na ogół następnego dnia - trafić do właściwego działu merytorycznego. Komentarze wpisane do OSTATNIO NADESŁANYCH nie są ze względów technicznych przenoszone w nowe miejsce. 

POLECAMY

Jak to się zaczęło? W czterech odcinkach naszego nowego cyklu filmowego opowiada Leszek Balcerowicz

Dołączył do nas profesor Jan Winiecki. Szukajcie jego
felietonów ekonomicznych i politycznych w prawej szpalcie.


W tej - czyli lewej - szpalcie znajdziecie zawsze charakterystyczny kolaż-rysunek Mirka Malcharka, który stanowi swoiste wrota do kolejnego jego komiksu (?) politycznego. Nowość co tydzień!


Stefan Bratkowski dostosowuje swój słynny "Krótki poradnik dla tych, którzy nie wiedzą, że nic się nie da zrobić" do współczesności. Jadowicie aktualne, mądre! Szukaj w prawej szpalcie!


Ernest Skalski

zaprasza do czytania całości jego ważnego eseju "Biedni i bogaci III RP"


  

Sukcesy III RP - co dalej? Raport!

 Chcesz zostać dziennikarzem? Nie wiesz, jak pisać? Poczytaj rady fachowca...


Zajrzyjcie do działu CYWILIZACJA. Jest co poczytać i obejrzeć!


Obejrzyj naszą telewizję (tak, tak - uruchomiliśmy własną). A w niej gościnnie EuroparTV! Nie wiesz co to?
Obejrzyj! 


 

 

 

Stale publikują m. in.

Stefan Bratkowski
Roma Przybyłowska
Ernest Skalski 

Jacek Pałasiński 

Andrzej Lubowski (USA)

Sławomir Popowski

 

Aleksander J. Wieczorkowski

Azrael

Mirosław Malcharek
 

Bogdan Miś 
który także odpowiada za wszystkie braki w wyglądzie tego portalu


 

Tematy do dyskusji: Bogdan Olechnowicz: Obywatel mówi do mediów (swoim głosem)

Data: 2009-11-21

Dodał: WS

Tytuł: odwaga

Po tylu latach nie daje mi to spokoju. Pamiętam swoją bezsilną wsciekłość.
W latach dziewięćdziesiątych słuchało się zachłannie radia, a dziennikarze stali się niesłychanie odważni. Pan Wałkuski (obecnie jakaś synekura w USA - bodajże), w programie trzecim rozmawiał z politykami i im bardziej prominentny to był polityk, tym pan Wałkuski był odważniejszy. Rozmów z Tadeuszem Mazowieckim, czy Leszkiem Balcerowiczem nigdy nie kończyl zwykłym "dziekuję", musiał, musiał koniecznie (odważny) coś dodać, jakąś szyderczą uwagę, coś pogardliwego, co tamtą wypowiedź wdeptywało w podłogę. I można było tylko miotać się przed odbiornikiem w bezsilnej złości.
Teraz o podobny stres przyprawia mnie radio TOK FM - niestety.

Data: 2009-11-24

Dodał: Piotr Mikołajski

Tytuł: Re:odwaga

Drogi WS, jakaż to odwaga opluwać dziennikarza wymienianego z nazwiska, gdy samemu się waść kryjesz pod inicjałami?

Marek Wałkuski był prowadzącym poranne audycje "Zapraszamy do Trójki". Osoby prowadzące ten program do dziś _nie_ przepytują polityków. W drugiej połowie lat 90-tych, bo o tym okresie mówimy, takie rozmowy w PR III prowadziła głównie Monika Olejnik. Podczas wywiadu to ona mogła kogoś "wdeptywać" lub, jak to miało miejsce z Leszkiem Millerem, zakończyć bezproduktywny wywiad.

Marek Wałkuski, podobnie jak inni prowadzący do dziś, czasem komentowali całą rozmowę _po_ jej zakończeniu. Przy czym były to uwagi dowcipne i/lub lekko złośliwe, acz zawsze kulturalne. Oczywiście de gustibus non est disputandum, ale nie przypominam sobie szczególnych protestów ze strony słuchaczy. Pamiętam raczej ich komentarze, które bardzo często były dużo bardziej nieprzyjemne, niż przesłuchanie w wykonaniu Moniki Olejnik.

Obecna "synekura" to stanowisko korespondenta Polskiego Radia w USA. Czy rzeczywiście jest to tak bardzo lukratywne stanowisko, aby określać je mianem "synekury" -- nie wiem. Ale słuchając piątkowych rozmów z Kubą Strzyczkowskim nie narzekam na jakość pracy MW.

PS. Jeśli radio przyprawia o stres, należy je bezwzględnie wyłączyć.

Data: 2009-11-21

Dodał: Hazelhard

Tytuł: truizm

Czytam:
"Polska jest dobrem wspólnym wszystkich jej obywateli"

Jak to z wieloma truizmami bywa, zdanie jest tylko na pozór prawdziwe. Jeden Polak ma więcej Polski (np., pan Kulczyk), a drugi (np., bezdomny z Dworca Centralnego) ma Jej mniej. Tak jest w każdym kraju i w każdej społeczności. Oczywiście, niemal każdy chce mieć tej Polski jak najwięcej, a ci, co mają dużo, nie chcą jej oddać.
Media to wlaśnie taki kawałek Polski- gra idzie o dużą kasę, a sama zawartość merytoryczna jest tylko narzędziem do zdobywania tej kasy.
Ale koniec wielkiej kasy mediów jest bliski- już gazety bankrutują, już nie płacą dziennikarzom, już tvp nie ma pieniędzy na rozdęte pensje. Tylko czy się powinniśmy z tego cieszyć?


Data: 2009-11-20

Dodał: M.G.

Tytuł: wolnosc, niebezpieczny narkotyk

wolnosc potrafi byc chyba bardziej niebezpieczna dla ludzi, niz niewola
w niewoli bardzo wyraznie widoczna jest linia graniczaca dobro od zla
w dobie wolnosci granice ta musimy dostrzec sami
ludziom doroslym wydaje sie niestety, ze jedynie w okresie dojrzewania los naklada nam na nos ciemne okulary: po omacku szukamy i dochodzimy do tej jednej najprawdziwszej prawdy i stajemy sie nieomylnymi doroslymi
jezeli jest to prawda, to wielu jeszcze nie doroslo ... i daleko im do tego
dziekuje za artykul, po ktorym ja - obywatelka - niesamowicie uroslam (jedynie we wlasnych oczach, ale zawsze cos)

Clicky Web Analytics