Bogdan Miś: Polska Szkoła Programowania
Sześć lat temu gazety odnotowały po raz pierwszy sukces polskich młodych programistów w jednym z rodzajów międzynarodowego współzawodnictwa – i nie wzbudziło to większej sensacji. Ot, jeszcze kolejne studenckie zawody – można było pomyśleć – i akurat w Polsce znalazł się jakiś utalentowany chłopak; czysty przypadek.
Kiedy jednak raz po razie systematycznie zaczęło się powtarzać coś podobnego, a na dodatek rzecz przestała dotyczyć jednego „młodego geniusza” – sprawa nabrała rozgłosu. Sukces świetnego Tomasza Czajki w prestiżowych zawodach programistów TopCoder (Tomek w 2005 roku zdobył prowadzenie indywidualnie) i przesunięcie się wtedy Uniwersytetu Warszawskiego na pierwsze miejsce w światowym rankingu uczelni kształcących informatyków, którego już uczelnia w zasadzie nie opuściła do dziś - to już była jednak sensacja i „hit” dla całej prasy, radia i telewizji.
Przypomnijmy, co to jest właściwie ów TopCoder i dlaczego ten konkurs jest tak ważny i głośny. Oddajmy głos witrynie Instytutu Informatyki UW; czytamy tam:
TopCoder jest otwartym, ciągłym konkursem, w którym biorą udział najlepsi programiści z całego świata. W większości uczestnikami konkursów są studenci, chociaż pojawiają się też zawodowi programiści. Konkursy odbywają się średnio co tydzień. Kilka razy do roku odbywają się główne zawody, z których najważniejsze to TopCoder Open (startować może każdy) i TopCoder Collegiate Challenge (tylko studenci). Zawody główne jest to cykl około 4-5 konkursów eliminacyjnych, z których najlepszych 24 zawodników zostaje zaproszonych na finały stacjonarne w USA. Zawody polegają na układaniu algorytmów dla zadanych problemów i ich zaprogramowaniu. Liczy się szybkość i jakość kodowania. Zawodnicy mają 75 minut na rozwiązanie 3 zadań o różnym stopniu trudności. Punktacja za rozwiązane zadanie zależy od czasu jaki upłynął pomiędzy przeczytaniem zadania, a zgłoszeniem jego rozwiązania. Rozwiązania niepoprawne nie otrzymują żadnych punktów. W następnej fazie konkursu zawodnicy mają wgląd w kody innych uczestników i mogą sprawdzać poprawność cudzych programów. W przypadku znalezienia błędu zawodnik generuje test i jeżeli sprawdzany program go nie zaliczy, autor testu otrzymuje dodatkowe punkty. Każdy, kto uczestniczył co najmniej raz w takim konkursie ma swój ranking, wyliczany na podstawie swojego wyniku w konkursie jak i wyników innych uczestników. Ogólnie ranking jest podobny do rankingu szachowego. Ranking uniwersytetów i krajów jest wyznaczany na podstawie rankingów uczestników z danego kraju/uniwersytetu. Jednak nie jest to dokładnie średnia, lecz średnia ważona, dzięki czemu ranking w głównej mierze zależy od 10 najlepszych uczestników z danego kraju / uniwersytetu.
Topcoder jest więc doskonałą okazją dla studentów do pokazania swoich umiejętności algorytmiczno-
programistycznych. Niezwykle cennym jest, że oprócz nagród pieniężnych udział w konkursie daje im możliwość otrzymania oferty pracy od czołowych firm z branży IT. Dość powiedzieć, że wśród sponsorów konkursów były takie firmy jak: Yahoo, Google, Microsoft, SUN Microsystem. Polacy zaczęli brać aktywny udział w konkursie w roku 2003, po zwycięstwie drużyny Uniwersytetu Warszawskiego w innym światowym i bardzo prestiżowym konkursie - ACM International Collegiate Programming Contest World Finals (icpc.baylor.edu/icpc/).
Jeden z członków tej ekipy, wspomniany wyżej Tomek Czajka, jest od lat supergwiazdą TopCodera. Tomek ma najwyższy ranking z Polaków, dwukrotnie wygrał TopCoder Open i raz TopCoder Collegiate Challenge; ale inni Polacy niewiele mu ustępują. Dość powiedzieć, że wśród 24 finalistów TopCoder Open znalazło się ich aż czterech: Paweł Parys i Tomasz Idziaszek z Uniwersytetu Warszawskiego, Tomek Czajka z Uniwersytetu Warszawskiego i Purdue University, oraz Grzegorz Łukasik z Uniwersytetu Jagiellońskiego. W aktualnie trwających eliminacjach TopCoder Collegiate Challenge do ostatniej rundy (50 zawodników) awansowało aż 5 Polaków: Marek Cygan, Tomasz Idziaszek, Eryk Kopczyński, Marcin Michalski (wszyscy Uniwersytet Warszawski) oraz Tomek Czajka (Uniwersytet Warszawski i Purdue University). Tomek jest obecnie na trzeciej pozycji wśród najlepszych programistów świata z rankingiem 3445 punktów; maksymalny ranking (ponad 3600 punktów) miał w październiku ubiegłego roku. W tej chwili wyprzedzają go jedynie Rosjanin i Chińczyk.
Zawody te, współorganizowane przez najpoważniejsze globalne firmy informatyczne, mają zasięg światowy, zaś charakter - ciągły. Uczestnicy jednocześnie raz w tygodniu zasiadają do podłączonych do Internetu komputerów, by rozwiązywać specjalnie dla nich ułożone niebywale trudne zadania informatyczne (warto od razu odnotować, że ta jednoczesność oznacza, że zamieszkali w Polsce Polacy przystępują do walki z konieczności nocą, bo konkurs rozpoczyna się o drugiej nad ranem naszego czasu). Na podstawie wyników tych spotkań prowadzi się dwa rankingi - indywidualny oraz uczelniany. Ogólnodostępny sieciowy turniej trwa rok i kończy się spotkaniem 24 najlepszych „w realu”, czyli na żywo.
Tak więc - jesteśmy istną potęgą informatyczną i mamy bardzo liczną grupę niezwykle uzdolnionej i świetnie wykształconej młodzieży. A przecież TopCoder nie wyczerpuje sprawy: równie znaczące sukcesy odnosimy w drugim wielkim konkursie, w Zespołowych Mistrzostwach Świata w programowaniu - międzynarodowym konkursie programistycznym dla studentów, organizowanym przez Association for Computing Machinery. W 2003 roku nasz zespół (w składzie ten sam Tomasz Czajka oraz Andrzej Gąsienica-Samek i Krzysztof Onak, znani jako „Warszawskie Orły”) nie dał najmniejszych szans rywalom z 70 innych uniwersytetów, pewnie zdobywając pierwsze miejsce i wyprzedzając dwa świetne teamy rosyjskie. Od lat jesteśmy w czołówce tego turnieju.
Powstaje – pytałem kilka lat temu w „Polityce” - zasadne pytanie: jak to się dzieje, że w kraju o dość nikłej tradycji informatycznej (przypomnijmy: w latach sześćdziesiątych w związku z zachodnim embargiem na zaawansowane technologie mówiliśmy wręcz o naszym kilkunastoletnim zacofaniu, co w tej dziedzinie oznaczało epokę!) pojawia się nagle tak masowo tak niebywale zdolna - i tyle umiejąca - młodzież? Tego typu rezultatów nie da się już wytłumaczyć działaniem przypadku.
Znającym co nieco historię nauki polskiej wręcz musi nasunąć się skojarzenie z wydarzeniami sprzed lat niemal dziewięćdziesięciu, czyli z powstaniem tak zwanej Polskiej Szkoły Matematycznej. Mieliśmy wówczas do czynienia z sytuacją analogiczną: przy niemal zupełnym braku tradycji naukowych w tej dyscyplinie wystąpiła trudna do wytłumaczenia eksplozja talentów. Banach, Sierpiński, Kuratowski, Janiszewski, Mazur, Steinhaus, Schauder, Borsuk… Cała plejada, w jednym czasie i miejscu.
Fenomen Polskiej Szkoły Matematycznej jest dziś już dobrze rozumiany. Oczywiście nie chodziło tu o żadne „polskie predyspozycje genetyczne” do matematyki; nic takiego nie istnieje. Zdecydowała precyzyjna i przemyślana organizacja, bezinteresowna pracowitość i wola kilku jednostek. Wybrano wąskie dziedziny z szansami na szybkie osiągnięcia badawcze, powołano czasopismo o światowej renomie, zorganizowano dostęp do literatury; nade wszystko zaś stworzono zaczyn atmosfery kolektywnej koleżeńskiej pracy. Zlikwidowano – naturalny zdałoby się - dystans profesor-student, życie towarzyskie zlało się w jedno z pracą. I lawina ruszyła.
Bardzo podobnie rzeczy się mają obecnie w naszej informatyce. Działa – coraz lepiej i sprawniej – niezwykle logiczny i spójny system. System ten opiera się na samym dole na masowej Olimpiadzie Informatycznej dla uczniów szkół średnich; towarzyszy jej Międzynarodowa Olimpiada Informatyczna (od 1989 roku), Olimpiada Informatyczna Europy Środkowej (od 1999 roku) i Bałtycka Olimpiada Informatyczna (od roku 2001). Dzięki takiemu „umiędzynarodowieniu sprawy” laureaci zawodów krajowych nie spoczywają na laurach po wygraniu konkursu, ale mają przed sobą dalsze atrakcyjne wyzwania; w efekcie trafiają na uczelnie otrzaskani z atmosferą współzawodnictwa i pełni dumy z własnych osiągnięć. Na uczelni wpadają natychmiast w kolejny młyn: czekają na nich koła naukowe, szkoleniowo-twórcze obozy wakacyjne, Akademickie Mistrzostwa Polski w programowaniu zespołowym, wspomniane wyżej TopCoder i Zespołowe Mistrzostwa Świata oraz kilkanaście (!) innych konkursów i podobnych imprez o zasięgu krajowym, europejskim i światowym. Nie sposób się nudzić!
Tu dygresja: jedną z przyczyn tego, że inne olimpiady przedmiotowe w Polsce nie dają tak spektakularnych rezultatów jak ta informatyczna jest to właśnie, że w istocie rzeczy służą one tylko jednorazowemu wyłonieniu zdolniejszej grupy licealistów, która zapewnia sobie wejściem do grona laureatów indeks wyższej uczelni bez kłopotu o egzamin wstępny. To też jest oczywiście bardzo ważne, ale kończy się bez dalszego ciągu. U informatyków ten dalszy ciąg właśnie jest.
Ów system konkursów to jednak nie wszystko. Szalenie ważne jest to, że w naturalny (oczywiście, umiejętnie sterowany) sposób zwycięzcy olimpiad po dostaniu się na uczelnię i przejściu na arenę międzynarodową nie tracą „kontaktu z podłożem”, lecz są programowo natychmiast włączani w intensywną pracę z młodszymi kolegami. Nie tylko opiekują się nimi, nie tylko pomagają w technicznej organizacji konkursów, ale na przykład napisali oprogramowanie, które „samoczynnie” sprawdza obecnie nadsyłane przez olimpijczyków rozwiązania zadań konkursowych i bez udziału człowieka prowadzi wszelkie statystyki, rankingi i bazy danych (oprogramowanie to wzbudziło duże zainteresowanie i robi karierę międzynarodową; dzięki niemu zwiększanie liczby uczestników konkursu nie stanowi już żadnego problemu i nie wymaga od organizatorów zwiększania liczby obsługi).
Powstaje zatem w ten sposób swoista – bardzo silna! - więź międzypokoleniowa, oparta na fachowym koleżeństwie; z natury rzeczy przekształca się ona w związki towarzyskie i przyjacielskie. Zupełnie tak samo jak w Polskiej Szkole Matematycznej powszechne jest na przykład mówienie sobie po imieniu nawet przez studentów pierwszego roku z profesorami. Charakterystyczna jest też stała dostępność mistrza dla ucznia: sam byłem świadkiem, jak młodzi ludzie przychodzili w warszawskim Instytucie Informatyki UW do gabinetu prof. Krzysztofa Diksa, by bezpośrednio podzielić się z nim jakimś trudnym problemem czy pochwalić rozwiązaniem innego; bez żadnego „umawiania przez sekretariat” czy przestrzegania jakichś „godzin dyżurów dydaktycznych”.
Profesor Diks (na zdjęciu z 2007 roku drugi z prawej, informatyk, mężczyzna w sile wieku, w dżinsach i swetrze, mało jakoś pasujący do stereotypu profesora wyższej uczelni, jak sądzę…) jest jednym z dwóch uczonych, którzy znaczną część swego życia osobistego i naukowego poświęcili kształceniu i prowadzeniu omawianej tutaj „stajni geniuszy”. Ten autor kilkudziesięciu bardzo poważnych, doniosłych i wielokrotnie cytowanych w literaturze światowej rozpraw powiedział w rozmowie ze mną, że prowadzenie obozów naukowych dla uczniów i studentów oraz organizacja olimpiad i konkursów to dla niego pasja życiowa - i zajęcie dające satysfakcję intelektualną porównywalną z odkrywaniem praw nauki; a może nawet większą, bo „w końcu napisać kilka czy nawet kilkanaście względnie dobrych artykułów rocznie to nie jest aż tak trudne, by stanowiło prawdziwe wyzwanie”.
Jeździ więc ze swoimi studentami po Polsce i świecie, jest ich trenerem, nauczycielem i kumplem. Nie liczy godzin, nie bierze za to żadnego dodatkowego wynagrodzenia; a na marginesie: nie prowadzi też żadnych zajęć w żadnej prywatnej uczelni. Pytany o szczegóły fenomenu polskiego systemu kształcenia informatyków prosi jeszcze, by podkreślić jako bardzo ważny fakt, że Polska – głównie dzięki dawnej działalności Wydawnictw Naukowo-Technicznych sprzed lat (obecnie WNT podupadają i straciły całkowicie renomę wiodącego wydawnictwa naukowego) – jest krajem, w którym na bieżąco dostępna jest najwybitniejsza i najbardziej aktualna literatura przedmiotu; nie żadne tam komercyjne książki, ale najpoważniejsze dzieła naukowe; dzięki temu od świata niemal nie dzieli nas żadna bariera językowa.
Drugi taki jak Diks – to profesor Jan Madey (na zdjęciu z siwą brodą), matematyk, długoletni prorektor Uniwersytetu Warszawskiego. O ile profesor Diks zajmuje się stroną dydaktyczno-wychowawczą przygotowywania młodzieży, o tyle profesor Madey jest nieoceniony organizacyjnie: ten człowiek potrafi załatwić wszystko, mówią studenci. Jeśli nie dzięki swoim rozległym kontaktom, to gdy trzeba… osobiście siadając za kierownicą mikrobusu, który potrafi za własne pieniądze wynająć w USA, by członków drużyny przewieźć po Stanach. Bo „nie może być tak, by oni się zajmowali tylko programowaniem; trzeba przecież dbać o wszechstronność ich rozwoju”…
Niektórzy jednak krzywią się na to wszystko. Z ust pewnego uczonego – który nie chciał wystąpić w tym tekście nieanonimowo - usłyszałem zdanie mniej więcej takie: „po co tyle wysiłku, skoro i tak tych młodych zaraz kupią zagraniczne koncerny i Polska nic z nich nie będzie miała”.
Otóż – to po kilkakroć nieprawda. Po pierwsze, oni wcale nie gonią za luksusem i nie marzą ani o własnych firmach, ani gabinetach z sekretarkami; w każdym razie znaczna większość. Kilku już odrzuciło bardzo intratne oferty, na pierwszym miejscu stawiając rozwój naukowy i zdobywanie odpowiedniej pozycji w tym właśnie środowisku. Po drugie, Polska nic nie straci, jeśli część z nich zostanie profesorami na przykład w USA; wręcz przeciwnie, zyskamy w ten sposób bezcenne kontakty (a propos: jeden z triumfatorów konkursów z poprzednich lat, który obecnie prowadzi badania w Pekinie, podejmował na własny koszt naszą ekipę w drodze na kolejne zawody do Szanghaju, by młodym kolegom pokazać Wielki Mur, Zakazane Miasto i poczęstować ich… kaczką po pekińsku) i dostęp do najlepszych ośrodków. Po trzecie, niektóre polskie firmy też rozumieją „w co się gra” i potrafią zaoferować młodym talentom warunki materialne nie gorsze niż w USA, nie namawiając ich zresztą wcale do działalności czysto biznesowej; przykład: ComArch zatrudnił Gąsienicę-Samka jako dyrektora badawczego, tworząc mu wspaniałe warunki rozwoju naukowego.
Niby wszystko jest tedy świetnie i namalowany obraz jest czymś w rodzaju laurki. To pozory. Świetni poscy informatycy nie mają wcale mniej kłopotów, niż przedstawiciele innych nauk. Choćby taki fakt, powszechne dziś w całym polskim państwowym szkolnictwie wyższym: nie ma pieniędzy na zatrudnianie asystentów i starszych asystentów. Na studia doktorskie granty się znajdą; ale doktorantów z natury rzeczy musi być mniej niż kandydatów na asystentów, są oni również dydaktycznie mniej wydajni, bowiem muszą przede wszystkim myśleć o zrobieniu stopnia naukowego.
Gdy szedłem niedawno korytarzami warszawskiego Instytutu Informatyki i oglądałem tabliczki na gabinetach pracowników uderzyło mnie to, że najniższym spotykanym stopniem służbowym jest dziś adiunkt – i to z reguły doktor habilitowany. Wydaje mi się, że to niebezpieczne zjawisko; ale także i temat na zupełnie inne rozważania.
Tagi:
O nas...
Do redakcji można pisać
na adres studioopinii@gmail.com
Cytat, który obiecujemy brać pod rozwagę:
Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Św. Tomasz z Akwinu
Komunikat: Redakcja informuje uprzejmie, że w żaden sposób nie cenzuruje merytorycznie komentarzy do artykułów. Jedyna ingerencja może polegać wyłącznie na ewentualnym usunięciu słów powszechnie uznawanych za obelżywe lub nieprzyzwoite oraz "mowy nienawiści". System zarządzania witryną (niezależny od nas) jest jednakże skonstruowany w taki sposób, że niektóre wpisy pojawiają się niekiedy z opóźnieniem, czasami - z nieznanych nam przyczyn - znacznym. Choć nie ma w tym naszego działania - przepraszamy zirytowanych. Jednocześnie informujemy, że większość nowych tekstów ukazuje sią najpierw na górze strony głównej, w dziale OSTATNIO NADESŁANE, by nieco później - na ogół następnego dnia - trafić do właściwego działu merytorycznego. Komentarze wpisane do OSTATNIO NADESŁANYCH nie są ze względów technicznych przenoszone w nowe miejsce.
| POLECAMY | |
|
Dołączył do nas Jan Winiecki. Szukajcie jego felietonów w prawej szpalcie. Sławek Popowski: kapitalny esej o Gorbaczowie; arcyciekawe! Stefan Bratkowski zastanawia się: czy możemy zbudować solidny ustrój Na stronie KULTURA uruchamiamy rubrykę PRÓBY LITERACKIE. Czytajcie Mikołaja Fajfera. W witrynie pojawiło się Ilustrowane Radio Niny Nowakowskiej. Obejrzyj, posłuchaj! Chcesz zostać dziennikarzem? Nie wiesz, jak pisać? Poczytaj rady fachowca... Ważne przemyślenia George'a Friedmanna: prognoza na nasze stulecie Zajrzyj do działu CYWILIZACJA. Jest co poczytać i obejrzeć! Obejrzyj naszą telewizję (tak, tak - uruchomiliśmy własną). A w niej gościnnie EuroparTV! Nie wiesz co to? Ważny tekst dr Andrzeja Ehrlicha o (nie)sprawności zarządzania w Polsce. Są przykłady! Dr Ehrlich pisze także o pracy tłumacza
|
|
|
PONADTO... |
|
|
Stefan Bratkowski otworzył nowy cykl błyskotliwych porad dla tych, którzy nie wiedzą, że nic się nie da zrobić |
|
|
Jacek Pałasiński podejmuje gorący temat o gazie |
|
|
Ernest Skalski o Gorbaczowie
|
|
|
Sławomir Popowski |
|
|
Aleksander J. Wieczorkowski demoluje Telekomunikację Polską oraz Netię |
|


