Czy grozi nam recydywa IV RP?

2009-10-17 14:46

Na wrześniowym kongresie PiS Jarosław Kaczyński zapowiedział rozpoczęcie marszu po władzę i konsekwentnie realizuje ten scenariusz. Mam nadzieję, że nie damy się zwariować i oszukać "pisowskiej" demagogii; również tej z frontu medialnego, lamentom nad kryzysem państwa, stanem polskiej demokracji, itp. Chodzi im wyłącznie o władzę i marzy się im ożywienie społecznych nastrojów z czasów Komisji Rywina. Jeszcze trochę, a zastąpią "Rywinlandię", (jak określali III RP), nowym epitetem - "Tuskolandią", albo "Donaldią". To tylko kwestia czasu. Pisowska machina propagandowa już została wprawiona w ruch... 

PiS oskarża teraz PO, że porzuciła politykę miłości i wypowiedziała wojnę opozycji (po raz pierwszy od czasu Jaruzelskiego, jak pozwolił sobie zauważyć Jarosław Kaczynski). Ale skoro tak, to czym w takim razie były dwuletnie rządy PiS-u...? Z ich otwartą wojną przeciwko wszystkim niepokornym, poczynając od elektryka montującego wannę Wassermanowi, a skończywszy na najbliższych koalicjantach "Premiera 1000-lecia"?   

Paweł Lisicki, naczelny redaktor "Rzepy" - ciągle jeszcze organu Jedynie Słusznej Partii Jarosława Kaczyńskiego i słupa ogłoszeniowego CBA - w swoim komentarzu redakcyjnym krytykuje Tuska i zarzuca mu, że "porzucił miłość dla wojny" oraz że "z misjonarza miłości przedzierzgnął się w bojownika. Z człowieka kompromisu - w bezwzględnego szeryfa..." A co miał zrobić? Czekać? Przecież to PiS pod sztandarami IV RP wypowiedział wojnę na śmierć i życie wszystkim swoim przeciwnikom politycznym, a nawet obojętnym, w imię jedynie słusznego projektu ideologicznego. I żeby tylko chodziło o zwykłą rywalizację, konkurencję polityczną. Chodziło o coś znacznie więcej: o rząd dusz i o możliwość wykorzystania instytucji państwa do wyeliminowania z życia publicznego całych grup i warstw - całej wcześniejszej elity, która ośmielała się myśleć inaczej, niż bracia bliźniacy.  

W niczym to nie zmienia faktu, że za obecny stan rzeczy odpowiada PO. Powiem więcej: jeśli mam jakieś pretensje do Tuska, to właśnie o to, że dzień po wygranych wyborach w 2007 r nie rozpędził tego zakonu IV RP.  Aleksander Smolar ma rację: Mariusza Kamińskiego, tak jak i Macierewicza, należało usunąć natychmiast po wygranych wyborach. I nie tylko usunąć. Trzeba było również dokonać zmiany  ustawy o CBA, które od samego początku konstruowane było - zresztą za przyzwoleniem PO - jako policja polityczna. Dlaczego tego nie zrobiono? Tusk tłumaczy, że chciał pilnować standardów, że liczył na lojalną współpracę Mariusza Kamińskiego, a poza tym - że ustawa wprowadzała zasadę kadencyjności, której on nie mógł złamać...   

Muszę w to wierzyć, bo nie mam wyboru. Ale skoro tak, to dlaczego teraz, kiedy znalazł się  w opałach, nie ma już takich wątpliwości, gotów jest odwołać Kamińskiego, nawet ryzykując Trybunałem Stanu, którym dziś straszy go Szczygło? Obawiam się, że odpowiedzi szukać należy w błędnie wybranej strategii. Tusk - ale nie tylko on - naprawdę chyba uwierzył, że na scenie politycznej nie ma miejsca dla żadnego innego bytu politycznego niż tylko PO i PiS; że dwubiegunowy podział sceny politycznej, zwłaszcza przy istniejącym systemie finansowania partii politycznych, to jest już coś trwałego i na wieki oraz że może to być nawet wygodne dla PO, bo wystarczy być anty-PiS-em, by zwyciężyć w kampanii prezydenckiej (zwłaszcza z tak słabym konkurentem, jak Lech Kaczyński). Potem sukces wyborczy w wyborach parlamentarnych byłby już tylko formalnością. Z olbrzymimi nadziejami na zdobycie bezwzględnej większości, pozwalającej na samodzielne rządy... Wtedy - dawał do zrozumienia Tusk - rzeczywiście weźmiemy się za reformowanie Polski.  

W rezultacie mamy jednak to, co mamy. A nie wierzę, aby PiS wystrzelało się ze wszystkiego, co we współpracy z CBA zebrało na Tuska i Platformę. Pamiętajmy: to dopiero początek kampanii prezydenckiej.  

Po ujawnieniu pierwszej afery, tzw.  hazardowej, Tusk słusznie wybrał ucieczkę do przodu. Usunął współpracowników najbardziej obciążonych podsłuchami CBA oraz dokonał przegrupowania sił na swoim zapleczu. Wszystko po to, aby odzyskać polityczną inicjatywę. Te działania - zwłaszcza, jeśli worek z aferami (nie ważne: faktycznymi, czy rzekomymi) będzie się sypał nadal - mogą okazać się jednak nie wystarczające. Dlatego – uważam - jeśli Tusk rzeczywiście chce przejść do ofensywy i odzyskać poparcie równie mocne, jak to z 2007 r. (a nawet mocniejsze) - musi zaproponować coś więcej.  

Potrzebny jest zupełnie nowy projekt polityczny, który uwolni nas od fałszywych i anachronicznych sporów ideologicznych oraz polityków o mentalności rodem z początków XX wieku (jeśli nawet nie XIX-wiecznej). Słowem – potrzebny jest projekt, który stałby się nowym impulsem rozwojowym, porównywalnym z tym, jakim po wyborach czerwcowych w 1989 r było utworzenie pierwszego niekomunistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego. Wierzę, że jest to możliwe.  

Od 2005 r. żyjemy w warunkach permanentnej, zimnej wojny domowej, toczonej przez dwa ugrupowania z "solidarnościowymi" korzeniami. Kiedyś wspólnie walczyli z "postkomuną", eliminując po drodze elity dawnej Unii Wolności. Kiedy główny konflikt z tamtych lat został rozwiązany (SLD na własne życzenie zostało zmarginalizowane, a UW praktycznie przestała istnieć), dawni partnerzy i sojusznicy, którzy w 2005 r szli do wyborów z obietnicą naprawy państwa i utworzenia "solidarnościowej" koalicji PO-PiS-u - natychmiast skoczyli sobie do gardeł.  

Między nimi jest jednak zasadnicza różnica. Stefan Bratkowski ma rację, gdy kilka tygodni temu pisał, że nasza scena polityczna dzieli się dziś na dwie podstawowe siły - obóz demokratyczny, którego najsilniejszym podmiotem jest obecnie Platforma Obywatelska oraz obóz post-endecki, „grupujący Prawo i Sprawiedliwość oraz partię redemptorystów, z jej jaczejkami w parafiach“. Ta druga strona obecnego konfliktu - co już wielokrotnie pisałem - reprezentuje sobą to, co najgorsze w polskiej tradycji politycznej i zgodne z najprzykrzejszymi epitetami - jako ciemnogród i zacofanie, ksenofobie i kompleksy, autorytarne ciągoty. Wszystko to przerabialiśmy podczas dwuletnich rządów PiS-u, opierającego swoją strategię polityczną na konflikcie, nieustannym szczuciu, awanturach i zawiściach, wojnie z "łżeelitami"...  

W obecnej sytuacji, wobec słabości wszystkich pozostałych podmiotów, ewentualna porażka PO – o co, nie przebierając w środkach, walczą bracia Kaczyńscy – może oznaczać tylko jedno: recydywę IV RP, na samo wspomnienie której przechodzą ciarki po plecach. Wówczas na całe lata - jeśli nie dziesięciolecia - zostalibyśmy zepchnięci gdzieś na margines, na peryferie Europy, marnując być może najlepszą koniunkturę, jaką mieliśmy w ostatnich wiekach naszej historii.  

Dlatego też dziś najważniejszym zadaniem, i dla Tuska, i dla wszystkich sił demokratycznych jest jedno: zablokowanie powrotu braci Kaczyńskich do władzy. I pierwszym krokiem powinno być niedopuszczenie do reelekcji urzędującego prezydenta. Wiele wskazuje, że nie uda się uzyskać rozstrzygnięcia już w pierwszej turze. Ale skoro tak, to trzeba zrobić wszystko, aby w drugiej zabrakło Lecha Kaczyńskiego. Bo jeśli przejdzie, to może być różnie, podczas gdy jego porażka byłaby początkiem końca PiS, a przynajmniej początkiem zdecydowanej marginalizacji tej antysystemowej i najgroźniejszej dziś formacji. Mówiąc inaczej: w najbliższej kampanii prezydenckiej warto poprzeć każdego, kto będzie miał szansę wygrać z Lechem Kaczyńskim. W myśl zasady: wszyscy, ale nikt z PiS-u.   

To po pierwsze. Po drugie – i tego oczekuję od Tuska i PO - konieczna jest zmiana retoryki, "narracji", jaką w ostatnich latach udało się narzucić PiSowi i jego komisarzom politycznym w mediach. Najpierw z pomocą gorączki lustracyjnej oraz haseł o walce z rzekomo wszechogarniającym układem (nigdy nie skonkretyzowanym, ani nawet nie nazwanym z imienia i nazwiska), a potem: demagogicznie przeciwstawiając Polskę socjalną – Polsce liberalnej.  

To prawda. W 2005 r. Polacy mogli być zmęczeni transformacją, woleli odetchnąć i zamiast do urn wyborczych wybrali się na grillowisko. W rezultacie, mniejszość zadecydowała o zwycięstwie "partii obciachowej" oraz "narodowo-katolickiej" i „post-endeckiej prawicy“, fundując nam szaleństwa IV RP. Tego błędu, z powodów o których pisałem wyżej, za żadną cenę nie można dziś powtórzyć.  

Spróbujmy więc przełamać obowiązującą dziś logikę mordobicia. Trzeba doprowadzić do świadomości i stale powtarzać, że walczymy z PiS-em nie dlatego, że jest naszym konkurentem do władzy i stołków, ale dlatego że proponuje archaiczną wizję Polski, że blokuje jej rozwój i postęp cywilizacyjny, spychając ją gdzieś na peryferie Europy. I dlatego też opowiadamy się i proponujemy utworzenie szerokiego frontu demokratycznego, swego rodzaju koalicji pro-modernizacyjnej i pro-innowacyjnej - jedynej, która jest w stanie nadrobić ciągle jeszcze istniejące cywilizacyjne zapóźnienie Polski, bo od tego będzie zależał poziom życia jej obywateli i rzeczywista pozycja Polski w Europie…  

Takiej właśnie strategii oczekuję od Tuska i takiego języka. Jest mało prawdopodobne, aby PO udało się po najbliższych wyborach rządzić samodzielnie, ale niech przynajmniej szuka sensownych partnerów i sojuszników. To jedyny sposób, aby wyszła z PiS-owskiego klinczu. I tylko wówczas, jej słuszna wojna, wypowiedziana partii braci Kaczyńskich będzie miała sens. 

Sławomir Popowski

Poprzednie komentarze do tego artykułu są tutaj 

 

Tematy do dyskusji: Czy grozi nam recydywa IV RP?

Zapraszamy do komentowania

Wyszukiwanie

O nas...

Promocja


Do redakcji można pisać

na adres studioopinii@gmail.com

 

Cytat, który obiecujemy brać pod rozwagę:

Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.

Św. Tomasz z Akwinu

Komunikat: Redakcja informuje uprzejmie, że w żaden sposób nie cenzuruje merytorycznie komentarzy do artykułów. Jedyna ingerencja może polegać wyłącznie na ewentualnym usunięciu słów powszechnie uznawanych za obelżywe lub nieprzyzwoite oraz "mowy nienawiści". System zarządzania witryną (niezależny od nas) jest jednakże skonstruowany w taki sposób, że niektóre wpisy pojawiają się niekiedy z opóźnieniem, czasami - z nieznanych nam przyczyn - znacznym. Choć nie ma w tym naszego działania - przepraszamy zirytowanych. Jednocześnie informujemy, że większość nowych tekstów ukazuje sią najpierw na górze strony głównej, w dziale OSTATNIO NADESŁANE, by nieco później - na ogół następnego dnia - trafić do właściwego działu merytorycznego. Komentarze wpisane do OSTATNIO NADESŁANYCH nie są ze względów technicznych przenoszone w nowe miejsce.

POLECAMY

Dołączył do nas Jan Winiecki. Szukajcie jego felietonów w prawej szpalcie.

Sławek Popowski: kapitalny esej o Gorbaczowie; arcyciekawe!

Stefan Bratkowski zastanawia się: czy możemy zbudować solidny ustrój

Na stronie KULTURA uruchamiamy rubrykę PRÓBY LITERACKIE. Czytajcie Mikołaja Fajfera.

W witrynie pojawiło się Ilustrowane Radio Niny Nowakowskiej. Obejrzyj, posłuchaj!

Chcesz zostać dziennikarzem? Nie wiesz, jak pisać? Poczytaj rady fachowca...

Ważne przemyślenia George'a Friedmanna: prognoza na nasze stulecie

Zajrzyj do działu CYWILIZACJA. Jest co poczytać i obejrzeć!

Obejrzyj naszą telewizję (tak, tak - uruchomiliśmy własną). A w niej gościnnie EuroparTV! Nie wiesz co to?
Obejrzyj! 

Ważny tekst dr Andrzeja Ehrlicha o (nie)sprawności zarządzania w Polsce. Są przykłady! Dr Ehrlich pisze także o pracy tłumacza

 

 

 

PONADTO...

Stefan Bratkowski otworzył nowy cykl błyskotliwych porad dla tych, którzy nie wiedzą, że nic się nie da zrobić

Jacek Pałasiński podejmuje gorący temat o gazie

Ernest Skalski o Gorbaczowie


Sławomir Popowski
pisze o innym Stalinie

 

Aleksander J. Wieczorkowski demoluje Telekomunikację Polską oraz Netię


 

Clicky Web Analytics