Stefan Bratkowski: Dziewanowski, czyli brzemię białego człowieka
Historia Polski pamięta słynne przemówienie Lecha Wałęsy w Kongresie Stanów Zjednoczonych – Kongres, usłyszawszy wypowiedziane po angielsku dźwięcznym, stentorowym głosem Jacka Kalabińskiego, pierwsze, tak amerykańskie słowa „we, the people…”, „my, naród…”, powstał cały z miejsc dla długiej, burzliwej owacji. Tak czcił Wałęsę. Napisał to przemówienie dla Wałęsy wielki dyplomata, pierwszy ambasador wolnej Polski w Waszyngtonie, Kazimierz Dziewanowski. I cieszył się, słuchając owacji.
Jego wielkość nie narodziła się jednak w Waszyngtonie. Pół wieku temu było ich cztery znakomitości, czołówka całej zresztą generacji wybitnych reporterów. Czterech reporterów-pisarzy-filozofów. Kazimierz Dziewanowski, Wiesław Górnicki, najmłodszy z nich Ryszard Kapuściński i Jerzy Zieleński. Dziewanowski z Górnickim przyjaźnili się w redakcji „Świata”, w której wyrośli na gwiazdy, zanim ją rozpędzono; Kapuściński i Zieleński wyszli ze „Sztandaru Młodych”, istnego inkubatora talentów mimo koszmarnego tytułu. Pamiętam jeszcze dni, kiedy Rysiek (Kapuściński), trzymając w ręku Zieleńskiego „Stan oblężenia w raju”, westchnął – „mam nadzieję, że kiedyś też coś tak dobrego napiszę”. Pamiętam też, jak w roku 1967 Górnicki zrezygnował z pozycji korespondenta Polskiej Agencji Prasowej w Waszyngtonie, protestując przeciw kampanii antysemickiej w PRL – by w roku 1981 zdumiewającą woltą obrócić się z całą przyrodzoną bezinteresownością… w adiutanta generała Jaruzelskiego i wyeliminować się ze środowiska przyjaciół. Literackiego Nobla przed śmiercią zabrała Kapuścińskiemu geografia. Czytał „Brzemię białego człowieka” Dziewanowskiego, czytał – jak mówił - z poczuciem grzechu, że nie ma jak zapewnić tej książce międzynarodowego powodzenia.
To „Brzemię białego człowieka”… Tytuł ironiczny, a zarazem pełen fascynacji. Pamiętam dwa szczególne wrażenia w opowieściach reportera obieżyświata, które znalazłem potem u wstępu książki. Pierwsze z głębi rozpalonego słońcem Sudanu. Daleko od siedzib ludzkich zobaczył na horyzoncie „strome zbocze górskie pokryte napisami, emblematami, herbami. Białe, ułożone z kamieni litery miały pięć, sześć, może osiem metrów wysokości (…). Pyszniły się na tym zboczu ogromne, butne i pełne siły, która minęła. „Kings Own Rifles”, Royal Artillery…”, „Guards…”, „Lancers…”, „Signal corps”. Obok nich znaki pułkowe: lwy, jednorożce, szable i korony. Tkwiły w tym groźnym, nieludzkim krajobrazie jak na paradnym przeglądzie przed pałacem Buckingham”. Drugi obraz – w głębi Azji, „w równie niecodziennym pejzażu. Wysokie góry na pograniczu Pakistanu i Afganistanu, rozerżnięte głębokim wąwozem i przełęczą Khyber Pass. Wąwóz zmierza w górę ostrymi zakosami, jego ściany są niemal pionowe, górują nad nimi bastiony skalne i iglice, droga układa się w spirale, od których zapiera dech. (…) W wąwozie Khyber, na końcu świata, ujrzałem podobne znaki pułkowe na zboczach gór, jakie przedtem widziałem w Sudanie; zwłaszcza zaś pułku Dorsetshire z dewizą „Primus In Indis”. Dziewanowskiemu nie imponowała potęga. Ale to był chyba, jak napisał, ostateczny bodziec, by po latach „podróży, lektur, rozmów i obserwacji, wędrówek po krajach, którymi niegdyś rządzili Anglicy”, zebrawszy dziesiątki książek, poświęconych dziejom Imperium, i mnóstwo sprzecznych ze sobą opinii, siadł Dziewanowski do pisania tej książki.
To Imperium zabijało – i niosło cywilizację, zniewalało – i pierwsze zniosło niewolnictwo, wyzyskiwało – i pierwsze dało światu wolny rynek, po czym – samo się wycofało z historii, nadając swym koloniom niepodległość. Miał Dziewanowski pod bokiem inne Imperium – które dziś chce wrócić do historii ze swą zdziczałą tradycją samodzierżawia, nie sądzę, by jego wybór był tylko unikiem i odtrutką.
Ci międzynarodowi reporterzy z natury zawodu wędrują po świecie samotnie, sam zawód wymaga odpornego na wszystko indywidualizmu, przychodzi im nieraz ryzykować życiem – i ryzykują także tym, że, niewygodni, mogą nie mieć gdzie drukować ani komu przekazać nagromadzonej wiedzy. Już choćby to „Brzemię białego człowieka” ukazało się z ośmioletnią przerwą na wojnę polsko-jaruzelską i na nielegalną Dziewanowskiego aktywność. Indywidualista, ale z konieczną u reporterów sympatią do ludzi, wszedł z końcem lat 70. w krąg ludzi podobnych sobie, w samorzutnie zawiązane, niezależne grono czołówki intelektualnej kraju, pisarzy, naukowców, artystów, dziennikarzy, towarzystwo bez listy członków, statutu i władz, bez przywódców; można je było policyjnie nękać, ale nie było o co oskarżyć. Przemilczane dziś Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość” było swoistym ewenementem, skoro przyjmowało się z góry, że intelektualiści mogą co najwyżej wspólnie protestować, ale nie potrafią razem pracować. Tymczasem ich „zespół usługowy”, takoż samorzutnie zawiązany, podpisujący się własnymi nazwiskami, gromadził odpowiedzi na swe ankiety i opracowywał raporty DiP. Jest w nich wiele energii, nerwów i czasu Dziewanowskiego. Ich serię otworzył w roku 1979 raport „O stanie Rzeczypospolitej i drogach wiodących do jej naprawy”, zamknął - raport „Polska wobec stanu wojennego”, najtrudniejszy do opracowania, ponieważ część redaktorskiego „zespołu usługowego” siedziała w obozach internowania, a część chroniono ukryciem.
Lata 1982-89 egzaminowały polską elitę intelektualną z dzielności i – mądrości. Dawał Dziewanowski polskiej myśli niezależnej, ignorującej opresje nielegalności, teksty jedne z najważniejszych. „Złom żelazny, śmiech pokoleń” przejdzie na pewno do historii publicystyki i eseistyki polskiej. Szkic „O kulawym diable i jego kulawym dziele”, sprowokowany cenną pracą Wacława Długoborskiego, poświęcił Dziewanowski Goebbelsowi i jego sztuce propagandy - ukazywał mechanizmy propagandy totalitarnej, w którą wierzą przede wszystkim sami rządzący. Do dziś ten szkic zachowuje aktualność – wobec niedawnych prób nie tak groźnych, ale opartych na podobnej wierze z odpowiednią jednak dawką cynizmu.
Nie ograniczała się ta elita do oporu; przygotowywała, na ile mogła - przyszłość. W połowie lat 80. został Dziewanowski jedną z najważniejszych postaci innego nielegalnego, dyskutującego grona - Konwersatorium „Polska w Europie”. Skupił w nim kilkadziesiąt osób zainteresowanych i kompetentnych nieoceniony, też przemilczany, znany jedynie przyjaciołom, skromny „starszy pan”, Zygmunt Skórzyński. Funkcjonowało w pomieszczeniach parafii Św. Trójcy na Solcu u ks. prof. Marka Kiliszka, jeszcze jednego zapomnianego „robotnika oporu”. Na spotkaniach tego tajemniczego, dość zamkniętego w swym składzie konwersatorium, czynnego do dzisiaj, omawiano najistotniejsze problemy przyszłej polityki zagranicznej Polski i problemy polityki międzynarodowej. Trafiali do tego swoistego klubu - przez pomieszczenia kościoła - znakomici zagraniczni goście, edukował on przyszłą fachową kadrę ministerstwa spraw zagranicznych Polski niepodległej. Dziewanowski ze swoją wszechstronną wiedzą był w tym dziele niezastąpiony. Polska niepodległa wysłała go potem jako pierwszego swojego ambasadora do Waszyngtonu.
Nie miał kiedy zadbać o wydanie swych tekstów z czasów podziemia w normalnych wydawnictwach. Czekają do dzisiaj.
Stefan Bratkowski
Tagi:
O nas...
Do redakcji można pisać
na adres studioopinii@gmail.com
Cytat, który obiecujemy brać pod rozwagę:
Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Św. Tomasz z Akwinu
Komunikat: Redakcja informuje uprzejmie, że w żaden sposób nie cenzuruje merytorycznie komentarzy do artykułów. Jedyna ingerencja może polegać wyłącznie na ewentualnym usunięciu słów powszechnie uznawanych za obelżywe lub nieprzyzwoite oraz "mowy nienawiści". System zarządzania witryną (niezależny od nas) jest jednakże skonstruowany w taki sposób, że niektóre wpisy pojawiają się niekiedy z opóźnieniem, czasami - z nieznanych nam przyczyn - znacznym. Choć nie ma w tym naszego działania - przepraszamy zirytowanych. Jednocześnie informujemy, że większość nowych tekstów ukazuje sią najpierw na górze strony głównej, w dziale OSTATNIO NADESŁANE, by nieco później - na ogół następnego dnia - trafić do właściwego działu merytorycznego. Komentarze wpisane do OSTATNIO NADESŁANYCH nie są ze względów technicznych przenoszone w nowe miejsce.
| POLECAMY | |
|
Dołączył do nas Jan Winiecki. Szukajcie jego felietonów w prawej szpalcie. Sławek Popowski: kapitalny esej o Gorbaczowie; arcyciekawe! Stefan Bratkowski zastanawia się: czy możemy zbudować solidny ustrój Na stronie KULTURA uruchamiamy rubrykę PRÓBY LITERACKIE. Czytajcie Mikołaja Fajfera. W witrynie pojawiło się Ilustrowane Radio Niny Nowakowskiej. Obejrzyj, posłuchaj! Chcesz zostać dziennikarzem? Nie wiesz, jak pisać? Poczytaj rady fachowca... Ważne przemyślenia George'a Friedmanna: prognoza na nasze stulecie Zajrzyj do działu CYWILIZACJA. Jest co poczytać i obejrzeć! Obejrzyj naszą telewizję (tak, tak - uruchomiliśmy własną). A w niej gościnnie EuroparTV! Nie wiesz co to? Ważny tekst dr Andrzeja Ehrlicha o (nie)sprawności zarządzania w Polsce. Są przykłady! Dr Ehrlich pisze także o pracy tłumacza
|
|
|
PONADTO... |
|
|
Stefan Bratkowski otworzył nowy cykl błyskotliwych porad dla tych, którzy nie wiedzą, że nic się nie da zrobić |
|
|
Jacek Pałasiński podejmuje gorący temat o gazie |
|
|
Ernest Skalski o Gorbaczowie
|
|
|
Sławomir Popowski |
|
|
Aleksander J. Wieczorkowski demoluje Telekomunikację Polską oraz Netię |
|


