Edward Pietras, Edward Rydygier: Społeczeństwo analfabetów fizycznych
Dwaj nauczyciele fizyki – z temperamentami rasowych publicystów, Edward Pietras, e-mail: edward-pietras@wp.pl i Edward Rydygier, EurPhys, e-mail: rydygier@o2.pl napisali pełen pasji – i argumentów! - referat na Sesję „Nauczanie i Dydaktyka Fizyki” XL Jubileuszowego Zjazdu Fizyków Polskich, odbytego we wrześniu 2009 w Krakowie.
Publikujemy z niewielkimi skrótami.
Społeczeństwo analfabetów fizycznych
O psychospołecznych aspektach obniżania prestiżu fizyki i fizyków w Polsce
Deprecjacja nauczania fizyki
Fizyka jako przedmiot nauczania w szkole bardzo straciła na prestiżu w wyniku reformy systemu edukacji. Autorzy reformy już na początku jej wprowadzania drastycznie ograniczyli ilość godzin i treści nauczania fizyki. Ta radykalna redukcja uzasadniana była tym, że uczniowie traktowali lekcje fizyki jako najbardziej nielubiany i stresujący przedmiot. Podobnie, jak w przypadku fizyki, deprecjacji uległa także rola nauczania matematyki w szkolnictwie powszechnym, a to z powodu wycofania obowiązku zdawania matematyki na egzaminie maturalnym. Obecnie matematyka ma powrócić jako obowiązkowy przedmiot na maturze, lecz pozostałe przedmioty przyrodnicze już na trwale utraciły swój prestiż w polskiej szkole. Obecnie ministerialni kontynuatorzy reformy szkolnictwa twierdzą, że ograniczanie treści nauczania przedmiotów przyrodniczych jest korzystne dla wychowania obywatela kraju demokracji liberalnej, który w warunkach gospodarki rynkowej powinien umieć poradzić sobie na rynku pracy.
Wraz z redukcją godzin przeznaczonych na fizykę w programach nauczania, obserwuje się niepokojącą tendencję do wyprowadzania fizyki ze szkół na zewnątrz do „muzeów nauki”, telewizji, „na scenę”, czy wręcz dosłownie na ulice poprzez organizowanie różnych festiwali i pikników naukowych. Jednak lansowana przez decydentów edukacja pozaszkolna fizyki nie spowodowała pogłębienia wiedzy fizycznej społeczeństwa. Pomimo reklamy w mediach i poparcia rządu oraz władz samorządowych dla organizacji najróżniejszych imprez plenerowych związanych z takimi inicjatywami, jak Piknik Naukowy, czy Festiwal Nauki, zainteresowanie fizyką ze strony społeczeństwa jest nadal powierzchowne. Uliczne „pikniki naukowe” przerodziły się w istne jarmarki, gdzie eksperymenty fizyczne prezentowane są w taki sposób, jak kuglarskie sztuczki „magiczne” (np. „wyciskanie” prądu z cytryny, „zamiana” wody w wino, odpalenie „rakiety” z kartofla). Trudno nazwać takie prymitywne jarmarczne pokazy popularyzacją wiedzy fizycznej i ilustracją badań doświadczalnych. Z kolei środki masowego przekazu, dawniej rzetelnie relacjonujące o osiągnięciach naukowych i z pożytkiem wspomagające popularyzację wiedzy, obecnie sprowadzają wiadomości o fizyce, i szerzej - nauce, do poziomu ciekawostek i sensacji.
Negatywny wpływ ograniczania nauczania matematyki na życie społeczne został już dostrzeżony przez decydentów edukacyjnych, a nawet został rozpowszechniony termin „analfabetyzm matematyczny” (por. J. A. Paulos „Analfabetyzm matematyczny i jego skutki”, GWO, Wyd. 3, Gdańsk 2005), lecz niestety nie wyciągnięto podobnych wniosków z ograniczenia nauczania fizyki, a korzyści, jakie społeczeństwo czerpie z przyswojenia wiedzy fizycznej są nadal bagatelizowane. A przecież rzetelna znajomość fizyki jest niezbędna inżynierom, lekarzom i innym profesjonalistom. Natomiast z racji tego, że wszyscy żyjemy w świecie fizycznym, a urządzenia techniczne, także te domowego użytku, wykorzystują prawa fizyki, powszechny „analfabetyzm fizyczny” utrudnia normalne funkcjonowanie człowieka we współczesnym świecie. Dr Maciej Konacki, znany polski astrofizyk, który zakwestionował obowiązującą teorię powstawania planet, zachęcając do nauki przedmiotów ścisłych, tak odpowiada na pytanie dziennikarza o to, do czego w życiu codziennym przydaje się ścisłe wykształcenie: „Żeby policzyć, ile pieniędzy będziemy mieć na koncie po kilku latach. Żeby obliczyć stopy procentowe i koszt kredytu. Ile osób sobie z tym radzi w codziennych zakupach, przy porównywaniu cen? A fizyka - proszę bardzo: mamy problemy z wyborem odpowiedniej żarówki, obliczeniem zużycia energii w domu. To elementarne umiejętności” (por. wywiad z M. Konackim w dzienniku „Metropol” z dn. 25.05.2006 r.).
Objawy analfabetyzmu fizycznego
Poskramianie mitów
Niewiedza społeczeństwa o fizyce stanowi pożywkę dla przekazów medialnych ośmieszających nie tylko fizykę, ale w ogólności wszelką naukę i naukowców. Całkowicie zaprzestano rzetelnej popularyzacji wiedzy w prasie i telewizji. Brak podstawowej wiedzy o fizyce w środowisku dziennikarskim powoduje, że wiadomości o odkryciach i rezultatach badań naukowych traktowane są w mediach tak, jak ciekawostki. Informacje o tematyce naukowej są na siłę upraszczane oraz podawane w żartobliwej konwencji pod pretekstem, że muszą być zrozumiałe dla szerokich rzesz czytelników i widzów. Ale takie uproszczone i żartobliwe przedstawianie wiadomości powoduje z kolei ogłupienie odbiorców, a to zaprzecza przecież funkcji informacyjnej i edukacyjnej środków masowego przekazu. Tym bardziej, że wielu odbiorców właśnie z prasy i telewizji, zwłaszcza publicznej, czerpie wiedzę o świecie. Przykładem „nowoczesnego” propagowania wiedzy naukowej wśród „mas” są programy telewizyjne „zwariowanych” eksperymentatorów – popularyzatorów nauki Jamie’go Hynemana i Adama Savage, którzy z popularyzacji nauk ścisłych zrobili widowiskowe show pod nazwą „Myth Busters”, czyli „Pogromcy mitów” (por. Małgorzata Minta, „Specjaliści od wybuchów” w „Magazynie”- dodatku „Dziennika” z 27-28.12.2008 r.). Red. M. Minta w ekspresyjny sposób opisuje wyczyny „medialnych” eksperymentatorów – specjalistów od „poskramiania mitów”: „Jamie i Adam udali się na wyspy Bahama, gdzie nurkując w specjalnej klatce, próbowali sprawdzić, czy rekiny można odstraszyć przy pomocy proszku chili. Innym razem starali się usunąć przy pomocy dynamitu cement z ciężarówki, czy zdetonować małą bombę nuklearną. Siniaki oraz skaleczenia to elementy codziennej rutyny – uspokaja Adam i dodaje, że niebezpieczeństwo, czy wysokie ryzyko nie jest powodem, dla którego stacja nie pozwala na przeprowadzenie pewnych eksperymentów. Najczęściej producenci martwią się, że coś może okazać się zbyt nudne”. Z pewnością programy z serii „Pogromcy mitów” nie są nudne, ale przecież pokazy udziwnionych, niebezpiecznych i zagrażających życiu pseudoeksperymentów nie skutkują pogłębieniem wiedzy fizycznej widzów, a wprost przeciwnie – raczej ich ogłupieniem.
Cebula źródłem prądu
Czy nowoczesne popularyzowanie fizyki musi być realizowane tylko w stylu pogromców mitów? A może jest to popularyzowanie przez zabawę podobnie jak nauczanie przez zabawę w szkole bezstresowej? Ale przecież wyczyny poskramiaczy mitów to już nie jest zabawa, lecz totalna zgrywa. Lansowany przez dziennikarzy styl żartowania z fizyki został już przyswojony przez młode pokolenie „społeczeństwa informatycznego”. Jak dowiadujemy się z informacji prasowych (por. Mateusz Szymczak, „Kapusta zamiast landszaftu”, w dodatku kulturalnym „Metra” z 30.01-5.02.2009 r.) 21-letni Brytyjczyk Owen Louis zrobił furorę w Internecie „prezentując wideo, w którym za pomocą cebuli i napoju energetycznego ładuje swojego iPoda. Trzeba przedziurawić cebulę z dwóch stron i zanurzyć w szklance z napojem. Kiedy wchłonie już ponad połowę płynu, osuszamy ją, kładziemy na szklance, podłączamy do kabla usb i … czekamy na samonaładowanie”. Ta nowa popularyzacja wiedzy fizycznej jest tak sugestywna, że autor artykułu poświęconego lansowaniu kapusty jako dzieła sztuki (tu mamy z kolei przykład uwiarygadniania przez żurnalistów wygłupów „awangardowych” artystów) potraktował na serio spektakularny pseudoesperyment z „energetyczną” cebulą i zaczął nawet przekonywać czytelników do używania cebuli jako taniego i ekologicznego źródła energii: „pieniądze zaoszczędzimy wykorzystując za Owenem Louisem cebulę jako źródło energii”. Lecz red. Szymczak - znawca awangardowej sztuki, lecz jako analfabeta fizyczny (i matematyczny chyba też) pominął w kalkulacjach zysku koszty zakupu napoju energetyzującego.
Analfabetyzm fizyczny i pseudonauka
Jak dowiadujemy się z prasy, popularność „pogromców mitów” spowodowała, że przeniesiono ich aż w kosmos. Red. Mateusz Szymczak wpadł w kolejny zachwyt nad osiągnięciami pseudonauki, tym razem nad poskramianiem mitów w wykonaniu japońskiego astronauty Koichi Wataki (por. M. Szymczak „Tofu o smaku Clooneya”, w „City” - dodatku dziennika „Metro” z 17-23.04.2009 r.), który „przez niemal trzy miesiące będzie wykonywał 16 najrozmaitszych i najdziwniejszych czynności wybranych spośród 1597 propozycji nadesłanych przez ludzi z całego świata. Koichi będzie miał za zadanie m.in. latać na dywanie, składać ubrania czy próbować wpuścić sobie krople do oczu w stanie zerowej grawitacji. Zaspokoi także ciekawość wszystkich, którzy chcieliby zobaczyć, jak wygląda robienie salta w stanie nieważkości i co dzieje się z cieczą wyciskaną przez rurkę z woreczków z napojami i pozostawioną w powietrzu. Wszystko, rzecz jasna, w imię dobra nauki.” Przy okazji prezentacji „kosmicznych” pseudoeksperymentów japońskiego astronauty, red. Szymczak rozpropagował bez zastanowienia najnowsze osiągnięcia pseudonauki takie, jak: stworzenie smaku mężczyzny (z przepoconego podkoszulka znanego aktora hollywoodzkiego George’a Clooneya - ulubieńca płci pięknej) do nowej linii smakowej sera „Tofu” oraz produkcja jadalnego plastiku, nad którym ponoć kończą prace „naukowcy” z Winconsin i firma „Add the Flavour”. Należy pokreślić, że już John Paulos, autor bestsellera „Analfabetyzm matematyczny i jego skutki” zwrócił uwagę na to, że konsekwencją analfabetyzmu odnośnie wiedzy z zakresu nauk ścisłych jest wiara w pseudonaukę. Paulos tak ujął ten związek: „To szczególnie smutne, że w społeczeństwie , w którym inżynieria genetyczna, technologia laserowa i mikroelektronika codziennie wzbogacają nasze rozumienie świata, tak wielu dorosłych ludzi wciąż wierzy w karty Tarota, moc kryształu i media zapewniające łączność z tamtym światem”. (...)
Zimna fuzja forever
Intelektualiści uważający siebie za wysoce inteligentnych twórców o szerokich horyzontach poznawczych (lecz będący niestety kompletnymi analfabetami fizycznymi) kompromitują się w swoich wypowiedziach na temat nauk ścisłych. Oto młody reżyser filmowy Konrad Niewolski, który, jak podawała prasa z okazji promocji jego filmu „Job”, należy do grona „najbardziej kontrowersyjnych współczesnych twórców filmowych”, w udzielanych wywiadach deklarował, że chce „odbyć podróż w kosmos i zostać władcą wszechświata”, co zamierza uczynić dzięki „wcielaniu teorii unifikacyjnej i zimnej fuzji”, (sic!!!). A popularny aktor młodego pokolenia Borys Szyc (w filmie „Job” gra jednego z trzech „nierozgarniętych kolesiów” o pseudonimie „Chemik” – na szczęście, że nie „Fizyk”) na konferencji prasowej bronił „kontrowersyjnych” pomysłów reżysera, a zwłaszcza jego koncepcji zostania władcą wszechświata stwierdzając, że: „Przecież wielcy wizjonerzy też mieli takie pomysły. Dlatego należy przyjąć takie postacie z całym bogactwem ich osobowości”. Ale jak postacie grane w filmie „Job” przez Szyca i jego dwóch kolegów mają na serio ucieleśniać pomysły reżysera-wizjonera, skoro według charakterystyki aktora to „pechowcy i psychole”.
Przy okazji wypowiedzi reżysera K. Niewolskiego na temat „wcielania” teorii fizycznych, chcielibyśmy zwrócić uwagę na bezkrytyczne funkcjonowanie w mediach rzekomo naukowego terminu „zimna fuzja”. A tymczasem termin ten oznacza jedno z głośnych oszustw naukowych. Przypomnijmy, że w 1989 r. dwaj chemicy Martin Fleichmann i Stanley Pons z University of Utah ogłosili odkrycie "zimnej" fuzji jądrowej, tzn. zachodzącej w temperaturze pokojowej, a nie w temperaturze milionów stopni, co jest warunkiem zainicjowania fuzji „gorącej", czyli syntezy lekkich jąder atomów w jądro ciężkie. Szybko okazało się, że nikt z badaczy nie potrafi odtworzyć eksperymentu Fleichmanna i Ponsa, a oni sami wycofali się wkrótce z niektórych rewelacji. Ostatecznie Amerykańskie Towarzystwo Fizyczne ogłosiło ich „niekompetencję" i odtąd poważni naukowcy przestali zajmować się „zimną” fuzją. Jednak oficjalnie nie potępiono wyraźnie Fleichmanna i Ponsa jako oszustów, pewnie dlatego, że wielu łatwowiernych naukowców (w tym niestety także polskich profesorów) naprawdę uwierzyło w ich rewelacje, a niektórzy nawet osobiście widzieli sygnały świadczące o zainicjowaniu syntezy jądrowej po racjonalizatorskim podgrzaniu ciężkiej wody na podręcznej kuchence (sic!). To poniekąd tłumaczy inspiracje twórców filmowych, którzy jako laicy zaufali wiadomościom szerzonym przez renomowane czasopisma naukowe. „Zimna” fuzja objawia w telewizji z powodu permanentnie wznawianego sensacyjnego filmu pt. „Święty”, w którym, jak można się dowiedzieć z notki o filmie w programie telewizyjnym, hollywoodzki aktor Val Kilmer jako „Simon Templar, czyli włamywacz na zlecenie jest na tropie zimnej syntezy jądrowej”. Film widzieliśmy: okazuje się, że „Święty” nie tylko, jak wynika z zapowiedzi „jest na tropie zimnej syntezy”, ale sama „zimna synteza” eksploduje wreszcie na koniec filmu w zimowej scenerii na środku Placu Czerwonego w Moskwie. (...)
Społeczne i cywilizacyjne skutki analfabetyzmu fizycznego
Brak inżynierów
Już w 2004 r. w raporcie Banku Światowego znalazła się przestroga, że dla rozwoju w Polsce gospodarki opartej na wiedzy zagrożeniem jest ułomny system edukacji obok innych zagrożeń jak: brak powiązań między środowiskiem akademickim a przedsiębiorstwami czy niskie nakłady firm prywatnych na badania i rozwój. I oto dziś polskie uczelnie wyższe alarmują, że mają trudności przy naborze kandydatów na przedmioty ścisłe, a politechniki wręcz podają, że nie są w stanie wykształcić dobrych inżynierów z niedouczonych w liceach studentów. Niektóre politechniki organizują nawet dodatkowe zajęcia uzupełniające z fizyki i matematyki, aby studenci nadrobili braki ze szkoły średniej, gdyż z tego powodu mają na studiach trudności w przyswajaniu wiedzy z przedmiotów technicznych. Okazuje się, że wbrew założeniom reformy szkolnictwa preferującym nauczanie umiejętności, a nie teorii, co miało ułatwić absolwentom orientowanie się na rynku pracy, obniżyło ich wiedzę ogólną i ograniczyło zdolności adaptacyjne. Tendencja preferowania wiedzy humanistycznej kosztem nauk przyrodniczych także rozminęła się z rzeczywistymi potrzebami rynku pracy, na którym poszukiwani są specjaliści z dobrą znajomością nauk ścisłych. Analitycy Centrum Adama Smitha oceniają, że rosnące zapotrzebowanie na inżynierów i techników spowoduje ich znaczący wpływ na rozwój nowej gospodarki, w przeciwieństwie do specjalistów od marketingu, reklamy, czy socjologów i psychologów.
Niestety realizatorzy reformy edukacji nie reagują na analizy specjalistów rynku pracy, a ograniczanie nauczania przedmiotów przyrodniczych nadal uzasadniają redukcją stresu uczniów wywołanego nauką fizyki i matematyki, natomiast prawdziwe przyczyny redukcji przedmiotów przyrodniczych w nauczaniu powszechnym są ukrywane przed społeczeństwem. Tymczasem reformatorzy edukacji kopiują zagraniczne trendy w liberalnej polityce oświatowej polegające na obniżeniu wymagań wobec uczniów i priorytetowej utylizacji wiedzy, czego źródłem jest postmodernistyczna ideologia zakwestionowania przez światowe elity intelektualne prawdy uniwersalnej. Realizacja tej ideologii w szkolnictwie powoduje podważenie koncepcji jednolitych, uniwersalnych standardów nauczania.
Dewaluacja autorytetu wiedzy
W szerszej perspektywie relatywizm wartości powoduje negatywne skutki społeczne objawiające się dewaluowaniem roli intelektualisty i autorytetu wiedzy. W obniżeniu standardów nauczania profesor Kent University Frank Furedi dopatruje się przyczyny upadku funkcji edukacyjnej szkoły na Zachodzie (por. F. Furedi, „Gdzie podziali się wszyscy intelektualiści?”, PWN, 2008). Decydenci edukacyjni sukcesywnie obniżają standardy nauczania, gdyż chcą utrzymać model „przyjaznej szkoły” (albo „szkoły bezstresowej”) zgodnie z obowiązującą w liberalnej polityce społecznej zasadą inkluzji (włączania). Skoro nowoczesna szkoła nie może wyłączać, a część młodzieży ma trudności w przyswojeniu materiału i czytaniu lektur, zatem obniża się standardy, czyli „równa w dół”. Inną przyczyną upadku standardów w edukacji jest propagowany w oświacie relatywizm kulturowy. Tu z kolei zgodnie z liberalną polityką kulturalną nie można utrzymać uniwersalnych standardów z uwagi na ludzi o innym zapleczu kulturowym. Zmuszanie ich do przyjęcia uniwersalnych standardów stanowiłoby „przemoc symboliczną”. Relatywizm kulturowy ma istotny wpływ na poziom kształcenia na uniwersytetach powodując pomieszanie wiedzy naukowej z potoczną. Prof. Furedi demaskuje fałsz ideologicznego zrównania uczniów wyjaśniając, że: „Niechęć do standardu często karmi się przeświadczeniem, że wysiłki i oczekiwania, które on ucieleśnia, znajdują się poza zasięgiem większości. Rozpaczliwie próbuje się przekonać ludzi, żeby zdobywali różne umiejętności. W efekcie tak modyfikuje się standardy, aby pasowały do osiągnięć uczących się”. Do obniżenia poziomu nauczania oprócz zaniżenia standardów przyczynia się także instrumentalizacja wiedzy polegająca na tym, że priorytetem nauczania nie jest obecnie zdobycie wiedzy, ale jej praktyczność. Na poziomie szkolnictwa wyższego usilne promowanie praktyczności w kształceniu studentów prowadzi do przekształcenia uniwersytetów z ośrodków formujących elitę naukową i obywatelską w szkoły specjalistów albo wyrafinowanych konsumentów kultury masowej.
Degradacja intelektualna młodzieży
Efektem realizacji polityki obniżania standardów w nauczaniu szkolnym w Polsce jest postępująca degradacja intelektualna młodzieży. Prof. Mikołaj Rudolf z Wydziału Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego twierdzi, że „jeśli nie powstrzymamy degradacji intelektualnej uczniów, to uniwersytetom grozi zapaść” (por. Tomasz Wysoki, „Na uczelnie trafiają niedouczeni kandydaci”, „Gazeta Wyborcza” z 29.06.2009 r.). Tu już nie chodzi o analfabetyzm matematyczny czy fizyczny, ale analfabetyzm funkcjonalny ograniczający percepcję ludzi posiadających przecież świadectwo dojrzałości. Profesor Rudolf przytacza na dowód „żałosnego poziomu wykształcenia ludzi, którzy dzisiaj dostają zaświadczenia o uzyskaniu matury” takie przykłady, jak: „błędy ortograficzne w pracach zaliczeniowych, zapis fonetyczny zdań, problemy z przeliczaniem jednostek miary i wagi, trudności w przeprowadzeniu najprostszych doświadczeń wypływające z braku samodzielnej obsługi urządzeń laboratoryjnych”.
Jednak obecne władze oświatowe zdają się nie dostrzegać negatywnych skutków społecznych reformy systemu edukacji realizowanej w oparciu o zasadę inkluzji. Co więcej minister Katarzyna Hall deklaruje, że Ministerstwo Edukacji Narodowej, jak i premier, pragnie zapewnić „odpowiedni poziom nauczania i przyjazną szkołę” (...).
Uczelnie zamawiają fizykę
Ponieważ niski poziom nauczania przedmiotów ścisłych przekłada się na preferowanie przez studentów kierunków humanistycznych na uczelniach wyższych, już obecnie w Polsce na rynku pracy brakuje inżynierów i absolwentów innych kierunków ścisłych. Wg badań OBOP do 2013 r. w Polsce zabraknie ponad 46 tys. inżynierów. Z szacunków Urzędu Pracy w Warszawie wynika, że najwięcej ofert zatrudnienia skierowanych jest do inżynierów, informatyków i ekonomistów (por. Jolanta Nowak, „Kierunek do niczego”, dziennik „Metro” z 2.02.2009 r.). Ponieważ nauki ścisłe są niepopularne wśród kandydatów na studia, to w odpowiedzi na zainteresowanie przyszłych studentów, każda z uczelni, niezależnie od swojego poziomu, oferuje studia z zakresu zarządzania, marketingu, politologii lub europeistyki. Ale ta oferta szkół wyższych nie przystaje obecnie do potrzeb rozwoju kraju i społeczeństwa. Kulturoznawstwo, politologia, pedagogika przodują na liście kierunków, które produkują wykształconych bezrobotnych. Wg warszawskiego Urzędu Pracy zarejestrowanymi wykształconymi bezrobotnymi są głównie osoby po pedagogice, politologii, geologii, a Grodzki Urząd Pracy w Krakowie wskazuje na bezrobocie wśród absolwentów nauczycielskich kierunków humanistycznych i rolniczych. Z informacji Banku Danych o Inżynierach wynika, że rośnie zapotrzebowanie na inżynierów. Poszukiwani są informatycy, inżynierowie jakości, specjaliści od produkcji, budowlańcy, teleinformatycy. Inwestorzy, aby zapewnić niezbędną kadrę do produkcji oferują potencjalnym pracownikom darmowe mieszkania, pomoc w przeprowadzce i dodatki na zmianę zamieszkania. O polskich inżynierów i projektantów coraz częściej zabiegają także przedsiębiorcy z zagranicy. Techniczną elitę stanowią architekci, którzy od lat znajdują się w czołówce najlepiej opłacanych zawodów. Za granicą polscy architekci są w cenie nie z racji niższych wymagań finansowych, ale kompetencji. Obecnie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego postanowiło temu zaradzić przez uruchomienie programu tzw. „kierunków zamawianych”. Studenci, którzy zdecydują się uczyć na którymś ze wskazanych przez Ministerstwo kierunków ścisłych mogą liczyć na 1 tys. zł stypendium, atrakcyjne zajęcia dodatkowe, płatne staże i wykłady zagranicznych uczonych. Czy zachęta w postaci jednego tysiąca złotych będzie stanowiła wystarczający bodziec do podjęcia trudnych studiów na kierunkach ścisłych? Tegoroczne (na rok akad. 2009/10) wyniki rekrutacji na politechnikach wskazują, że specjalności, które wygrały ministerialny konkurs na kierunki zamawiane, cieszą się większym zainteresowaniem kandydatów (por. Marcelina Szumer, „Kierunki zamawiane mają wyjątkowo duże branie”, dziennik „Metro” z 6.07.2009 r.). I tak mechatronika na Politechnice Wrocławskiej stała się nagle najpopularniejszym kierunkiem na tej uczelni (siedmiu kandydatów na jedno miejsce), na jedno miejsce na mechanikę i budowę maszyn zgłosiło się tam 4 kandydatów, a na informatykę – 3. Na Politechnice Warszawskiej odnotowano nagły wzrost zainteresowania studiowaniem na budownictwie, geodezji i kartografii oraz mechatronice. Na Uniwersytecie Warszawskim sporo osób (na jedno miejsce ośmiu kandydatów) zarejestrowało się na nowy kierunek: Zastosowanie fizyki w biologii i medycynie. Studia na kierunkach ścisłych są reklamowane nawet w telewizji. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zaangażowało do wyprodukowania spotów reklamowych Patryka Vegę, twórcę popularnych seriali: „Twarzą w twarz” „Pibull” i „Kryminalni”. Pierwszych siedem filmów zachęca do studiowania: automatyki i robotyki, budownictwa, energetyki, fizyki, informatyki, inżynierii materiałowej oraz wzornictwa (por. informacja „Telewizja reklamuje nauki ścisłe”, dziennik „Metro” z 3-5.07.2009 r.). Pierwszy z tej serii spotów wywołał jednak skandal. Bohaterzy spotu radzą koledze, że: „Z uczelnią jak z kobietą, musisz znaleźć taką, z której będziesz zadowolony”, a przyjaciółka dodaje: „Tak jak z facetem. Uczelnia musi mieć kasę”. Na takie kontrowersyjne wypowiedzi obruszyła się fundacja „Femioteka” uznając je za seksistowskie i szkodzące prowadzonej od dwóch lat kampanii „Dziewczyny na politechniki”. Prof. Robert Tomanek, prorektor do spraw edukacji Śląskiej Akademii Ekonomicznej (która dostała od Ministerstwa Nauki prawie 2,5 mln zł na informatykę), tak skomentował ministerialną reklamę studiów zamawianych: „Reklama studiów to nie jest zachęcanie do kupna pietruszki czy promocja gwiazd podkultury. Szanowany produkt powinien być reklamowany w bardziej subtelny sposób” (por. Magdalena Warchała, „Dobra uczelnia jest jak facet, musi mieć kasę”, „Gazeta Wyborcza Katowice” z 6.07.2009 r.). Po fali krytyki na ministerialnej stronie internetowej pojawiła się już nowa wersja spotu, z której wycięto kontrowersyjne fragmenty, a rzecznik MNiSW wyjaśnił, że nie miały one utrwalać negatywnych stereotypów.
Lekcje magii i szczęścia zamiast fizyki
Zamiast przywrócić fizyce i innym przedmiotom przyrodniczym należną im rangę, Ministerstwo Edukacji Narodowej proponuje w ramach nowej podstawy programowej realizować w bloku „Przyroda” w liceum naukę różdżkarstwa, astrologii i lewitacji. Blok „Przyroda” jest obowiązkowy dla uczniów, którzy po pierwszej klasie liceum zdecydują się na rozszerzoną naukę przedmiotów humanistycznych. Blok ten obejmuje 24 zagadnienia do wyboru przez nauczyciela, np. „Nauka i pseudonauka”, „Sport”, „Światło i obraz”. Zagadnienia dzielą się na tematy, np. pod hasłem „Dylematy moralne w nauce” proponowany jest takie tematy lekcji jak: „Rozwój fizyki a rozwój broni” czy „Wynalazek A. Nobla”. Wg twórców nowej podstawy programowej blok „Przyroda” ma licealistom o zainteresowaniach humanistycznych umożliwić zrównoważenie wykształcenia przez poznawanie niektórych zagadnień z zakresu nauk ścisłych. Nowa podstawa programowa ma wejść do liceów za trzy lata, a intencją jej autorów miało być dyskutowanie z pseudonauką (por. Renata Czeladko, „Lekcje o wróżbach z gwiazd”, „Rzeczpospolita” z 4.03.2009 r.). Na propozycję nowej podstawy programowej ostro zareagowali fizycy z Uniwersytetu Warszawskiego. W liście do Minister Edukacji tak napisali: „Za całkowite nieporozumienie uważamy tematy, których realizacja ma zwalczać poglądy pseudonaukowe takie, jak: różdżkarstwo, kreacjonizm czy homeopatia – dyskutowanie z pseudonauką tylko ją nobilituje. Lepiej może pomyśleć o zajęciach z logiki”. Z kolei prof. Łukasz Turski z Centrum Fizyki Teoretycznej PAN tak komentuje wprowadzenie nowych tematów do bloku „Przyroda”: „Mówienie w szkole o paranauce jest schlebianiem nieuctwu. Możemy pożegnać się z marzeniem, że Polska dogoni cywilizacyjnie resztę świata. Prof. Turski wcześniej zainicjował wystąpienie naukowców do minister pracy Jolanty Fedak z „Listem otwartym w obronie rozumu” krytykującym wpisanie na oficjalną listę zawodów m.in. astrologa, radiestety i bioenergoterapeuty (por. Szymon Hołownia, „Wróżenie z campusów”, „Newsweek” z 8.03.2009 r.). Pod listem otwartym podpisało się 5 tys. osób, wśród nich również prof. Ewa Bartnik z UW, ekspert MEN od podstawy programowej z przedmiotów przyrodniczych. Jednak w przypadku propozycji nowej podstawy programowej broni ona wprowadzenia nowych lekcji, gdyż jak twierdzi: „Nasi uczniowie znają sporo faktów, ale nie posiadają umiejętności rozumowania naukowego. Nie wiedzą, jak się wysnuwa wnioski, skąd wiadomo pewne rzeczy, bardzo łatwo im wmówić, że np. namagnetyzowana woda uleczy reumatyzm. Dlatego warto pokazać, jak atrakcyjnie potrafi wyglądać pseudonauka”. Prof. Bartnik nie przyjmuje do wiadomości tego, że przecież najlepszym atutem w ignorowaniu pseudonauki jest rzetelna wiedza zdobyta przez uczniów na lekcjach z przedmiotów przyrodniczych. Elżbieta Zawistowska, nauczycielka fizyki z warszawskiego Liceum im. Staszica, tak komentuje propozycje programowe MEN: „Omawianie na lekcjach takich zagadnień uważam za stratę czasu, bo nie ma naukowych podstaw, by po nich mówić”. Nie wszyscy nauczyciele fizyki są tak sceptyczni odnośnie nauczania magii w szkole. Nauczyciel fizyki (i metodyk) Mirosław Łoś, publikujący cykliczne felietony pt. „Z łosiej perspektywy” w czasopiśmie dla nauczycieli „Fizyka w Szkole”, jest pełen uznania dla poznawania tajemnic magii przez uczniów (por. M. Łoś, „Magia a nauka”, „Fizyka w Szkole” z 30.04.2009 r.). Redaktor Łoś zafascynował się telewizyjnym serialem „Magia bez tajemnic”, w którym realizatorzy programu postanowili odsłonić kulisy i pokazać tajniki spektakularnych sztuczek prezentowanych przez najbardziej znanych magików. Okazało się, że nad wymyślaniem, opracowaniem i wykonaniem niektórych magicznych sztuczek pracują całe sztaby naukowców, inżynierów i techników. Redaktor Łoś zaproponował nawet, aby serial „Magia bez tajemnic” prezentować uczniom na lekcjach fizyki jako punkt wyjścia do obserwacji i analizy zjawisk fizycznych, a nawet do wykonywania obliczeń „zamiast nudnych wykładów i jeszcze nudniejszych lekcji z wydumanymi zadaniami”. Co więcej uważa on, że serial „Magia bez tajemnic” może stanowić „cenną pomoc w odczarowaniu zafałszowanego obrazu rzeczywistości i pokazaniu roli nauki w zrozumieniu i kształtowaniu obrazu otaczającego nas świata”. Redaktor Łoś publikując swoje pomysły na uczynienie nauczania fizyki ciekawszym myli magię z prestigitatorstwem, a ta profesja przecież nie jest żadną magią, tylko zręcznościowymi sztuczkami kuglarskimi połączonymi z celowym oszukiwaniem naiwnych widzów także przy wykorzystaniu ich psychologicznych ograniczeń w percepcji. Czy pedagog Łoś nie zdaje sobie sprawy z tego, że nauczanie prestigitatorstwa w szkole byłoby jawną pochwałą cwaniactwa i zakłamania. Cóż z tego, że różni „magicy” wykorzystują w swojej pracy zjawiska fizyczne, skoro w efekcie służy to oszukaniu widza i czerpaniu z tego korzyści materialnych. Doświadczenia przeprowadzane podczas zajęć fizyki powinny służyć zrozumieniu przez uczniów rzeczywistości, a nie stanowić instruktaż sztuczek w oszukiwaniu laików. Propozycja red. Łosia nauczania fizyki przez kuglarstwo sprzyja tendencjom wyprowadzania fizyki ze szkoły. Przecież te rzekomo interesujące i ciekawe prezentacje przeprowadzane na piknikach i w muzeach nauki typu zamiany wody w wino, rakiety z kartofla, tornada w butelce, czy „wybuchu” ciekłego azotu sprowadzają się właśnie do sztuczek „magicznych”.
Zamiast umożliwienia uczniom pozyskania rzetelnej wiedzy w ramach przedmiotów przyrodniczych, Ministerstwo Edukacji wprowadza do szkół dodatkowe „lekcje o szczęściu”. Otóż już kolejnych krajach Unii Europejskiej wprowadzane są pilotażowe programy nauczania o szczęściu. I tak program tzw. „lekcji o szczęściu” został już wdrożony w szkolnictwie publicznym w Wielkiej Brytanii, a objęto nim blisko 2 tys. uczniów. Lekcje o szczęściu mają nauczyć młodego człowieka pewności siebie, gdyż pewność siebie ma, jak podaje brytyjska gazeta „Independent”, zapobiec depresji oraz antyspołecznym zachowaniom młodzieży. Uczniowie w trakcie nauki są poddawani działaniu technik psychoterapeutycznych, a także uczą się różnych technik oddychania (podobno w celu pomocy w sytuacjach stresujących). Brytyjskie ministerstwo edukacji ma zamiar wprowadzić „lekcje szczęścia” jako przedmiot obowiązkowy we wszystkich szkołach w Wielkiej Brytanii. Podobne pilotażowe programy nauki o szczęściu są prowadzone w skali lokalnej w Niemczech. I tak przykładowo dyrekcja gimnazjum w Heidelbergu już wprowadziła oficjalnie do normalnego rozkładu zajęć także „lekcje o szczęściu” i zaangażowała do ich przeprowadzenia pedagoga, aktora i specjalistę od zajęć relaksujących. Zajęcia te mają nauczyć uczniów gimnazjum samozadowolenia poprzez m.in. poznanie metod osiągania równowagi psychicznej i wiary w siebie. Wśród tematów lekcji znajdują się takie, jak: „Obraz samego siebie a obraz ideału”, czy „Dobre samopoczucie”. W reakcji na doniesienia o zachodnioeuropejskich nowinkach edukacyjnych, różni rodzimi eksperci edukacyjni wystąpili z propozycjami wprowadzenia lekcji o szczęściu także do polskich szkół. W efekcie ich nacisków uruchomiono w lutym 2008 r. program edukacyjny „Uwierz w siebie” firmy „Dove” i Polskiego Towarzystwa Oświaty Zdrowotnej obejmujący 76 tys. uczniów gimnazjów z całej Polski. Scenariusze lekcji zostały opracowane przez psychologów i pedagogów. Przygotowano także filmy szkoleniowe ze wskazówkami dla prowadzącego zajęcia oraz dla uczniów. Głównym celem programu „Uwierz w siebie” jest nauczenie młodzieży akceptacji własnej atrakcyjności fizycznej. Program ten ma być reakcją na problemy młodzieży z samoakceptacją, gdyż badania zrealizowane w 10 krajach na świecie wykazały, że aż 19% dziewcząt między 15. a 17. rokiem życia nie akceptuje swojego wyglądu fizycznego i aż 92% z nich chciałoby go zmienić w najbliższej przyszłości. Faktem jest, że 13 % badanych nastolatek cierpi na bulimię lub anoreksję (informacje z dodatku „Metropraca” dziennika „Metro” z 18.02.2008 r.). Autorzy programu mają nadzieję, że nauka samoakceptacji wpłynie także na polepszenie kontaktów z rówieśnikami.
Wobec kryzysu wartości i autorytetów programy „pomocowe” typu „nauki o szczęściu” wydają się być chybione i przypominają raczej psychologiczny eksperyment edukacyjny niż przedmiot nauczania rozszerzający wiedzę. Należy także zwrócić uwagę na to, że techniki psychologiczne stosowane w psychoterapii, a którym poddane mają być dzieci w szkole, mogą doprowadzić do trwałych zmian w ich samoświadomości. Usilne propagowanie na Zachodzie technik psychoterapeutycznych opartych na filozofii pozytywnego myślenia, czy programowaniu neurolingwistycznym nie oznacza ich stuprocentowej skuteczności, zwłaszcza w skali masowej. Krytycy tych technik wykazują, że tzw. pozytywne myślenie oferuje tani i naiwny optymizm oraz zbyt ambitne i nierealne wizje przyszłości, a z kolei programowanie neurolingwistyczne uczy ludzi technik manipulacji. W specyficznej sytuacji polskiego szkolnictwa przejęte z Zachodu lekcje o szczęściu nie pomogą młodzieży w kształtowaniu prospołecznej postawy i radzeniu sobie z zagrożeniami, gdyż to sam obecny system szkolnictwa jest źródłem zagrożeń.
Niewątpliwie ambitne programy edukacyjne mające pomóc młodzieży nadać własnemu życiu sens wspomagają wychowawcze funkcje szkolnictwa, lecz w obliczu obserwowanego obecnie kryzysu szkoły wydają się produktem myślenia życzeniowego. Z badań socjolog Hanny Palskiej (por. artykuł w „Więzi” z października 2003 pt. „Szczęśliwi Polacy”) wynika, że 60% polskiej młodzieży nie ma żadnego autorytetu w sensie personalnym, ani też żadnego spójnego systemu wartości. Zatem aż 60% młodych ludzi nie ma zasad i wzorców moralnych pomocnych do kształtowania swojej postawy. Jeśli do tego dojdzie niski poziom wiedzy ogólnej przekazanej w szkole, to nic dziwnego, że młodzież jest podatna na manipulacje ze strony mediów i reklamy.
Reforma edukacji a kryzys polskiego szkolnictwa
Reforma systemu edukacji jest kontynuowana w obliczu narastającego kryzysu polskiego szkolnictwa. Co więcej kryzys polskiej szkoły wynika z nieustannego jej reformowania bez określonego długofalowego celu reformy. Kryzys szkoły ma głębsze przyczyny natury ideologicznej związane z realizacją w szkolnictwie liberalnych zasad kształcenia i wychowania. Trwające już dziesięć lat reformowanie oświaty polegające w istocie na zastępowaniu tradycyjnego modelu wychowania, opartego na hierarchii wartości, permisywizmem i relatywizmem prowadzi do chaosu i utraty poczucia bezpieczeństwa u ucznia, co stanowi przyczynę wielu zaburzeń psychicznych, które narastają z roku na rok. Stale rośnie liczba młodocianych pacjentów psychiatrycznych, wśród których dużą część stanowią dzieci z tzw. trudnościami szkolnymi. Dzieci te mają kłopoty z uczeniem się przy potencjalnie dużych zdolnościach i dużym wysiłku wkładanym w naukę, albo przejawiają zaburzenia zachowania, utrudniające lub uniemożliwiające funkcjonowanie w szkole i grupie rówieśniczej. W dziecięcych i młodzieżowych oddziałach psychiatrycznych notuje się ostatnio wzrost przypadków hospitalizowanych z powodu zachowań autoagresyjnych. Sporą część pacjentów stanowią uczniowie nieśmiali, spokojni, odrzuceni przez grupę, a nawet dręczeni w wymyślny sposób przez rówieśników. Coraz częściej psychiatrzy dziecięcy rozpoznają zaburzenia lękowe, także pod postacią dolegliwości fizycznych, oraz fobie szkolne i społeczne. Coraz więcej dzieci wymaga nie tylko pomocy korepetytorów, psychologów, ale także psychiatrów. (...).
Wygląda na to, że rzeczywistym celem szkoły stało się wyłącznie przygotowanie ucznia do kolejnego testu kompetencji. Uczniowie ćwiczą rozwiązywanie testów, co nie jest metodą do zdobywania rzetelnej wiedzy. Uczniowie młodszych klas zmuszani do wielogodzinnej nauki w domu, zniechęcają się albo reagują buntem, co powoduje napięcia w rodzinie. Jako rozwiązanie tej sytuacji szkoła oferuje zajęcia wyrównawcze, które znów zmuszają do kolejnego ślęczenia nad książką. Negatywnym aspektem obecnego systemu szkolnego jest też rozpowszechniony, podsycany przez rodziców, pęd do sukcesu, zwany „wyścigiem szczurów”. Zdarzają się nawet egzaminy do lepszych zerówek. W renomowanych gimnazjach na porządku dziennym jest bezwzględna rywalizacja. Tymczasem system wychowania wyłącznie do sukcesu i samorealizacji powoduje negatywne następstwa w kształtowaniu osobowości ucznia. Z drugiej strony propaguje się szkołę bez stresów wg metody „nowej szkoły francuskiej”, gdzie nauczanie staje się zabawą. Z tego powodu stosuje się kolorowe podręczniki, pełne malowanek, zgadywanek oraz nie przeprowadza się sprawdzianów wiedzy. Lecz nauka przez zabawę serwowana w nadmiarze rozprasza zamiast uczyć. Dr Piesiewicz zarówno wyścig szczurów, jak i uczenie przez zabawę ocenia jako zakłócenie normalnego, harmonijnego rozwoju dziecka w sferze intelektualnej, emocjonalnej i duchowej, co rzutuje na zachowania i postawy w dalszym życiu. Zaburzenia psychiczne nieleczone w okresie szkolnym najczęściej prowadzą do ugruntowania nieprawidłowych postaw, takich jak: wycofanie z kontaktów z innymi, wrogość, skrytość, obojętność na sprawy innych oraz do utrwalenia zachowań antysocjalnych: agresji, bójek, wagarów i kłamania. W dalszym rozwoju osobniczym kształtuje się nieprawidłowa osobowość.
Paradoksalnie reforma edukacji zamiast unowocześnić proces nauczania skutkuje patologiami w wychowaniu młodzieży, jak i brakami w zdobyciu przez nich wiedzy.
Od redukcji fizyki do redukcji nauczycieli fizyki
Należy zwrócić uwagę także na to, że celowa redukcja nauczania fizyki powoduje nie tylko postępujący analfabetyzm fizyczny społeczeństwa, braki w kadrze inżynierskiej, obniżenie autorytetu nauki, ale także zmniejszenie liczebności odpowiedniej kadry nauczającej, tj. wykwalifikowanych nauczycieli przedmiotów przyrodniczych potrzebnych przy realizacji reformy. Reformatorzy edukacji zajęli się poprawianiem programów, podręczników, udoskonalaniem pomocy dydaktycznych, wymyślnymi sprawdzianami, a zapomnieli o dobrym nauczycielu. Współczesny nauczyciel wymaga wysokich intelektualnych kwalifikacji, a tymczasem studia nauczycielskie zastępuje się „instruktażem”, który nie wystarcza w ukształtowaniu postawy nauczyciela – mistrza dla młodzieży. Pojawiają się też chybione propozycje trzyletnich studiów licencjackich dla nauczycieli (por. redakcyjny artykuł wstępny pt. „Nauczyciel - osoba najważniejsza” w czasopiśmie dla nauczycieli „Foton”, zima 2007).
W odbiorze społecznym zawód nauczyciela staje się w Polsce niepopularny, na co mają wpływ także niskie zarobki. Z powodów płacowych w szkolnictwie publicznym obserwuje się selekcję negatywną, bo najlepsi ze szkolnictwa uciekają do innych lepiej opłacanych branż. Niestety ministerialni decydenci reformując edukację pomijają permanentnie potrzebę zwiększenia zarobków nauczycieli. Rozwiązaniem sytuacji płacowej byłoby wprowadzenie w szkolnictwie systemu rynkowego, np. przez bon edukacyjny, co doprowadziłoby do konkurencyjności placówek oświatowych. Ale urynkowienie szkolnictwa stanowi w istocie głęboką zmianę systemową, wymagającą do jej przeprowadzenia ogromnej determinacji ze strony polityków, gdyż taka zmiana grozi konfliktami społecznymi przy naruszeniu interesu różnych grup i organizacji zawodowych. Urynkowienie szkolnictwa nie jest także popierane przez administrację szkolną i samorządy, które są zainteresowane otrzymywaniem subwencji edukacyjnych. Właściwa reforma szkolnictwa wymaga przeprowadzenia wcześniej poważnych reform społecznych, a tych nie zastąpią tylko zmiany w programach nauczania.
Edward Pietras, Edward Rydygier
Autorzy są nauczycielami fizyki, aktywistami Ogólnopolskiego Seminarium Dydaktyki Fizyki w Warszawie.
Tagi:
Obiecujemy starać się spełniać to oto piękne wezwanie:
Panie zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Św. Tomasz z Akwinu
Od redakcji
Redakcja uprzejmie informuje, że wszystkie opublikowane w witrynie artykuły mogą być komentowane wyłącznie za zgodą Autora tekstu. Stosowny odnośnik do zbiorczej strony na korespondencję jest pod każdym artykułem, którego Autor nie życzy sobie komentarzy "pod spodem". Komentarze nie są cenzurowane merytorycznie, jednakże sformułowania rasistowskie i antysemickie oraz wulgaryzmy i drastyczna "mowa nienawiści" są usuwane. Nie przyjmujemy komentarzy ani listów anonimowych (minimum jawności: podanie nazwiska i adresu piszącego do wyłącznej wiadomości redakcji).
Osoby, pragnące na naszych łamach opublikować artykuł, proszone są o nadsyłanie dokumentów w postaci edytowalnej (czysty tekst lub dokumenty Worda albo OO) na adres studioopinii@gmail.com. Pod tym samym adresem prosimy kierować wszelkie uwagi o witrynie i listy do redakcji.
Informujemy uprzejmie, że ta witryna nie jest blogowiskiem, lecz redagowaną gazetą internetową.
Nieliczna redakcja zmuszona jest do wyboru licznie nadsyłanych tekstów i nie jest w stanie każdorazowo uzasadniać decyzję nie wykorzystania nadesłanej propozycji. Decyzja z praktycznych względów musi być ostateczna i nieodwołalna, dyskusji na ten temat nie zdołamy prowadzić.
Redakcja zastrzega sobie prawo zmian formalnych w zaakceptowanym do publikacji tekście, w szczególności dodania śródtytułów, zmiany tytułu, koniecznych zmian stylistycznych, gramatycznych i ortograficznych oraz doboru ilustracji – z braku czasu i mocy przerobowych - bez uzgadniania z Autorem. Redakcja zobowiązuje się nie wypaczać myśli Autora.




