Jerzy Surdykowski: Co to właściwie było?
Dziś, kiedy „IV Rzeczpospolita” zeszła do lamusa, warto się jednak nad nią zastanowić. Zbadać, czy przypadkiem - abstrahując od partackiej realizacji - już sam projekt nie zapowiadał więcej zła niż nadziei. Choć może był jednak nieuchronny…
RACHUNEK ZA „OKRĄGŁY STÓŁ”
Przyjęło się sądzić, że za rozcięcie rewolucyjnym mieczem gordyjskiego węzła zawsze trzeba zapłacić sporą cenę: krew, prześladowania nie tych, którzy zawinili, tylko tych, co byli pod ręką, i wszelkie inne rewolucyjne szaleństwa – jak w Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Ale swoją cenę ma i ewolucja: nie spełnienie marzeń i nienawiści, moralna dwuznaczność, współistnienie z wrogiem, z którym zawarliśmy kompromis, zamiast go zniszczyć. Tę cenę musieliśmy zapłacić, skoro w 1989 roku wybraliśmy „okrągły stół”, nie zaś to, co wyrażała jedna ze śpiewek stanu wojennego: „a na drzewach zamiast liści wisieć będą komuniści!” Wprawdzie „okrągły stół” był pomysłem elit, ale w czerwcowych wyborach 1989 roku przygniatająca większość głosujących poparła stronę społeczną, a tym samym i wybór zmian poprzez „okrągły stół”. Ludzka świadomość jednak nie rządzi się logiką i konsekwencją, dlatego im dalej od tego aktu założycielskiego „III RP”, tym żywotniejsze są rojenia: „a co by było, gdyby inaczej…”. Zawsze najlepiej jest tam, gdzie nas nie ma, i wtedy, gdy nas nie było. Najzieleńsza trawa jest na łące sąsiada – powiada amerykańskie przysłowie.
Tymczasem ta skażona kompromisem „III Rzeczpospolita” przyniosła niebywały sukces i awans cywilizacyjny kraju, który u wstępu do transformacji zachodni obserwatorzy stawiali obok Bułgarii i Rumunii, znacznie niżej od ówczesnych postkomunistycznych liderów: Węgier i Czechosłowacji. Te dwa ostatnie państwa nie przeżyły zapaści stanu wojennego, zwłaszcza Węgry wykorzystały możliwości ograniczonych reform w obrębie obozu sowieckiego. Jednakże dzięki temu, że trudny, a nawet brutalny dla wielu dziedzin gospodarki „program Balcerowicza” wdrożono szybko i konsekwentnie, Polska zdołała nadrobić zapóźnienie i zostać już w połowie lat dziewięćdziesiątych liderem przemian w Europie Środkowowschodniej, krajem coraz mocnej przyciągającym międzynarodowych inwestorów, którzy początkowo omijali nas dla Węgier i Czech. Tamtym krajom brakło zarówno Balcerowicza z jego mądrością i odwagą, jak i parasola, którym osłonili jego poczynania ówcześni politycy. W tamtych krajach nie było przecież „Solidarności”, ani postaci tak mocnej jak wtedy Lech Wałęsa, by ten parasol uczynić skutecznym. Tu warto przypomnieć, że właśnie za prezydentury Wałęsy Polska szybko uwolniła się od wojsk sowieckich i gładko ułożyła przyjazne stosunki z sąsiadami; tak z Niemcami, jak z nowymi na wschodzie. A wcale tak się stać nie musiało. Efektem był nie tylko awans materialny, ale wejście do NATO i Unii Europejskiej już w pierwszej fazie rozszerzenia Unii, choć u początku lat dziewięćdziesiątych nie dawano nam szans. Jeśli więc dziś ktoś powiada, że „III Rzeczpospolita” była nieudolną postkomunistyczną hybrydą, z której teraz dopiero trzeba dźwigać tę prawdziwą, tę „czwartą”, to nie ma albo oczu, albo sumienia.
Pochwała Wolnej Polski nie oznacza jednak ślepoty na jej błędy i zaniechania. Jeszcze pod osłoną jaruzelskich frazesów o tym, że jakoby „socjalizmu będziemy bronić jak niepodległości” rozpoczęła się prywatyzacja najlepszych części państwowych przedsiębiorstw, mnożyły się spółki zakładane przez towarzyszy sekretarzy, dyrektorów i ludzi SB. W efekcie polski kapitalizm tworzyli nie tyle cinkciarze przekształceni we właścicieli kantorów, nie ci nawet, co (jak powiadano) „pierwszy milion ukradli”, ale - polityczni właściciele PRL. Dalej: w Wolnej Polsce po 1989 roku co chwilę powtarzano gromko hasło lustracji, a demaskowano konfidentów, nie oficerów SB. Sprawę ważną i dla wielu Polaków wciąż bolesną postawiono na głowie: usiłowano karać ofiary, które zgrzeszyły brakiem charakteru, oprawcy śmiali się w kułak, albo i występowali jako rzecznicy prawdy na procesach lustracyjnych. Długie zaś lata straszyły SB-ckie enklawy w MSW, służbie zagranicznej, biznesie, wielu ministerstwach, no i oczywiście w Urzędzie Ochrony Państwa, jak go ówcześnie nazywano. A nieraz straszą i nadal.
Były to zapewne fragmenty nieuchronnej ceny za okrągłostołowy kompromis, za pokój, za to, że nie doszło do wojny domowej z klasą, dysponującą wszystkim narzędziami władzy. Ale nie da się usprawiedliwić szybkiego porzucenia idei solidarności przez tych, którzy ją mieli na sztandarach,. Nowa władza nie mogła jedną ręką wprowadzać programu Balcerowicza, a drugą drukować i rozdawać banknoty. Ale mogła trochę bardziej dbać o tych, którzy nadstawiali plecy pod milicyjne pałki, a potem stracili na transformacji. Mogła przynajmniej wysłuchać cierpliwie tych najbardziej pokrzywdzonych i wyprowadzonych w pole, zwłaszcza zwalnianych z pracy robotników wielkich zakładów. Niestety, jedynym ministrem, który to rozumiał, był Jacek Kuroń. Inni powiadali, że „trzeba wziąć sprawy w swoje ręce” i zaradnie „zatroszczyć się o siebie”. Obiektywnie rzecz biorąc, mieli rację, ale przez kilka lat jedyną sposobnością, by wykrzyczeć swoje zagubienie i strach przed jutrem, były telefony do radia Maryja.
Do tego dochodzi słabość państwa, brak poczucia bezpieczeństwa i sprawiedliwości. Wolna Polska – po piętnastu latach istnienia – była niesprawna i zbiurokratyzowana, ale raczej biurokracją urzędniczej nieudolności, niż rutynowych procedur, bo tych się mimo ciągłych zmian prawa nie dopracowała. Nie udało się zainstalować niezależnego od polityków korpusu „służby cywilnej”, zawodowych, wyselekcjonowanych konkursami i egzaminami urzędników. Kolejne rządy stosowały za to sławną zasadę TKM, uważając, że zamiast niezmiennych i przejrzystych procedur lepiej mieć wszędzie kolesi. Nie przywiązany do żadnej partii, wielki, lecz bezradny elektorat przewalał się między SLD a AWS, a rzesze ludzi z poczucia bezsilności nie szły w ogóle do urn. Powinno to było elitę polityczną alarmować dużo wcześniej, zanim ktokolwiek bąknął o „IV RP”.
DAREMNY LAMENT PO „POPISIE”
Czy rzeczywiście można było politycznie „przyśpieszyć” już w początku 1990 roku, gdy PZPR się rozwiązał, a więc z własnej woli przestał istnieć partner okrągłostołowej umowy? Istniał jeszcze Związek Sowiecki, jego wojska bazowały w Polsce. Mentalność szlachetnych opozycjonistów, którzy wtedy stali na czele kraju, ukształtowały dziesięciolecia użerania się z komunizmem o małe enklawy swobód, a teraz ci sami ludzie nagle otrzymali tak wiele. Czy nie mieli odwagi domagać się więcej? Hm, a może jednak ryzyko było zbyt duże? Z otwartą wojną przeciw jednej piątej ówczesnego społeczeństwa?
Po – niepotrzebnie odwlekanych – w pełni wolnych wyborach 1991 roku rozpętana (zapewne z winy obu stron) „wojna na górze” zaowocowała niepohamowanym kłótnictwem. Forsowana przez dwór Lecha Wałęsy „wymiana elit” sprowadzała się do lokowania „swoich” na posadach i (jak to zgrabnie sformułował jeden z krótkotrwałych prominentów tamtych czasów) – „pozbywania się chłamu po Mazowieckim”. Zamiast krótkim i jasnym konstytucyjnym aktem prawnym zerwać z dziedzictwem komunizmu, tamten Sejm wolał kłócić się o to, czy dekomunizacja ma sięgnąć do szczebla gminy, czy jeszcze głębiej. Kiedy stanął problem lustracji, usiłowano go rozwiązać rękoma ówczesnego szefa MSW Antoniego Macierewicza, po partacku i nieuczciwie, co okazało się ostatnią grobową deską do trumny rządu Jana Olszewskiego. Gospodarkę ten rząd ignorował, prócz osobistej uczciwości premiera nie miał i nie ma nic na swoją obronę. Trudno o bardziej fatalny symbol dla mitu założycielskiego „IV RP”.
Program PiS-u odwoływał się do straconych szans i wytykał błędy istniejącej Rzeczpospolitej. Ale sztandarowe hasło „budowy IV RP” od początku zawiewało nieuczciwością, bo deprecjonowało oczywiste sukcesy piętnastolecia odzyskanej niepodległości. Najmocniejszym sygnałem ostrzegawczym była jednak „rewolucja moralna”. Ten, kto coś takiego głosi, pyszniąc się własną uczciwością, nie nadaje się do rządzenia w demokracji. Podobnie jak należy wystrzegać się ustrojów, które zapowiadają wychowanie „nowego człowieka”: to wstęp do tyranii. Demokracja uznaje ludzi takimi, jacy są, ze wszystkimi ich wadami, grzechami i małością; ufa prawu, procedurom i równoważeniu władz, a nie bezgrzesznym jakoby „swojakom”. Wszystkie odgórnie dekretowane „rewolucje moralne” w dziejach prowadziły w najlepszym razie do chaosu i zastąpienia jednych szkodników przez innych, a w najgorszym – do gilotyny.
Inne czerwone światło zapalało się przy lekkomyślnym używaniu słowa „układ” czy też przestępcza „sieć,” złożona jakoby z byłych SB-ków, niektórych polityków i podziemia gangsterskiego, która oplotła i obezwładniła państwo. Uwłaszczona nomenklatura jest rzeczywistością. Enklawy SB-ckie łatwo ukazać (byłych oficerów „służb” nie trudno zidentyfikować w przeciwieństwie do ich kapusiów); „układ” jest tylko hipotezą. Możliwe, że ktoś kiedyś udowodni jego istnienie i prawda o aferach „III RP” ujrzy światło dzienne, jak ta o pewnych znanych machlojkach z warszawskimi nieruchomościami. Ale możliwe, że tego dowodu nigdy nie będzie, a hipotezę formułowano na wyrost. Polityk zaś, który wie coś o prawie, musi pamiętać, że jeśli w swej agitacji posługuje się podejrzeniami – jest potwarcą, ryzykującym własną wiarygodność, nawet jeśli uzyska poklask gawiedzi.
Jeszcze jeden sygnał ostrzegawczy. Z trudnym programem, lub go nie mając, mając za to mocnych przeciwników, szuka się sojuszy, a nie kłótni. Tymczasem bracia znani są z drażliwej nieodporności na krytykę, długo pamiętają urazy. Można było jednak przypuszczać, że polityczny czyściec, jaki przeżyli między krótkotrwałym wyniesieniem na początku prezydentury Wałęsy, a wyborczym zwycięstwem na jesieni 2005 czegoś ich nauczył. Niestety, nie nauczył.
W sumie hasło „IV Rzeczpospolitej” (nie można mówić o programie, bo go nigdy w sposób spójny nie sformułowano) odwoływało się do rzeczywistych niedomogów państwa, ale terapia była albo fałszywa, albo anachroniczna. Fałszywa, bo fatalne skutki stosowanej przez kolejne ekipy zasady TKM chciała leczyć nią samą, tylko z innymi ludźmi. Fałszywa, bo siłę państwa rozumiała jako wzmocnienie aparatu represji i scentralizowanej biurokracji, miast siły prawa i sankcjonowanych przez to prawo procedur. W tym samym sensie anachroniczna, bo odwołująca się do morału z chłopskich baśni: „przyszedł dobry król, wszystko naprawił, wszystkich nakarmił”. Anachroniczna, bo zapatrzona w przeszłość i przeszłe konflikty (często takie, których z racji upływu czasu dzisiaj sensownie rozwiązać się nie da jak lustracja, dekomunizacja, uwłaszczenie nomenklatury), ale ignorująca wyzwania współczesności. Anachroniczna w polityce zagranicznej, bo widząca w Unii Europejskiej tylko dostarczyciela funduszy rozwojowych, a w Niemczech „historycznego wroga”. Tak samo anachroniczna w forsowanej od wyborów w 2005 roku „polityce historycznej”, zapatrzonej w niegdysiejszy „patriotyzm przegranych powstań”, ignorującej zaś to, co się Polakom udało i co przyniosło im sukces, jak demokratyczny ustrój „Rzeczpospolitej Szlacheckiej” czy legenda „Solidarności”; tą ostatnią zresztą opluto przy pomocy wątpliwych „teczek” i znanych nie od dziś zawistników.
Czy hasło „IV Rzeczpospolitej” można było wcielić w życie mądrzej i skuteczniej? Sam w pamiętnych wyborach głosowałem na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a do Sejmu na PO, jestem więc typową „sierotą po Po-PiS-ie”. Ci, co tak głosowali, niech teraz nie lamentują: było wiele wspomnianych tu sygnałów ostrzegawczych. Nic więc dziwnego, że „rewolucja moralna” szybko przybrała gębę Leppera, mądrość Giertycha, prawdomówność Macierewicza i skromność Dorna.
PRZYŚPIESZONA POWTÓRKA Z AWS
Dziś wszystko padło w gruzy. Pora więc na podsumowanie: to, co najbardziej przeraża, to nie karczemne awantury w trójkącie Ziobro, Lepper, Kaczmarek, nie prowokacje, nagrania i podsłuchy, ale fatalna niezdolność rządzenia. Z wielkich zadań, jakie zapisała w swoim programie zwycięska partia, zostało wykonane tylko rozwiązanie Wojskowych Służb Informacyjnych, ale po macierewiczowsku, w otoczce pomówień i skandalu. Zamiast obnażenia demonicznego „układu” raport likwidacyjny pokazał tylko drobne interesiki i przekręty wojskowych tajniaków. Godna pochwały jest ta część „polityki historycznej”, która polega na odznaczaniu zapomnianych i często żyjących w biedzie bohaterów walki o niepodległość.
Tajna służba, mająca zwalczać korupcję w państwie prawa, to jednak coś innego niżeli rzucanie pomidorami w nielubianego prezydenta albo jajami w ministra oświaty; Mariusz Kamiński i jego mocodawcy zdawała się tego nie rozumieć. Zapewne dlatego ta faworyzowana przez pierwsze osoby w państwie służba zwalczała diabła Belzebubem, sztucznie aranżowanymi przez siebie korupcjami, a w zastawione na rekina sieci wpadały płotki. Gdyby jej szefowie zajrzeli do jakiegokolwiek słownika wyrazów obcych, przekonaliby się, że korupcja oznacza również psucie; nie można więc korupcji łapówkarskiej zwalczać korupcją prawa. Do światowych rekordów nieudolności należy zaliczyć niemożność sprawdzenia przez odpowiednie służby (nie muszą być tajne, wystarczyłyby jawne) aż nadto PRL-owskiego życiorysu kandydata na prokuratora krajowego, a potem ministra spraw wewnętrznych. Prominentów z TKM nie sprawdzało się z samej zasady; ich procedury nie dotyczyły, wystarczało, że są nasi. Kiedy naszymi być przestawali, można było z miedzianym czołem opowiadać, że „nadużyli zaufania”. Może ktoś uwierzy.
W przesławnej lustracji taki wzięto rozmach, po amatorsku stworzono taki gniot prawny, że Trybunał Konstytucyjny nie mógł nie interweniować. Inne ustawy, tworzone przez posłów na kolanie, też czekałby zapewne los podobny; fachowe centrum legislacyjne, gdzie ustawy pisaliby najlepsi prawnicy, a politycy tylko nadawali im kierunek, nie mieściło się w chłopskiej bajce o dobrym królu. A przy tym mimo gromkich pohukiwań SB-ckie enklawy miały się nieźle. W służbie zagranicznej wciąż zdarzali się ambasadorzy, mało związani z Polską niepodległą. Chyba, że dalej chodziło o obsadzanie wszystkiego swoimi ludźmi, czego drastycznym przykładem jest zniszczenie budowanej mozolnie Służby Cywilnej.
O czym, jak nie o nieudolności świadczyło zarzucenie ogromnej pracy ustawodawczej i wdrożeniowej, zmierzającej krok po kroku do naprawy państwa, choć nowi rządzący deklarowali, że są do tej pracy gotowi. Ich determinacji miało dowodzić zawiązanie „egzotycznej koalicji” tylko po to, by mieć ustawodawczą większość. Wybaczylibyśmy im wiele, gdybyśmy w zamian otrzymali niezbędne ustawy, krok po kroku reformujące rzeczywistość, gdyby obiecywane państwo tanie i sprawne choć trochę nabierało realnych kształtów.
Najistotniejsze jednak są dwa zarzuty. Po pierwsze: przejadanie pomyślności gospodarczej. Nie była ona zasługą nowych rządzących – jak chciały ich telewizyjne reklamy – ale światowej koniunktury i wejścia Polski do UE. Zamiast wykorzystać ten okres na obiecane zreformowanie niewydolnych i marnotrawnych finansów, na ułatwienie biznesowi ekspansji zagranicznej, zmniejszenie dławiącej go biurokracji, podtykano co najwyżej trochę pieniędzy tym, którzy mogliby dostarczyć głosów do urn. Jak w każdej chwiejnej koalicji sprawy trudne odsuwano, priorytet miało to, co pokazowe i medialne. Wspaniała koniunktura po niecałych dwóch latach jednak się skończyła; jakiemukolwiek rządowi – nawet gdyby PiS wygrał wybory – miało być już o wiele trudniej dokonać niezbędnych reform, zaś obniżenie podatków w sytuacji kiepskiego wzrostu gospodarczego nawet liberałowie musieli włożyć między bajki.
I po drugie: ta pełna afer, kłótnictwa i wzajemnych oskarżeń polityka, ten Sejm pełen postaci tyleż operetkowych, co przerażających, ostatecznie poderwały i tak wątłe zaufanie Polaków do polityki jakiejkolwiek. Wybory w Wolnej Polsce – od pamiętnego czerwca 1989 roku – zawsze oznaczały głosowanie przeciw komuś, bardzo rzadko „za czymś”. Tak było i teraz, w roku 2007, przyszli do urn wyborcy, którzy przede wszystkim chcieli zmieść te nieszczęsne postaci z powierzchni życia politycznego. Potrafili czekać zagranicą po kilka godzin, by dojść w ogóle do urny. I wątpliwe, by jeszcze raz poszli za uwodzicielską melodią fletu szczurołapa do kolejnej przepaści kłótni i zastoju.
Tym, co odeszli od władzy, pozostaje tworzyć kolejny mit tych, co „chcieli dobrze”, ale nie mieli dość sił przeciwko hydrze. Tak jak mówią o nieudolnym rządzie Jana Olszewskiego ci, którzy – używając pamiętnej kwestii Kreona z „Antygony” – „swe grzechy chcą potem upiększać”.
Jerzy Surdykowski
Tagi:
O nas...
Do redakcji można pisać
na adres studioopinii@gmail.com
Cytat, który obiecujemy brać pod rozwagę:
Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Św. Tomasz z Akwinu
| POLECAMY | |
|
|
|
|
PONADTO... |
|
|
Stefan Bratkowski w swym nowym felietonie o wartościach chrześcijańskich i nie tylko... |
|
|
Ernest Skalski o sprawach Kościoła i państwa
|
|
|
Sławomir Popowski - nie bez satysfakcji - stwierdza, że Trybunał Konstytucyjny wybił zęby CBA... |
|
| Jacek Pałasiński wnikliwie i ciekawie o problemach polityki Rosji | |
| Aleksander J. Wieczorkowski o liście Papieża do abp Paetza | |
| Ważna informacja |
|
|
Pod patronatem StudioOpinii.pl uruchomiony został Poradnik komputerowy, w którym publikowane będą krótkie tutoriale dotyczące problematyki komputerów i Internetu. Są one przeznaczone dla osób szukających krótkich porad pozwalających wykorzystać rozmaite narzędzia komputerowe - oprogramowanie i usługi internetowe. |
|

