Kazimierz Żórawski: 20 lat "Wiadomości"
Na placu Powstańców zacząłem bywać w pierwszej połowie listopada 1989 roku. Co jakiś czas dzwonił do mnie Jacek Snopkiewicz, nowo mianowany szef Dyrekcji Programów Informacyjnych (DPI) i mówił: wpadnij. Więc wpadałem i im częściej to robiłem, tym coraz bardziej mi nie wystarczało pisanie telewizyjnych felietonów w Gazecie Wyborczej. „Plac”, gdzie mieściły się programy informacyjne, był dla mnie miejscem tajemniczym i nowym, nigdy wcześniej tam nie pracowałem. Ze sporadycznych bytności pamiętałem jedynie bufet, do którego schodziło się po schodkach wprost z narożnego wejścia z ulicy i tajemnicze podziemne przejście prowadzące do znajdującego się na przeciwległym rogu budynku Studia B. Gdy w tym obstawionym blaszanymi szafkami przejściu zamordowano kiedyś kogoś, w bufecie zaprzestano podawania alkoholu. Tym samym bufet przestał być miejscem spotkań warszawskiej bohemki, zamieniając się w bar powolnej obsługi.
Jesienią 1989 roku znajdowała się tam obskurna stołówka - podawano jednak kawę i herbatę, więc po porannym kolegium lub w oczekiwaniu na wyjazd albo montaż gromadzili się tam dziennikarze. We wnęce zasłoniętej częściowo filarem stał podłużny stół przy którym zbierali się „starzy”. Dochodziły stamtąd chichoty, szepty i złośliwe komentarze pod adresem „nowych”, nie na tyle jednak wyraźne, by można było zareagować - ta fałszywa wesołość była chyba tylko przykrywką dla niepewności, sztuczną fanfaronadą. Ten podział widoczny był także cztery piętra wyżej, gdzie znajdowała się redakcja Dziennika Telewizyjnego i przestronny gabinet dyrektora DPI. W narożnym pokoju wydań, które rankiem zamieniało się w studio dziennika w oknie, przygotowywano bieżące wydanie o 19.30 i późniejsze wydanie wieczorne. I to robili „starzy”. Natomiast w gabinecie Jacka Snopkiewicza trwały prace koncepcyjne nad Wiadomościami, którym towarzyszył fantastyczny klimat tworzenia czegoś nowego, klimat przypominający ten z Iwickiej, gdzie w byłym przedszkolu powstawała Gazeta Wyborcza. Im bliżej było daty pierwszej emisji, tym robił się tam większy bałagan, a przez kiszkowaty sekretariat przewalało się coraz więcej ludzi. Kto jest kim, można było poznać łatwo: moi niedawni rozmówcy z powołanej przez Drawicza „komisji powrotów” wchodzili do gabinetu bez pukania, zostawiając za sobą otwarte drzwi; „starzy”, pamiętający niedawne czasy, gdy urzędował tam Andrzej Bilik, pukali, po czym wsuwali niepewnie sam czubek nosa; szefostwo, Snopkiewicz i jego zastępca Zbigniew Domarańczyk, wpadając i wypadając, trzaskali drzwiami - przynajmniej jednemu z nich nawyk ten pozostał do dziś.
Oczekiwanie na nowy dziennik telewizyjny miało wymiar dziś dla wielu zapewne niezrozumiały. Na Drawicza naciskał rząd, w którego posiedzeniach prezes Radiokomitetu uczestniczył z urzędu, na Snopkiewicza Biuro Prasowe Rządu i nieco delikatniej prezes Andrzej Drawicz. Prasa donosiła o przygotowaniach, po gmachu przy placu Powstańców uwijała się Ania Bikont, zbierając materiały do dużego reportażu, który miał się ukazać w Gazecie zaraz po premierze nowego dziennika. O tym, co dzieje się na „Placu” informowały niemal codziennie serwisy Polskiej Agencji Prasowej. Słowem: obłęd! Ale w tym szaleństwie wyrażała się istotna prawda o czasie i klimacie. Telewizja przekształcająca się na oczach wszystkich z tuby propagandowej upadającego reżimu w telewizję demokratycznego państwa była wyrazem intencji tych, którzy sprawowali wówczas władzę. Myślę, że gdyby pierwszym prezesem po Jerzym Urbanie został ktoś o poglądach bardziej radykalnych od poglądów Andrzeja Drawicza i gdyby zmiany personalne zostały dokonane w gwałtowniejszy sposób, choćby w tempie narzuconym przez ekipę Mariana Terleckiego i Marka Markiewicza, to dla wielu byłby to wyraźny sygnał do działania, a wówczas historia mogłaby się potoczyć inaczej. Nie tylko historia telewizji, ale może także Polski.
Data pierwszej emisji, nazwa programu i osoba prowadzącego okryte były tajemnicą, dlatego czułem się dumny, mogąc w Gazecie z datą 17-19 listopada (piątek-niedziela), napisać: Nowy dziennik telewizyjny, który nazywać się będzie WIADOMOŚCI, nie ruszy dziś. „Może w sobotę, może w niedzielę, a już na pewno za dwa miesiące” - powiedział nam red. Jacek Snopkiewicz, który uważa, że tyle czasu trzeba, by stworzyć sieć korespondentów krajowych oraz zaktywizować lub wymienić zagranicznych. Na razie zmieni się scenografia. Autorami nowej są Marcin Stajewski i Marek Lewandowski, nowa będzie czołówka zaprojektowana przez Andrzeja Pągowskiego, zmienią się również prezenterzy. W tej chwili odbywają się ostatnie próby kameralne (podyktowałem przez telefon oczywiście: kamerowe). Na pewno w WIADOMOŚCIACH pojawi się Wojciech Reszczyński. I rzeczywiście, Reszczyński pojawił się 18 listopada 1989 roku, deklarując, że od dziś, jak w BBC, wiadomości będą dobre lub złe, ale zawsze prawdziwe. Te pierwsze Wiadomości - o czym mało kto dziś pamięta - emitowane były częściowo z „puszki”, obawiano się bowiem, by prezentera nie zjadła trema i by program się z tego powodu nie posypał. Było to tym bardziej prawdopodobne, że Reszczyński od dłuższego czasu nie występował w telewizji, a występując wcześniej w Teleexpressie nigdy nie robił tego na żywo. Teleexpress dopiero pod koniec 1990 roku przestał być nagrywany, natomiast Panorama dnia do końca swoich dni emitowana była z „puszki”.
Poniedziałkowa Gazeta Wyborcza zrecenzowała to pierwsze wydanie piórem Andrzeja Wernera, który pisał: Burze się przetoczyły nad głową Prezesa. Pioruny uderzyły punktualnie o 19.30. I oto nastąpił moment próby: pierwszy Nowy Dziennik (Wiadomości). Życzę jak najlepiej Prezesowi i szefowi Wiadomości, Jackowi Snopkiewiczowi, ale przyznam, że zirytowało mnie jak za najlepszych czasów Jerzego Urbana. Cóż takiego wyprowadziło z równowagi znanego z pryncypialności krytyka literackiego i filmowego? Zirytował go reportaż poświęcony dr Barbarze Makowskiej-Witkowskiej, którą w przeszłości oskarżono i skazano, by uprawdopodobnić wyrok w sprawie zabójstwa Grzegorza Przemyka. Oddając satysfakcję jednej osobie - pisał Werner - naruszono jednak prawa innej jednostki, być może skrzywdzono ją dotkliwie. (...) Chodzi o przedmiot, o tego pijanego, którego dwukrotnie sportretowano w pełnym zbliżeniu jako dowód rzeczowy ciężkiej codziennej pracy skrzywdzonej lekarki. Między jego przewiną a karą, którą (bez wyroku) mu wymierzono, nie ma żadnego związku. Ani logicznego, ani - tym bardziej - prawnego. W wiekach średnich karę tę nazywano karą pręgierza i uważano za ciężką.
Zdenerwowało Wernera również nieświadome oskarżenie skierowane pod adresem milicjanta. ...przy ściszonym dźwięku - pisze krytyk - jakaś pani zauważa, że pijak miał torbę, a przy pijaku był milicjant. A teraz: pijak wprawdzie leży nadal, ale ani torby, ani milicjanta. Nie twierdzę, że ta relacja jest nieprawdziwa. Nie przedstawiono jednak żadnych dowodów. Zbyt dobrze znam te praktyki, aby powielać je ze spokojnym sumieniem. Redaktorzy Gazety okazali się bardziej wyrozumiali: Mając za sobą doświadczenia pierwszych numerów „Gazety” - skłonni jesteśmy do znacznie większej wyrozumiałości wobec debiutantów z WTV niż Andrzej Werner. Nam się zresztą podobało.
W parę lat później obejrzałem kilka pierwszych wydań Wiadomości. Zrobiły na mnie wrażenie siermiężnych w swojej scenograficznej oszczędności i prostocie. Prezenter siedział na gładkim niebieskim tle w planie umożliwiającym pokazanie blatu stołu. Czasem obok prezentera pojawiał się gość lub sprawozdawca parlamentarny pokazywany - w planie nieco większym niż średni - z drugiej kamery. Sprawozdania parlamentarne były jedynymi materiałami filmowymi, do których tekst z „offu” czytał dziennikarz, wszystkie pozostałe „zielone” czytane były bowiem przez lektora siedzącego w „dziupli” znajdującej się pod wiszącą nad studiem reżyserką. Materiały zagraniczne wypełniały środkową część programu i - jeśli nie liczyć tych, które trafiały na czołówkę - prezentowane były w bloczku, w którym temat od tematu oddzielał dźwiękowy „pip”. Choć wydaje mi się dziś, że tempo prezentacji tych materiałów było zbyt duże, by sprostać wymogom percepcji, zagraniczny bloczek sprawiał, że program miał zmienny rytm i nie wlókł się tak jak niektóre dzisiejsze programy informacyjne.
Pod koniec listopada Jacek Snopkiewicz ponowił wobec mnie propozycję wejścia do zespołu Wiadomości. Zgodziłem się zostać kierownikiem redakcji kulturalnej, co było zgodne z moimi literackimi i filmowymi zainteresowaniami. Gdy jednak następnego dnia pojawiłem się na placu Powstańców, wręczył mi podpisany przez Drawicza wniosek o powołanie mnie na stanowisko wicedyrektora DPI i zastępcy redaktora naczelnego Wiadomości. Tak zaczęła się kolejna w moim życiu telewizyjna przygoda, dla której praca w komisji powrotów była istotnym doświadczeniem. O kulisach tej niespodziewanej dla mnie nominacji Jacek Snopkiewicz napisał w Telewizji nagiej, a Andrzej Drawicz we Wczasach pod lufą. Choć obydwie relacje różnią się nieco od siebie, ich sens jest taki sami - przyjaciele postanowili tym sposobem zneutralizować dokuczliwego telewizyjnego felietonistę Gazety Wyborczej. Miało to także zablokować ewentualność przysłania na wakujące stanowisko kogoś, kto lepiej pilnowałby interesów rządu.
Kiedy rozpoczynałem pracę w Dyrekcji Programów Informacyjnych, miałem czarno-biały czy wręcz czarny obraz miejsca mego nowego zatrudnienia. Nie bez wpływu na to było zapewne moje niedawne uczestnictwo w pracach komisji powrotów oraz powtarzające się telefony jednej z koleżanek, która czuła się w obowiązku donoszenia mi (a także Andrzejowi Drawiczowi i jego żonie Wierze), czego to nie wyprawiają na „Placu” te straszne „komuchy”. Jakiś ślad musiało także pozostawić doświadczenie wielu lat oglądania Dziennika Telewizyjnego. „Plac” od czasu, gdy pozostały tam prawie wyłącznie programy informacyjne, nie cieszył się dobrą sławą, ale prawdziwym piekłem - według powszechnej opinii - było trzecie piętro, gdzie mieściła się redakcja Dziennika, a potem Wiadomości. O piętrze tym mówiło się „oddział zakaźny” i coś w tym było na rzeczy, choć - jak się później przekonałem - nie wyłącznie w tym znaczeniu, w jakim się przeważnie uważało. Przyczyną izolacji trzeciego piętra było nie tylko powszechne przekonanie, że pracujący tam dziennikarze chorzy są in corpore na świnkę, ale także przekonanie ich samych, czemu dawali wyraz w kontaktach z innymi dziennikarzami, że należą do więcej wiedzących i dalej widzących, którzy z racji tego wyższego wtajemniczenia nie mają po prostu o czym rozmawiać z szaraczkami pracującymi w Teleexpresie i Panoramie dnia.
Nic więc dziwnego, że w grudniu 1989 roku przyszedłem tam nie tylko z silnym postanowieniem budowania nowego ładu informacyjnego, ale także przyłożenia ręki do gruntownych porządków. Temu nastawieniu dałem publicznie wyraz w programie Krystyny Mokrosińskiej, który był telewizyjną odmianą Dzwonków niedzielnych organizowanych wcześniej przez Romę i Stefana Bratkowskich w podziemiach kościoła na Żytniej. Przyciskany przez Aleksandra Wieczorkowskiego (Alika) i Jacka Rakowieckiego z Gazety Wyborczej palnąłem niezbyt politycznie o potrzebie wymiany osiemdziesięciu procent dziennikarzy, co oczywiście, gdy w kilka dni później ukazało się na antenie Dwójki, nie zostało przyjęte przez zespół Wiadomości z entuzjazmem. W dodatku z dyrektorskiej trójki byłem jedynym, którego zespół nie znał zupełnie - Snopkiewicz i Domarańczyk pracowali w przeszłości na „Placu” - można więc mnie było podejrzewać z dużą dozą prawdopodobieństwa, że przychodzę z nożem w zębach.
Dziś śmieszy mnie moja ówczesna wizja „oddziału zakaźnego” i myślę, że tych, którzy wówczas pracowali w Wiadomościach w równym stopniu bawić musi ich ówczesne wyobrażenie o mnie. Do dość szybkiej wzajemnej rewizji ocen przyczyniła się zewnętrzna rzeczywistość, a dokładniej ta część „solidarnościowej” elity politycznej, która wychodziła z założenia, że skoro telewizja jest teraz „nasza”, to powinna zachowywać się wobec zwycięzców tak, jak dawniej zachowywała się wobec peerelowskich mocodawców. Różnica w zachowaniu poprzedniej władzy i części obecnej polegała jedynie na tym, że dawniej do redaktora naczelnego Dziennika Telewizyjnego dzwonił z różnymi poleceniami kolejny towarzysz Główczyk, z którym „Plac” łączyła specjalna linia telefoniczna i specjalny kabel do przekazu wizji, a teraz z różnymi żądaniami dzwonił do Wiadomości każdy, kto tylko miał dostęp do nobilitującej go „rządówki”. A miało do tego atrybutu władzy dostęp o wiele więcej osób, niżby to wynikało z oficjalnego spisu numerów. To, że w 1990 roku „rządówka” dzwoniła na okrągło, nie był dla zespołu żadną tajemnicą. Telefony te stanowiły rodzaj testu na nasze zachowanie. Do dziś pamiętam uważne spojrzenia, w których tliło się to coś, co było trochę pytaniem, trochę oczekiwaniem, a trochę wyzwaniem: ciekawe jak się zachowasz - mówiły oczy - bo coś mi się wydaje, że wszystko będzie jak dawniej, tylko w drugą stronę. Sądzę, że chęć niedania taniej satysfakcji wyczekującym na nasze potknięcie, ale także arogancja wielu telefonicznych żądań umacniały nas w uporze, z jakim próbowaliśmy tworzyć pierwszy w tej części Europy niezależny program informacyjny.
Ta wzajemna gra postaw sprawiła, że dość szybko zespół dowiedział się, czego może się spodziewać po nowym kierownictwie, my natomiast wiedzieliśmy, kto jest kim w zespole. Lansowana przez niektórych wizja „niereformowalnych, zjednoczonych komuchów”, poddana próbie codziennej weryfikacji, szybko okazała się fałszywa, zespół bowiem, jak każdy zespół liczący ponad sto osób, składał się z kilku grup. Byli w nim więc tacy, którzy z różnych powodów, z przekonania lub z cynizmu, służyli poprzedniej władzy i doskonale wiedzieli, że długo nie zagrzeją miejsca w Wiadomościach. Ci odchodzili sami, jak uczynił to na przykład Marek Barański, co należy odpowiednio docenić bez względu na jego wcześniejszą i późniejszą aktywność zawodową. Inni czaili się po kątach, próbując coś zepsuć lub kogoś oszukać. Ponieważ kłamstwa i oszustwa wcześniej czy później wychodziły na jaw, rozstania z tymi, na szczęście nielicznymi osobami, były mniej przyjemne.
Była w zespole grupka zwykłych oportunistów, ale były też dziennikarskie remiechy, których, aż trudno w to uwierzyć, polityka mało co obchodziła. Oczywiście byli tam także ci, którzy wrócili do telewizji po latach. No i nowi. Z Gazety przyszedł Jerzy Moglinger, z Krakowa przyjechał polecany przez Macieja Szumowskiego Tadeusz Pikulicki, z radia Marcin Zimoch, z domu Maryna Miklaszewska, autorka wydawniczego przeboju Mikołajek w szkole PRL-u, a później librecistka Metra. Także z domu przyszedł Maciek Leszczyński. Znikąd przyszła Maria Bartczak. Dość szybko pojawiła się też grupka laureatów konkursu na dziennikarzy i prezenterów: Jolanta Pieńkowska, Tomasz Lis i Jarosław Gugała. Chyba jednak najliczniejszą reprezentację stanowili ci „starzy”, którzy w uprawianiu niezależnego dziennikarstwa dostrzegli wyzwanie i życiową szansę. By więc nie dać satysfakcji jednym i nie ostudzić zapału innych, broniliśmy zespołu także wówczas, gdy co do absolutnej słuszności naszych argumentów mieliśmy cień wątpliwości.
W miarę jak zespół stawał się coraz bardziej „nasz”, my stawaliśmy się w oczach polityków coraz bardziej ciałem obcym lub wręcz podejrzanym. Coraz częściej dochodziło do konfliktów lub nieporozumień z Biurem Prasowym Rządu i prasowymi służbami Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. Już w drugiej połowie grudnia 1989 roku, a więc w miesiąc po starcie Wiadomości, nasza trójka została zaproszona, czy może raczej wezwana, do Biura Prasowego Rządu, by wysłuchać gorzkiej reprymendy. W Urzędzie Rady Ministrów byłem wówczas po raz pierwszy w życiu, nie pamiętam już, czego dotyczyła reprymenda, pamiętam natomiast doskonale wrażenie, jakie zrobił na mnie ten ponury gmach, jeszcze bardziej ponury z powodu zimowego mroku i ciemnych, wyludnionych korytarzy.
Choć atak na nas był przygotowany i choć uczestniczył w nim nowo mianowany wiceprezes Radiokomitetu Jan Dworak, który siedział po przeciwnej niż my stronie stołu (tak zostało aż do czasu, gdy jego wyrzucono, a myśmy odeszli, co nas do siebie zbliżyło), daliśmy odpór na tyle zdecydowany, że zbiło to z tropu nie tylko kulturalnego i panującego nad nerwami Henryka Woźniakowskiego, ale także zawsze zdecydowanie wygłaszającego swoje racje Waldemara Kuczyńskiego, który z pozycji doradcy premiera nieźle wówczas na nas pohukiwał. Doszło wówczas do zawieszenia broni, jednak nieufność ludzi z rządu do Wiadomości nadal towarzyszyła wzajemnym kontaktom. Po czterdziestu latach funkcjonowania w Polsce mediów zależnych od władzy nikt, także i my, nie wiedział jak naprawdę w systemie demokratycznym powinny wyglądać relacje pomiędzy jedyną w państwie, finansowaną z budżetu stacją telewizyjną a rządem. Powoływaliśmy się oczywiście na BBC, biorąc często własne wyobrażenia za rzeczywistość. Jednego natomiast byliśmy w stu procentach pewni: centrum dowodzenia programami informacyjnego znajduje się na „Placu”; od strategii programu jest dyrekcja DPI; za poszczególne wydania odpowiada dyrektor dyżurny i wydawca; dziennikarze odpowiedzialni są wobec swoich bezpośrednich przełożonych – i nikt z wewnątrz, od prezesa poczynając, a na premierze i prezydencie kończąc, nie ma bezpośredniego wpływu na kształt i merytoryczną zawartość Wiadomości, Panoramy dnia i Teleexpressu.
Choć brzmi to może trochę nieprawdopodobnie, ale często źródłem konfliktów nie były kwestie merytoryczne, lecz dziennikarski warsztat i to, co się nazywa interesem telewidza. Ówcześni politycy uważali, że ile powiedzieli do kamery, tyle ma potem pójść na antenę, a nie bardzo umieli zwięźle formułować myśli. Natomiast my walczyliśmy o prawo do skrótów, czyli - mówiąc inaczej - o prawo do redagowania. Dziś dziennikarze tną materiał, jak chcą, nie zawsze dostatecznie wiernie streszczają wypowiedzi i pozostawiają jakieś ćwierć czy pół zdania, które ma uwiarygodnić słowa dziennikarza lub cały materiał. Jak każda skrajność, tak i ta nie służy obiektywizmowi informacji, wywołując usprawiedliwione często protesty.
Od Wiadomości domagano się również publikowania wszystkich możliwych oświadczeń. W dziesiątkach rozmów telefonicznych powtarzałem wówczas przedstawicielom różnych mniejszych i większych partii, że Wiadomości nie są słupem ogłoszeniowym, na którym każdy może powiesić, co mu się podoba i gdzie mu się podoba, lecz programem, za którego redakcję odpowiadam ja - i że mogę poinformować telewidzów, że takie czy inne oświadczenie zostało wydane, robiąc z niego materiał dziennikarski. Ponieważ każda taka odmowa kończyła się protestem składanym na ręce prezesa Andrzeja Drawicza i jego prośbą do nas o przygotowanie uprzejmej odpowiedzi, postanowiliśmy dać politykom pięciominutowe okienko po Wiadomościach, w którym mogliby składać dowolne oświadczenia. Był to z naszej strony akt rozpaczy, który, nie ukrywam, przez jakiś czas dostarczał nam powodów do śmiechu, z okienka korzystali bowiem głównie ci, którzy poza własnym gadulstwem nie mieli niczego innego do zaproponowania swoim wyborcom. A należy dodać, że wśród nich nie było takich osobowości telewizyjnych jak Jacek Kuroń. Dziś pomysł ten uważam za co najmniej dyskusyjny. Pięciominutowe okienka nadawane w czasie największej oglądalności co prawda przyczyniły się do naturalnej selekcji w klasie politycznej, w ostatecznym rezultacie utrudniały jednak budowę zaufania do organów przedstawicielskich państwa i rodzącej się demokracji. Lepszym pomysłem okazała się dyrektywa Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, której konsekwencją jest program Forum – tylko że wtedy nie było jeszcze Krajowej Rady.
To parcie na ekran przybierało różne formy. Niektórzy uciekali się do podstępu. Pamiętam, jak w dzień czy dwa po ostatnim zjeździe PZPR pojawił się na „Placu” Janusz Korwin-Mikke, domagając się występu w Wiadomościach w ramach zadośćuczynienia za nazwanie młodzieży, która rozrabiała pod Salą Kongresową, neofaszystowskimi bojówkami Unii Polityki Realnej. Może bym się na to i nabrał, na wszelki wypadek postanowiłem jednak rzecz sprawdzić. Poprosiłem, by z archiwum przyniesiono komplet tekstów (pisanych przez kalkę na maszynie), w których nie znaleźliśmy takiego sformułowania. Szef UPR grzecznie przeprosił za nieporozumienie, stwierdził, że widocznie został wprowadzony w błąd i po trzech miesiącach pojawił się ponownie z żądaniem sprostowania czegoś, czego również nie było na antenie.
Tak jak nam nie udało się okiełznać polityków, tak samo politykom nie udało się ograniczyć nas w informowaniu społeczeństwa o wydarzeniach ważnych z naszego punktu widzenia, choć z różnych powodów niewygodnych dla władzy. Po pokazaniu w Wiadomościach płonącego w Nowej Hucie pomnika Lenina do Snopkiewicza telefonował zdenerwowany premier Tadeusz Mazowiecki, zarzucając mu niezrozumienie dla racji stanu. Gdy poinformowaliśmy za Czesławem Okińczycem, polskim posłem do litewskiego parlamentu, że premier Mazowiecki obiecał uruchomić nieczynną od pół wieku linię kolejową do Wilna, z połajankami telefonował minister Kuczyński, który uważał, że nie rozumiemy interesu Polski. Gdy Aleksandra Jakubowski podała informację, że w sejmie odrzucono poprawkę podwyższającą liczbę posłów mogących założyć własne koło, od Jacka Żakowskiego, ówczesnego rzecznika prasowego Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, otrzymaliśmy pisemne oświadczenie, które spowodowało przejściowe zamrożenie kontaktów na linii OKP - Wiadomości i wywołało kilkudniową burzę w mediach. Gdy Zbigniew Kustosik, relacjonując przebieg spotkania Mazowieckiego z Kohlem w Słubicach, nie mając dostępu do rzecznika rządu, skomentował fakt przeciągania się rozmowy premiera z kanclerzem nie po myśli pani minister, ta wystosowała do nas protestacyjny list. Odczytany na antenie wymagał repliki, która znów wywołała napięcie na linii rząd - Wiadomości.
Doskonale rozumieliśmy powody tego zdenerwowania i racje przemawiające za tym, by tych informacji nie podawać. W Nowej Hucie butelki z benzyną poszły w ruch w przeddzień pierwszej wizyty naszego premiera w Związku Sowieckim i tamtejsza telewizja, wykorzystując nasze zdjęcia, przygotowywała odpowiedni grunt pod tę wizytę. Okińczyc upublicznił, a my za nim, o czym wówczas nie wiedzieliśmy, treść nieoficjalnej rozmowy wyprzedzającej polsko-litewskie ustalenia w sprawie linii kolejowej łączacej Polskę z Litwą. Dziś wypada przypomnieć, że przez pół wieku z Warszawy do Wilna jeździło się i latało przez Moskwę. Natomiast przegrane przez zwolenników jedności OKP głosowanie było przygrywką do zmian w kierownictwie Klubu (zamiany Bronisława Geremka na Mieczysława Gila) oraz nieuniknionego i fatalnego w skutkach podziału „solidarnościowego” fragmentu sceny politycznej. Instynktownie czuliśmy jednak, że w tych pierwszych miesiącach nowej Polski kształtują się w mediach nowe standardy profesjonalne i etyczne, że jeśli nawet trzeba zapłacić cenę za te nowe normy i jeśli nawet nie będzie się ich zawsze przestrzegać, to będą one w przyszłości przynajmniej stanowiły punkt odniesienia. Takim standardem jest odmienność funkcji przedstawicieli władzy i dziennikarzy: pierwsi mają swymi działaniami wpływać na rzeczywistość, tworzyć fakty, drudzy opisywać je takimi, jakimi są - czyli bez propagandowego makijażu.
Czasem zastanawiałem się nad genezą kłopotów, jakie mieliśmy w dogadywaniu się z rządem i parlamentem. Naturalny konflikt interesów wynikający z odmienności zadań nie tłumaczył wszystkiego. Nie chcieliśmy, by jak w nieodległych czasach PRL-u, dziennikarze programów informacyjnych byli narzędziem w rękach polityków, nie widzieliśmy się w charakterze ich tuby propagandowej, ale to nie znaczy, że nie chcieliśmy pomagać rządowi, który był przecież rządem naszego niepodległego państwa. Uważaliśmy, że istnieją płaszczyzny porozumienia, takie wspólne działania, które dziennikarzy nie pozbawią niezależności, a światu polityki pomogą w komunikowaniu się ze społeczeństwem tak, by obywatele mogli sami wyrobić sobie zdanie w tej czy innej kwestii. Biuru Prasowemu Rządu składaliśmy propozycje profesjonalnego „umedialnienia” premiera i współorganizacji jego konferencji prasowych. Dziękowano nam za te gesty otwarcia, deklarowano gotowość współpracy, a potem dostawaliśmy kolejne oświadczenie napisane niezrozumiałym językiem, nasz reporter zaś zmuszany był do fotografowania premiera na tle płaskiej ściany. Nie ufano nam do tego stopnia, że oświadczenie Tadeusza Mazowieckiego, w którym zapowiadał decyzję o kandydowaniu w wyborach prezydenckich, przywieziono nam w postaci gotowej do emisji.
Jedynymi reprezentantami rządu, którzy pozytywnie odpowiedzieli na naszą ofertę, byli Leszek Balcerowicz i jego bliski współpracownik Jerzy Koźmiński, późniejszy ambasador w Waszyngtonie, który w dużym stopniu przyczynił się do wejścia Polski do NATO. Znając tę jego późniejszą aktywność, której motorem była wiara w skuteczność różnych form politycznego lobbingu, skłonny jestem uważać, że to właśnie on nakłonił Leszka Balcerowicza do współpracy z Wiadomościami. Uważaliśmy, że jeśli społeczeństwo ma znosić ciężar reform gospodarczych, to musi wiedzieć, na czym te reformy polegają, kto na którą dziurkę będzie musiał zacisnąć pasek i kiedy wzrośnie siła naszych portfeli. Dlatego w naszej ofercie znalazły się konferencje prasowe i spotkania pana wicepremiera z pracownikami tych zakładów pracy, w które reforma najsilniej uderzała.
Na miejsce pierwszej konferencji prasowej, którą prowadził Andrzej Krajewski, a uczestniczyło w niej około trzydziestu dziennikarzy radiowych i prasowych, wybraliśmy pawilon wystawowy SARP-u na Foksal. Realizujący nagranie Maciej Leszczyński posadził Balcerowicza na tle szklanej tafli okna, za którym znajdował się lekko podświetlony park, a przed naszym gościem ustawiliśmy stolik-jamnik. W ten prosty sposób przełamana została sztywność i oficjalność „urmowskich” konferencji z szarą płaską ścianą w tle i „bufetem” budującym barierę pomiędzy siedzącymi za nim politykami a telewidzami. Na antenie znalazł się czterdziestominutowy skrót konferencji i był to pierwszy tak pełny wykład założeń „planu Balcerowicza”. Później wicepremier pojechał do huty szkła w Krośnie, gdzie musiał stawić czoła niepokojom i lękom załogi. Obszerne sprawozdanie również znalazło się na antenie, spotykając się z żywą reakcją widzów telefonujących do telewizji.
Trzecia próba, wywiad Aleksandry Jakubowskiej i Marcina Zimocha, który miał się odbyć w dekoracji modnego wówczas w stolicy przedstawienia Tamara, był niestety niewypałem. „Awangardowość” pomysłu wyraźnie wykraczała poza granice, które Balcerowicz był gotów przekroczyć, plan zdjęciowy został więc na chybcika przeniesiony do scenograficznie nijakiego gabinetu dyrektora teatru Studio, gdzie wstępne pytanie - czy to pierwszy raz od ponad roku pan premier znalazł trochę czasu, by pójść z żoną do teatru - straciło swój sens.
Szkoda, że te nasze nie zawsze do końca udane próby zadawania przez telewizję pytań w imieniu telewidzów nie znalazły należytej twórczej kontynuacji i zostały zdominowane przez transmisję politycznych sporów oraz kłótni. Winien jest temu w dużym stopniu paniczny strach dziennikarzy przed posądzeniem o stronniczość, tym większy, im oczywistsze jest rzeczywiste zaangażowanie polityczne danego dziennikarza. W tych warunkach o reprezentowaniu interesu społeczeństwa w ogóle nie może być mowy. Pozostają jedynie polityczne parytety, warsztatowa sztampa i pozorna atrakcyjność warczących na siebie polityków. A dziennikarzom, często z ich własnej woli – pozostaje rola tego, który szczuje jednych na drugich, a od czasu do czasu rozdziela przeciwników. Przeświadczenie, że program może być interesujący tylko wówczas, gdy istnieje spór, jest w moim głębokim przekonaniu swoistą komercjalizacją politycznego dyskursu, odwołuje się bowiem do prymitywnej wizji świata, w którym najważniejsze jest kto komu dowali bardziej i czyje będzie na wierzchu.
W pierwszych dniach listopada 1990 roku wystąpiliśmy z propozycją realizacji cyklu programów pod tytułem Niewygodne pytania, w których kandydaci startujący w pierwszych powszechnych wyborach prezydenckich rozmawialiby z dziennikarzami o ważnych dla kraju i jego mieszkańców sprawach - także tych niewygodnych dla poszczególnych kandydatów. W liście do Państwowej Komisji Wyborczej, który znalazł się także na antenie, pisaliśmy: Kampania wyborcza prowadzona w wydzielonych pasmach telewizji polega na reklamowaniu kandydatów na urząd prezydenta RP. Wyborcy nie mają w telewizji żadnej szansy zadania kandydatom zasadniczych pytań o program i wizję Polski. W tej sytuacji telewizja przestaje pełnić funkcję publiczną, staje się wyłącznie narzędziem różnych sił politycznych. Taka zasada funkcjonowania oznacza powrót do skompromitowanej koncepcji telewizji jednokierunkowej i telewizji jednostronnego przekazu koncepcji i haseł propagandowych, bez możliwości wypowiedzenia się społeczeństwa. Sztab wyborczy Tadeusza Mazowieckiego uznał jednak, że nasz pomysł prezentowania kandydatów nie jest dobry i w konsekwencji kierownictwo telewizji wynegocjowało z PKW porozumienie, które ograniczało kampanię w mediach elektronicznych do autoprezentacji.
Po pierwszej turze wyborów, kiedy w ringu pozostali już tylko Wałęsa i nikomu bliżej nie znany Stan Tymiński, wybuchła burza. Prasa zaczęła pokazywać palcem na telewizję, obwiniając ją o dezorientowanie społeczeństwa poprzez nieprawidłowy sposób prezentacji kandydatów. Wyszło na nasze - powstała sytuacja nie sprzyjała jednak uczuciu satysfakcji. Wywołani do tablicy przez Rzeczpospolitą udzieliliśmy (Snopkiewicz i ja) wywiadu, odsłaniając kulisy decyzji kierownictwa telewizji i sztabów wyborczych. Gdy w pięć lat później oglądałem Kandydatów w Dwójce, program, w którym grupa kompetentnych dziennikarzy przepytywała startujących w wyborach, pomyślałem sobie, że - nie przeceniając naszych zasług - chyba jednak warto było się narażać, by Maciej Domański (wówczas dyrektor Dwójki) mógł realizować ten społecznie potrzebny program.
Pierwsze rysy pojawiły się w zespole wraz z wypowiedzeniem przez Lecha Wałęsę „wojny na górze”. To, co miało być na górze, w telewizji szybko przeniosło się na dół. Udawaliśmy, że tego nie dostrzegamy, a jednocześnie lawirowaliśmy pomiędzy Gdańskiem a Warszawą. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, Warszawa podejrzewała nas o sprzyjanie Wałęsie, Gdańsk o sprzyjanie Mazowieckiemu. Adam Michnik, laureat nagrody Wiadomości dla dziennikarza 1990 roku, gdy ocenzurowaliśmy mu wypowiedź, odcinając wyborczy pean na cześć Tadeusza Mazowieckiego, krzyczał na nas przez telefon tak, że się pół Warszawy trzęsło. Każdemu materiałowi przysyłanemu z Gdańska towarzyszyła wymiana pozornie uprzejmej w tonie korespondencji pomiędzy Snopkiewiczem a Marianem Terleckim i rzeczniczką Lecha Wałęsy Barbarą Malak. Gdy w dniu wyborów nadawany z pałacyku MSZ na Foksal Wieczór Wyborczy, którego autorami byli Damian Kalbarczyk i Jan Dworak otrzymywał z Gdańska zamiast obrazu kolorowe pasy kontrolne, zaś Wiadomości Wieczorne weszły na żywo do sztabu Wałęsy, skąd oświadczenie złożył Jacek Merkil, nieufność ze strony ludzi Mazowieckiego osiągnęła swój szczyt.
Gdy Lech Wałęsa został prezydentem-elektem, na „Placu” zaczęli się pojawiać ludzie z Gdańska i nasz prezenter Wojciech Reszczyński, którego wcześniej musieliśmy odsunąć od prowadzenia Wiadomości, zaczął bowiem występować w programach wyborczych lidera Solidarności. Przychodzili, by obejrzeć z bliska, jak wyglądają ich wojenne łupy. Pretekstem dla tych wizyt było ustalenie warunków transmisji z uroczystości objęcia prezydentury. Obok kuriozalnego pomysłu obstawienia kamerami trasy przejazdu prezydenta z sejmu do Zamku Królewskiego - zapewne w oczekiwaniu, że w te grudniowe przedświąteczne popołudnie Warszawa wylegnie na ulice - zaczęły się pojawiać nazwiska osób, które miały zastąpić naszych „skompromitowanych” dziennikarzy. Żeby było „po nowemu” i żeby to „nowe” stało się czytelne dla całego narodu, z Sejmu, zamiast Aleksandry Jakubowskiej i Grzegorza Dziemidowicza, miał prowadzić sprawozdanie Bohdan Tomaszewski, z dziedzińca Zamku Królewskiego Szymon Kobyliński, ze spotkania z prezydentem na uchodźstwie Ryszardem Kaczorowskim - Wojciech Reszczyński. Od początku jedynie na tę ostatnią propozycję mogliśmy się zgodzić.
Na kilka dni przed zaprzysiężeniem prezydenta, by wymusić na nas uległość, na „Placu” pojawił się jego rzecznik prasowy Andrzej Drzycimski, ciągnąc za sobą ogon gdańszczan i Wojciecha Reszczyńskiego, który namaszczony przez nową władzę czuł, że nabiera powietrza w żagle. Gdy niezapraszani goście i nasza ekipa realizująca transmisje zasiedli za długim stołem przystawionym do dyrektorskiego biurka, zaczęła się blisko godzinna dramatyczna rozmowa, w trakcie której próbowałem bezskutecznie wytłumaczyć gościom, na czym polega dziennikarska niezależność i gdzie powinna przebiegać nieprzekraczalna granica pomiędzy światem mediów i światem polityki. I choć rozmowa zakończyła się dla Drzycimskiego fiaskiem, wiedzieliśmy, że mimo wygranej bitwy nasz czas dobiega kresu, że pozostawała jedynie decyzja: czy odejść samemu, czy dać się wyrzucić. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że była to ostatnia demonstracja naszej niezależności, że kończy się kilkunastomiesięczny okres tworzenia podstaw telewizji obywatelskiej, a zaczyna czas telewizji prezydenckiej i kolejnego jej przechodzenia z rąk do rąk.
7 stycznia 1991 roku premier Jan Krzysztof Bielecki odwołał Andrzeja Drawicza i resztę kierownictwa Radiokomitetu, wprowadzając jednocześnie nowego prezesa, którym został gdańszczanin Marian Terlecki. W dwa dni później Snopkiewicz przyjęty został przez premiera i na „Placu” większość odetchnęła z ulgą – taka audiencja w politycznym języku oznaczała, że zmiany dyrekcji nie będzie. Jednak 10 stycznia wydarzył się incydent, który zdecydował o naszym losie. Miałem dyrektorski dyżur, gdy około dziesiątej wieczorem depeszowiec przyniósł mi informację PAP-a na temat spotkania prezesa Terleckiego z posłami okrojonego już wówczas Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. W trakcie spotkania prezes zażartował sobie, że około osiemdziesięciu procent dziennikarzy zatrudnionych w Wiadomościach to ludzie licytujący się, do jakiej należą frakcji – Kiszczaka czy Moczara. Zrobiłem więc z tego informację i dałem Tomaszowi Lisowi do odczytania w Wiadomościach Wieczornych, informując o tym telefonicznie Jacka Snopkiewicza. Od tej chwili byłem już absolutnie pewny końca mojej telewizyjnej przygody. Nie przypuszczałem jednak, że po naszym odejściu tak szybko nastąpi upartyjnienie dziennikarskiej ferajny, która nie znajdując oparcia w szefach, zacznie go szukać u polityków różnej maści, i że pierwszy sygnał do tego dadzą te koleżanki i ci koledzy, których ponad rok wcześniej, pracując w komisji powrotów, gorąco namawiałem, by wrócili budować nową niezależną telewizję.
Tak zakończył się nasz "karnawał Wiadomości", który trwał do listopada 1989 do połowy stycznia 1991, i minął tak szybko, że nie zdążyliśmy nawet dokonać rachunku zysków i strat w naszych różnych rolach - obywateli, dziennikarzy, pracowników TVP i prywatnych osób. Czas refleksji przyszedł później. Po latach, z myślą o wszystkich dziennikarzach pracujących w programach informacyjnych telewizji publicznej i mediów komercyjnych chciałbym się podzielić przynajmiej dwiema refleksjami.
Po pierwsze: wiedząc więcej nie zawsze wie się lepiej. A nawet widzi się wiele rzeczy gorzej. Wszyscy mamy w głowach twarde dyski o ograniczonej pojemności. Gdy zapełnimy je szczegółami, wiedzą tajemną, dostępną tylko dla wybranych, świadomością istnienia przeróżnych zależności oraz niebezpiecznym poczuciem przynależenia do świata wybranych, na dyskach zaczyna brakować miejsca na refleksję i dystans, a nawet na chęć spojrzenia z różnych perspektyw, zwłaszcza tej najważniejszej - perspektywy normalnego człowieka. Sygnałem, że coś z nami może być nie tak, jest pojawiające się coraz częściej zniecierpliwiwienie wobec ludzi widzących sprawy inaczej niż my. Zaczynamy mówić lub myśleć "gdybyś wiedział to, co ja wiem, nie gadałbyś takich głupot" i nie dopuszczamy do siebie myśli, że nasz rozmówca może widzieć pewne rzeczy jaśniej. Ta przypadłość dotyka nie tylko dziennikarzy ale również polityków.
Po drugie: nie mamy tak wielkiej władzy, jak nam się wydaje, natomiast mamy władzę, z której potęgi oraz skutków często nie zdajemy sobie sprawy. Wbrew pozorom nie ma w tym zdaniu sprzeczności. Jego część pierwsza odnosi się do dziennkarzy, którym wydaje się, że od tego, komu łaskawie podsunął pod nos sitko mikrofonu, na kogo skierują obektyw kamery lub kogo zaproszą do studia, zależy nie tylko los osoby tak wyróżnionej ale także jakiejś sprawy, może kraju a nawet świata. To, co niby w soczewce, rozgrywa się na korytarzach sejmu, w miejscu gdzie krzyżują się główne szlaki parlamentarnych wędówek zwierzyny i myśliwych (przy czym dziennikarze i politycy występują w tych rolach przemiennie), nie jest niczym innym, jak operą buffo. Ten rodzaj władzy kończy się z chwilą, gdy pracodawca wyjmuje dziennikarzowi z ręki sitko mikrofonu. Część druga zdania dotyczy odpowiedzialności za słowo - za każde słowo wypowiedziane i wpuszczone w medialną przestrzeń. Słowami można zranić, można też zabić, często powtarzanymi można napędzić koniunkturę lub spowodować kryzys o trudnych do przewidzenia skutkach. I nie ma znaczenia czy są to słowa prawdziwe czy kłamliwe, bo groźne są tak jedne, jak i drugie. Z tym, że te drugie są w dodatku obrzydliwe.
Kazimierz Żórawski
Tekst jest fragmentem przygotowywanego do druku III wydania podręcznka dla dziennikarzy informacyjnych "Długi stół". Na załączonym zdjęciu, wykonanym 18.11.1990 roku, w rocznicę nadania pierwszych "Wiadomości". stoją od lewej: Edward Pałłasz, Ignacy Rutkiewicz, Jan Dworak, Stefan Kisielewski, Bronisław Geremek
Tagi:
O nas...
Od lewa do prawa - stale aktualizowany przegląd politycznych i naukowych wydarzeń krajowych oraz wybór felietonów dziennikarskich. The World Opinion - stale aktualizowany przegląd wydarzeń i opinii światowych (ang.).
Do redakcji można pisać
na adres studioopinii@gmail.com
Znajdziesz nas także pod adresami:
studioopinii.org
studioopinii.net
studioopinii.eu
studioopinii.com
oraz (zawsze czynny):
Cytat, który obiecujemy brać pod rozwagę:
Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Św. Tomasz z Akwinu
Komunikat: Redakcja informuje uprzejmie, że w żaden sposób nie cenzuruje merytorycznie komentarzy do artykułów. Jedyna ingerencja może polegać wyłącznie na ewentualnym usunięciu słów powszechnie uznawanych za obelżywe lub nieprzyzwoite oraz "mowy nienawiści". Większość nowych tekstów ukazuje sią najpierw na górze strony głównej, w dziale OSTATNIO NADESŁANE, by nieco później - na ogół następnego dnia - trafić do właściwego działu merytorycznego. Komentarze wpisane do OSTATNIO NADESŁANYCH nie są ze względów technicznych przenoszone w nowe miejsce.
|
POLECAMY |
|
|
|
|
|
|
|
|
Stale publikują m. in. |
|
| Stefan Bratkowski | |
| Roma Przybyłowska | |
| Ernest Skalski | |
|
Andrzej Lubowski (USA)
|
|
|
|
|
| Mirosław Malcharek | |
|
Bogdan Miś |
|



W tej - czyli lewej - szpalcie znajdziecie zawsze charakterystyczny kolaż-rysunek Mirka Malcharka, który stanowi swoiste wrota do kolejnego jego komiksu (?) politycznego. Nowość co tydzień!



