(krótki wykład, jak to się robi)
Żeby "IV Rzeczpospospolita" znów ruszyła, musi ją zagrzać do boju historycznymi, gruzińskimi sukcesami prezydent Lech Kaczyński, dzielnie broniący ostatniej reduty prawdziwych pisowskich patriotów, okupujących media publiczne („Rzeczpospolita" w 49 % również należy do Skarbu Państwa, ale ten szczegół możemy tu pominąć łaskawym milczeniem).
Najpierw do ataku wysyła się Macieja Rybińskiego. To urodzony zagończyk, na codzień występujący w szlachetnej roli błazna. Kiedyś przyznał publicznie, że w stanie wojennym, mocno na bani, na znak protestu, razem z przyszłym prezydentem Kwaśniewskim (a wówczas kolegą ze studenckiego, ale reżimowego "ITD") - obsikał Dom Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Po czym długo uciekał z obawy przed ZOMO – aż na emigrację. Jest odważny: nie boi się diagnozy psychologa, że dziś, niezależnie od tych bolesnych doświadczeń z opozycyjnego podziemia, próbuje po latach uporać się z głęboko przeżytym dawnym strachem.
Pisze: „Każdy, kto moralne wsparcie dla Gruzji pustoszonej przez imperialne mocarstwo nazywa demolowaniem polskiej polityki zagranicznej, jest dla mnie rosyjskim agentem wpływu". I dalej: "W momentach, w których zagrożone są interesy Rosji, agenci rosyjscy ujawniają się sami. Wystarczy wsłuchać się uważnie w rozkład akcentów w publicznych wypowiedziach na temat Gruzji, tarczy antyrakietowej czy rury bałtyckiej... aby mieć mniej więcej pojęcie o związkach wypowiadającego się z aparatem informacji, dezinformacji i propagandy rosyjskiej". Co więcej: "subtelna analiza może nawet pozwolić na odróżnienie etatowca od ochotnika i stypendystę od bezinteresownego miłośnika".
Jakże pojemna jest ta formuła "agenta wpływu"! Mieści nie tylko Żakowskiego, Rakowieckiego, Popowskiego, którzy publicznie krytykowali gruzińską wyprawę Prezydenta, a przede wszystkim jego wojenną retorykę w stylu "wodzu prowadź na Kowno". Mieści praktycznie każdego, kto w sprawach polityki zagranicznej ma inne zdanie niż Prezydent, PiS i jego błazen. Na upartego - także premiera Tuska (który wysłał z Kaczyńskim ministra spraw zagranicznych, aby pilnował Prezydenta i nie dał mu narobić głupstw). Nie mówiąc już o samym Sikorskim.
Sikorski w wywiadzie dla "Dziennika" przedstawił zupełnie sensowną, pragmatyczną koncepcję polskiej polityki zagranicznej, wolną od pustych gestów i słów, które ładnie wpisują się w hasła kolejnych przegranych polskich powstań, ale nie mają żadnej siły sprawczej poza hałasem... To, czego bronił Sikorski, było nieomal stuprocentową odwrotnością tego co, z kolei mówił Lech Kaczyński w wywiadzie dla „Newsweeka". I było to, jak zderzenie dwóch światów, dwóch cywilizacji: wieku XXI z wiekiem XIX. Ale to Kaczyńskiego Rybiński czyni miarą wszechrzeczy. Takie jest zadanie.
Ofensywę IV Rzeczpospolitej w „Rzeczpospolitej“ (biedny Darku Fikusie daruj im, bo nie wiedzą co czynią - choć pewnie wiedzą to doskonale) rozwinie dalej, w sukurs Rybińskiemu, niezłomny Bronisław Wildstein – kolejny reemigrant, sędzia tych, co nie wyjechali, główny lustrator i inkwizytor IV RP. "Agentów wpływów" zastąpi "rosyjską partią w Polsce", a nawet odważnie pozwoli sobie na zawoalowaną, "wewnętrzną" polemikę z nazbyt łagodnym w swoich ocenach Rybińskim.
Zdemaskuje raz jeszcze system, z którego wyjechał, ale, jak przystało na prawdziwego Robespierra IV RP, ujawni najgłębiej skrywaną "oczywistą oczywistość" III RP (której małowierny Rybiński jednak nie dostrzegł), że: "Agenci to mniejszość partii rosyjskiej. Oprócz w różnym stopniu uwikłanych, tworzą ją ludzie powodowani prostym interesem, a wreszcie spora liczba użytecznych, a tchórzliwych idiotów, którzy uznają, że chowanie głowy w piasek to rozumna strategia. Trzeba jednak pamiętać, że partia rosyjska istniała w Polsce zawsze, a i dziś ma solidny fundament". Tylko patrzeć w Internecie jakiejś listy z nazwiskami, pewnie przecieku z Aneksu Macierewicza.
W finale akcji będzie inteligentnie łagodził efekt Igor Janke. W prawicowej "Rzeczpospolitej" - trochę jak Miedwiediew przy Putinie – gra rolę oświeconego liberała. W artykule "Polityka symboli i emocji" pisze m.in : "Są obrazy z historii, które na długo zapadają nam w pamięć. Które kreują naszą świadomość, które są punktem odniesienia, wywołują ciągle emocje, wobec których jakoś się określamy.(..) Te obrazy – symbole przetrwają i mają dziś większe znaczenie dla budowania świadomości społecznej niż dziesiątki politycznych uchwał". Bo tak należy odbierać twarde słowa Kaczyńskiego i jego obraz na wiecu w Gruzji.
To nie sama propaganda megalomanii, wodzów i własnej. Tak zniekształca się rzeczywistość. Przez dwa lata mielismy Premiera 1000-lecia, teraz pewnie Prezydentem 1000-lecia zostanie jego brat. Na szczęście, ta rzeczywistość potrwa, jak skrupulatnie wylicza na swoich blogach Waldemar Kuczyński, tylko siedemset kilkadziesiąt dni (do końca kadencji Kaczyńskiego). Jest szansa, że do tej pory Prezydent nie zdąży już ruszyć kucykiem na Moskwę...
J23