Lilia Szewcowa: Wyzwanie Rosji

2008-08-29 18:47

Rosyjskiej klasie politycznej, tej rządzącej, świetnie udało się jedno: skutecznie wykorzystała politykę zagraniczną dla umocnienia swojej władzy. Stało się to możliwe m.in. dzięki temu, że potrafiła narzucić własną wizję, w której to jej interesy zostały uznane za narodowe, a sam Zachód został wmanewrowany w sytuację, w której – w pewnym sensie - stał się gwarantem trwałości stworzonego przez nią systemu autorytarnego.

Ciekawe jest pod tym względem stanowisko rosyjskich liberalnych-demokratów. Wywodząca się z tych kręgów opozycja, choć tak zatomizowana i rozdrobniona, potrafiła sformułować swój negatywny stosunek zarówno do istniejącego systemu politycznego, jak i do tej formy kapitalizmu, jaka ukształtowała się w Rosji. Owszem, nadal występują różnice w podejściu do tego, jakie w istniejącej sytuacji powinny być drogi „wyjścia”. Ale – co również trzeba docenić – konkretna debata w tych sprawach już się rozpoczęła...

Liberałowie w chórze imperialistów

Wszystko to ma jednak jeden zasadniczy minus: w ogóle nie dotyczy polityki zagranicznej i jak dotąd liberalno-demokratycznej opozycji nie udało się wypracować żadnego spójnego stanowiska w sprawie strategii rosyjskiej, która definiowałaby narodowe i państwowe interesy Rosji, jej rolę i miejsce na scenie światowej, stosunki z Zachodem oraz z jej sąsiadami. Pojedyncze głosy liberalnych publicystów są zagłuszane przez chór nacjonalistów, izolacjonistów i imperialistów, którzy praktycznie zdominowali środowiska ekspertów i polityków.

Co więcej, nawet najwięksi liberałowie – tak radykalni, gdy mówią o wewnętrznych problemach Rosji - natychmiast o tym zapominają i stają się konserwatywnymi tradycjonalistami, kiedy zaczyna się rozmowa o NATO, Kosowie, państwach bałtyckich, Ukrainie, Gruzji i – oczywiście - USA. W rezultacie okazuje się, że niemała część liberalno-demokratycznego spectrum politycznego mimo woli staje się elementem wsparcia tradycyjnego państwa. I jest to groźne, bowiem bez sformułowania takiej liberalnej koncepcji rosyjskiej polityki zagranicznej nie możliwym będzie również nadanie Roji liberalno-demokratycznego kierunku rozwoju i modernizacji. Mało tego - jest to niezbędne nie tylko dla naszych liberałów, ale również dla pragmatyków wewnątrz rządzącej klasy, którzy już zaczęli zdawać sobie sprawę ze znaczenia tych problemów i mówią o kosztach, które będzie musiało ponieść państwo za kontynuację obecnego kursu polityki zagranicznej.

„Russia is back!” - „Rosja podnosi się z kolan”

Kremlowscy propagandziści dumnie głoszą, że największym osiągnięciem epoki putinowskiej było zapewnienie Rosji pozycji „samodzielnego centrum siły, suwerennego w swoich poczynaniach”. Również w nowej koncepcji polityki zagranicznej Federacji Rosyjskiej, aprobowanej przez prezydenta Dmitrija Miedwiedewa, zapisano, iż „pozycja Rosji w świecie uległa wzmocnieniu”, a to oznacza również konieczność „wzrostu jej odpowiedzialności za to, co się dzieje w świecie”.
I rzeczywiście. Możemy mówić o wzmocnieniu pozycji Rosji, ale – przynajmniej do czasu ostatniego konfliktu gruzińskiego – głównie, jako swego rodzaju hamulcowego, który częściej blokuje decyzje Zachodu, niż realizuje własne. I nawet nie umie wykorzystać swojego prawa weta, z którego tak skutecznie korzystają inni – na przykład Chiny. To prawda - naszym elitom świetnie udało się wykorzystać zasoby, kryjące się w polityce zagranicznej, dla reprodukcji swojej władzy. Potrafiły też przedstawić własne interesy za narodowe, czyniąc w ten sposób Zachód gwarantem autorytarnego systemu...

Strategiczne eksperymenty

Wyjaśnijmy jednak. Kreml próbował już różnych modeli mających zapewnić mu międzynarodową pozycję. W latach 90-ch oraz na etapie wczesnego Putina klasa polityczna usiłowała wmontować Rosję w ramy systemu zachodniego, tyle że ze swoim „regulaminem”, co z góry było skazane na klęskę. W końcu jaka cywilizacja zgodzi się inkorporować obce ciało? Dlatego, poczynając od 2004 – 2005 roku, elita zaczęła eksperymentować z nowym modelem „przetrwania“. Siergiej Ławrow przedstawił ideę tzw. światowej „trójki” – USA, UE i Rosji - która „będzie mogła sterować światową nawą”. W nowej koncepcji polityki zagranicznej idęę tę zapisano, jako „równoprawne współdziałanie Rosji, UE, USA”. Zgodnie z tymi założeniami, forsowanymi przez Kreml, świat dawniej podzielony na bloki, powinien przejść do „dyplomacji sieciowej”. Oznaczałoby to uwolnienie się od długoterminowych zobowiązań, co Waszyngtonowi powinno przypaść do gustu.

Ponowoczesność po kremlowsku

Architekci z Kremla proponują światu taką ponowoczesność, która łączy w sobie powrót do ładu jałtańskiego i idei równowagi sił, w ramach partnerstwa Zachodu i Rosji, a jednocześnie przy zachowaniu zasady nieingerencji Zachodu w wewnętrzne sprawy Rosji oraz jej strefy wpływu. Krótko mówiąc, chodzi o powrót do geopolityki, tyle że bez wektora wartości (i na tym właśnie ma polegać „deideologizacja“, o której mówi Miedwiedew).

Moskwa proponuje zachodniej cywilizacji: „dawajcie, będziemy grać według zrozumiałych pojęć“. W ten sposób jednak rządząca ekipa usiłuje - a przynajmniej dotąd usiłowała – połączyć w polityce zagranicznej to, co w żaden sposób połączyć się nie da: być razem z Zachodem i - jednocześnieć - przeciwko niemu. Czyli chce powtórzyć schemat sprawdzony w kraju, w polityce wewnętrznej, gdy usiłowała skrzyżować ze sobą dwie wykluczające się instytucje: wybory z jedynowładztwem.

 

Pragmatyzm ponad wszystko

Cel tych działań jest oczywisty: rządząca klasa polityczna pragnie korzystać z dóbr świata zachodniego, odrzucając jednocześnie jego standardy. Taki model działa na zasadzie: pragmatyzm ponad wszystko, zasady – niczym. Moskwa może więc do zachrypnięcia bronić całości Serbii, a jednocześnie za nic mieć zasadę integralności Gruzji i grozić rozłamem Ukrainie. Co więcej, korzystając z dezorientacji zachodniego świata, Kreml potrafił wykorzystać Zachód w polityce wewnętrznej jako instrument legitymizacji reżimu politycznego.

Zaszokowany awanturnictwem rosyjskiej ekipy rządzącej Zachód, niespodziewanie dla siebie, stał się faktycznie czynnikiem gwarantującym trwałość obecnego systemu, klasy jego największych beneficjentów, pierwotnego modelu kapitalizmu oraz autorytarnej władzy, która swoją siłę buduje na retoryce antyzachodniej. Mówiąc inaczej: Kreml potrafił wykorzystać liberalno-demokratyczną cywilizację dla wsparcia antyliberalnego fenomenu, zagrażającego interesom Zachodu, demoralizującego jego biznes i klasę polityczną. Sprawa z łapówkami w koncernie „Siemens” w Rosji, kooptacja zachodnich polityków w szeregi rosyjskich biurokratów – to tylko niektóre przykłady tego, jak rosyjska klasa polityczna przebija pancerz zachodniego purytanizmu.

O umiejętności strzelania sobie w nogę

Na ile strategia ta była skuteczna? Początkowo wydawało się, ze Zachód przyjął rosyjskie zasady gry. Zabiegi zachodnich liderów, aby nie irytować Kremla, wciągnięcie Schroedera, Berlusconiego, Chiraka, Prodiego, a od niedawna także Sarkoziego w system nieformalnych zobowiązań w relacjach z Kremlem – wszystko to mogło świadczyć, że Zachód się poddał. Deklaracje Busha o tym, że w Rosji „nie ma nawet grama demokracji” wydawały się potwierdzać, że nawet misjonarska Ameryka gotowa jest przyjąć Rosję taką, jaką jest. Co więcej, jeszcze nie tak dawno, gdy przywódcy mniejszych krajów zaczynali krytykować specyficzną „rosyjską demokrację“, dostawali po uszach od Chiraka i innych adwokatów Kremla.

Putinowskie ostrzeżenia, adresowane do Zachodu, że Kreml nie będzie tolerować żadnej krytyki naruszania w Rosji reguł demokracji, były najzupełniej zbędne. Liderzy zachodni nawet o tym nie myśleli i ani razu nie wystąpili z jakimiś poważniejszymi pretensjami pod adresem Moskwy. Wyjątkiem jest może Angela Merkel, która ze względu na własną biografię nie tylko rozumie dramat rosyjskiego postkomunizmu, ale także szuka instrumentów, pozwalających jakoś wpływać na niego. Sęk w tym, że niemiecka kanclerz sama ma ograniczone możliwości działania ze względu na zobowiązania koalicyjne, a także interesy niemieckiego biznesu, który wymaga od Berlina, aby zapewnił mu korzystne warunki działania na rynku rosyjskim.

 

Zachód się budzi

I wszystko było by wspaniale, gdyby Kreml – który uznał, że zachodnich mięczaków można po prostu ignorować - nie zaczął praktycznie sprawdzać, jakie są granice ich wytrzymałości; presją „Gazpromu”, ignorowaniem UE, „lekcjami” w stosunku do Gruzji, Estonii, Ukrainy. Przemówienie Putina w Monachium było ostatnią kroplą, która przebrała miarę i zmusiła Zachód do reakcji. Niezależność Kosowa, decyzje o rozmieszczeniu tarcz przeciwrakietowych w Polsce i Czechach, rozszerzenie NATO na Wschód – to była odpowiedź Zachodu na hasło „Russia is back!”. I żeby wszystko było jasne: to sam Kreml zmusił świat Zachodu, żeby zaczął odbierać Rosję jako wyzwanie. I już żadne uściski Berlusconiego i pomrugiwania Sarkozyego tego procesu nie mogą powstrzymać. Skuteczna, jak się wydawało, taktyka Kremla obróciła się w ciąg jego porażek, które mogą mieć strategiczny sens, wypychając Rosję w poza systemowy obszar.

 

Imperialna mydlana bańka

Tymczasem, jest już rzeczą jasną, że sztandarowe hasło Kremla - Rosji jako jednego ze światowych centrów siły - to zwykła bańka mydlana. I nawet nie w tym rzecz, że rosyjski budżet zbrojeniowy jest 25 razy mniejszy od amerykańskiego. Ważniejsze (i groźniejsze) jest to, że dzięki wysiłkom rządzącej elity Rosja już stała się surowcowym przydatkiem krajów rozwiniętych krajów oraz ich dłużnikiem.

O jakiej suwerenności może być mowa, kiedy korporacyjny dług Rosji wobec banków zachodnich wynosi już 490 mld dolarów i jest równy wielkości jej rezerw walutowych. I to w czasie, gdy stabilność rosyjskich finansów tak bardzo zależy od kursu dolara i stopy procentowej Rezerw Federalnych w USA, a w ostatecznym wyniku - od tego, kto zostanie wybrany kolejnym prezydentem USA?

Czy może być globalnym graczem kraj, którego dobrobyt zależy od wpływów ze sprzedaży ropy i gazu (63,7% rosyjskiego eksportu)? I w ogóle, jak można marzyć i myśleć o budowaniu wokół siebie jakiejś własnej „galaktyki politycznej“, gdy nawet najbliżsi sojusznicy Rosji – Białoruś i Armenia – zaczynają szukać bardziej atrakcyjnych centrów ciążenia.

 

Kissinger contra Brzeziński

Jaka będzie dalsza reakcja Zachodu na działania jego „surowcowego dodatku“, mającego wielkie ambicje, aby uczestniczyć w rządzeniu światem - na razie nie jest jasne. W większości państw zachodniej wspólnoty do władzy doszli polityczni pigmeje, którzy mają kłopoty ze strategicznym postrzeganiem światowej polityki. Zachód musi wybierać pomiędzy paradygmatami, zaproponowanymi przez dwóch wielkich polityków – Kissingera i Brzezińskiego. Pierwszego - przyjmują na Kremlu z honorami, drugiego - nie znoszą i uważają za największego wroga Rosji.

Kissinger, zgodnie ze swoją ulubioną Realpolitik, wzywa, aby nie „przesadzać z próbami oddziaływania na polityczną ewolucję Rosji”. Brzeziński wprost przeciwnie - radzi Zachodowi, aby „stwarzał zewnętrzne warunki“, które uświadomią Kremlowi, że demokracja i demokratyzowanie kraju leży także w jego interesie. Jaką pozycję zajmuje sam Kreml - wiadomo. Warto byłoby więc jedynie przypomnieć, że właśnie ów „realizm“, do jakiego wzywa Kissinger, zakończył się kryzysem w naszych relacjach. Pytanie więc, czy Zachód potrafi teraz znaleźć formułę, która wykorzysta „opcję“ Brzezińskiego?

 

Dylemat Miedwiediewa

Po zmianie gospodarza Kremla Zachód zajął pozycje wyczekującą, mając nadzieję na zmianę retoryki i kursu. Jednak pierwsze kroki Dmitrija Miedwiedewa w polityce zagranicznej wywołały na Zachodzie trudne do ukrycia rozczarowanie, co jest najlepszym dowodem, jak mało zachodni politycy i obserwatorzy rozumieją logikę kremlowskich korytarzy. Przecież, aby zbudować swoją rzeczywiście mocną pozycję w oczach Rosjan i rosyjskiej elity władzy, Miedwiedew – niezależnie od jego światopoglądu – i tak będzie musiał kontynuować politykę swego poprzednika zapisaną w haśle o „Rosji podnoszącej się z kolan“. I na tym polega główny dylemat Miedwiediewa: bez korekty antyzachodniej polityki zagranicznej nie ma mowy o jakiejkolwiek liberalnej korekcie polityki wewnętrznej. I koło się zamyka…

Liberalny program dla Rosji

Sądzę, że dla kształtowania liberalnego poglądu na rolę Rosji w świecie potrzebne jest uświadomienie sobie czterech rzeczy.

Po pierwsze: trzeba oddzielić interesy reżimu politycznego Rosji od jej interesów narodowych. Przy takim założeniu rosyjską politykę zagraniczną należy oceniać zależnie od tego, czy gwarantuje ona transformację i modernizację kraju, czy też służy utrzymaniu status quo. Powtarzane jak mantra, że „Rosja wstaje z kolan”, albo znane i często cytowane powiedzenie George Kenana (autora doktryny powstrzymywania ZSSR): „niech ruscy po swojemu rozwiązują swoje problemy”, wskazują na jedno i to samo zjawisko: mamy do czynienia z obrońcami tradycyjnego państwa. A takich jest niemało – i to zarówno z rosyjskiej, jak i z zachodniej strony. Co więcej, wielu z nich, głosząc hasła budowania stosunków między Zachodem i Rosją na bazie interesów, nawet nie podejrzewa, że w ten sposób pomagają trzymać Rosję w XIX wieku.

W tym kontekście pozornie skuteczna „dyplomacja rury”, jaką uprawia Kreml - jest w istocie sprzeczna z interesami Rosji. Pojawia się bowiem pytanie: czym wypełnić „rurę” i jak rozwiązać problem deficytu gazu na wewnętrznym rynku; na ile agresywność „rury” jest w stanie doprowadzić do zjednoczenia Europy przeciwko Rosji; w czyich interesach wykorzystywane są dywidendy.

Po drugie: Rosji nie da się zreformować bez wsparcia Zachodu i bezpośredniego włączenia jej w przestrzeń euroatlantycką. Pójście w kierunku „samodzielnego centrum władzy” stało się wygodnym rozwiązaniem dla elity, która pomyślnie wyrównała swój standard życia ze standardami zachodnimi, blokując jednocześnie podniesienie tych standardów reszcie społeczeństwa. Jasne jest też, iż nie ma szans na to, by Zachód, który z wielkim trudem usiłuje „przetrawić“ przyłączoną do niego Europę, zajął się również reedukacją Rosji. I tak samo trudno jest sobie wyobrazić, że sama Rosja nagle zgodzi się zrezygnować z części suwerenności i zacznie stosować się do biurokratycznych wymogów UE. Ale w takiej samej sytuacji były kiedyś, i Niemcy, i Francja, którym kiedyś również było trudno wyobrazić sobie, że zmienią swoje tradycyjne postrzeganie własnej państwowości. A czy USA mogły pomyśleć, że kiedyś staną wobec problemu mniejszych państw członkowskich NATO, stawiających swoje żądania i blokujących amerykańskie interesy?

Konkludując: nastaje czas, kiedy niemożliwe staje się możliwym i nieuchronnie zbliża się moment, kiedy szeroko rozumiane bezpieczeństwo – Rosji oraz Zachodu – będzie wymagało od nich integracji. Problem w tym, jak sformułowany zostanie główny cel i czy będzie wola polityczna, aby go realizować.

 

Nadzieja w integracji

Dla Rosji integracja z Zachodem jest jedynym wyjściem ze ślepego zaułka, z którego samodzielnie nie może się wydostać. Prawdopodobnie integracja oznaczałaby przeobrażenie i UE, i NATO. Zapewne też za taką integrację obie strony musiałyby zapłacić. Ale warto też zdawać sobie sprawę, podejmując się takiego zadania, że nie cel będzie najważniejszy, ważnym będzie sam proces. W jego rezultacie powstać może wspólnota całkiem nowego typu, którą dziś trudno sobie nawet wyobrazić. Jednak, aby proces ten się rozpoczął, potrzebna jest gotowość Rosji do przyjęcia standardów cywilizacji liberalnej, tak radykalnie różniących się od rosyjskiego „modelu demokracji”. Zachód ze swojej strony powinien być gotowy do realizacji takiej misji i mieć dużo cierpliwości. Jeżeli Zachód zaproponowałby Rosji wejście w struktury NATO i UE, byłby to strategicznie przełomowy krok ze strony Zachodu, który zaskoczyłby naszych budowniczych wspólnoty na antyzachodniej podstawie.

Dlaczego Zachód nie wpadł jeszcze na ten pomysł? Zapewne zadecydował brak wyobraźni i niedostatek myślenia strategicznego. Z drugiej jednak strony, żeby Zachód zaczął myśleć o takim kroku, w Rosji powinny pojawić się siły, które byłyby zdolne nie tylko artykułować idee integracji, ale i przekonywać społeczeństwo o tym, że jest ona jedyną gwarancją sukcesu rosyjskiej modernizacji. Co więcej, włączenie Rosji do wspólnoty zachodniej może być jedynym sposobem jej wpływu na Zachód – z wewnątrz, a nie od zewnątrz. Jeżeli Polska i Grecja potrafiły poprzez integrację podnieść swoją rangę w świecie, dlaczego Rosja nie może wzmocnić swojej, nie za pomocą przeciwstawiania siebie cywilizacji liberalnej, a poprzez włączenie się w nią?!

 

Kto się boi NATO

Po trzecie: trzeba wytłumaczyć społeczeństwu, dla kogo i dlaczego wygodna jest demonizacja zachodnich struktur. I w pierwszej kolejności - NATO. Pakt ten rzeczywiście jest wrogiem, lecz nie Rosji, rozumianej jako państwo, lecz jej klasy politycznej, dla której przesunięcie strefy NATO do granic Rosji oznacza zrujnowanie podstaw ustrojowych, na których klasa opiera swoją pozycję i których stara się bronić. Dziś NATO, mimo wszystkich swoich błędów, bardziej wydaje się być propagatarem demokratycznych wartości, aniżeli niż paktem wojskowym. I im bardziej nasza elita walczy z NATO oraz straszy jego potencjalnych członków, tym bardziej wzmacnia ich odruch obronny, zmuszając swoich sąsiadów do szukania ochrony przed Rosją właśnie pod parasolem NATO.

Konkludując: Integrację naszych sąsiadów ze strukturami Zachodu trzeba rozpatrywać jako pomost do cywilizacji liberalnej, który także Rosji powinien ułatwić ruch w tym kierunku. Nawiasem mówiąc, podejście Ukrainy i Gruzji do integracji z Zachodem może stać się kryterium przynależności do liberalno-demokratycznego obozu, a wszyscy ci, którzy dowodzą, że wejście Ukrainy i Gruzji do NATO jest niebezpieczne dla Rosji, grają na korzyść tradycjonalistów.

 

Między „misją“ i „realizmem“

Po czwarte: rosyjscy liberałowie nie powinni czuć się niezręcznie, krytykując Zachód, przede wszystkim w przypadkach, kiedy Zachód w imię swoich bieżących interesów gotów jest prowadzić politykę pobłażania w stosunku do rosyjskiej klasy rządzącej Liberałowie powinni dostrzegać niebezpieczeństwo uproszczonego stosunku do Rosji części sił zachodnich sił – zarówno prymitywnej „promocji demokracji” (co może jedynie skomplikować życie demokratów w Rosji), jak i „realizmu”, który oznacza w stosunkach z rosyjską elitą rezygnację z ważnych kryteriów etycznych, w imię spełnienia egoistycznych interesów Zachodu.

Tagi:

Wyszukiwanie

O nas...

Promocja


Do redakcji można pisać

na adres studioopinii@gmail.com

 

Cytat, który obiecujemy brać pod rozwagę:

Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.

Św. Tomasz z Akwinu

Komunikat: Redakcja informuje uprzejmie, że w żaden sposób nie cenzuruje merytorycznie komentarzy do artykułów. Jedyna ingerencja może polegać wyłącznie na ewentualnym usunięciu słów powszechnie uznawanych za obelżywe lub nieprzyzwoite oraz "mowy nienawiści". System zarządzania witryną (niezależny od nas) jest jednakże skonstruowany w taki sposób, że niektóre wpisy pojawiają się niekiedy z opóźnieniem, czasami - z nieznanych nam przyczyn - znacznym. Choć nie ma w tym naszego działania - przepraszamy zirytowanych. Jednocześnie informujemy, że większość nowych tekstów ukazuje sią najpierw na górze strony głównej, w dziale OSTATNIO NADESŁANE, by nieco później - na ogół następnego dnia - trafić do właściwego działu merytorycznego. Komentarze wpisane do OSTATNIO NADESŁANYCH nie są ze względów technicznych przenoszone w nowe miejsce.

POLECAMY

Dołączył do nas Jan Winiecki. Szukajcie jego felietonów w prawej szpalcie.

Sławek Popowski: kapitalny esej o Gorbaczowie; arcyciekawe!

Stefan Bratkowski zastanawia się: czy możemy zbudować solidny ustrój

Na stronie KULTURA uruchamiamy rubrykę PRÓBY LITERACKIE. Czytajcie Mikołaja Fajfera.

W witrynie pojawiło się Ilustrowane Radio Niny Nowakowskiej. Obejrzyj, posłuchaj!

Chcesz zostać dziennikarzem? Nie wiesz, jak pisać? Poczytaj rady fachowca...

Ważne przemyślenia George'a Friedmanna: prognoza na nasze stulecie

Zajrzyj do działu CYWILIZACJA. Jest co poczytać i obejrzeć!

Obejrzyj naszą telewizję (tak, tak - uruchomiliśmy własną). A w niej gościnnie EuroparTV! Nie wiesz co to?
Obejrzyj! 

Ważny tekst dr Andrzeja Ehrlicha o (nie)sprawności zarządzania w Polsce. Są przykłady! Dr Ehrlich pisze także o pracy tłumacza

 

 

 

PONADTO...

Stefan Bratkowski otworzył nowy cykl błyskotliwych porad dla tych, którzy nie wiedzą, że nic się nie da zrobić

Jacek Pałasiński podejmuje gorący temat o gazie

Ernest Skalski o Gorbaczowie


Sławomir Popowski
pisze o innym Stalinie

 

Aleksander J. Wieczorkowski demoluje Telekomunikację Polską oraz Netię


 

Lilia Szewcowa

Lilia Szewcowa, czołowy ekspert moskiewskiego Centrum Carnegie, to „najwyższa półka” rosyjskich politologów. Niedawno zaliczona została do grona 100 najbardziej wpływowych intelektualistów świata. Wiosną br. uczestniczyła w debacie „Autorytaryzm i autorytety”, zorganizowanej w Warszawie przez Fundację Centrum Prasowe dla Krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Jest autorką m.in. wydanych w języku angielskim i cieszących się dużym uznaniem książek: „Putins Russia” oraz „Russia. Lost in transition”.

Tekst Lilii Szewcowej ukazał się w moskiewskiej „Nowej Gazecie“ tuż przed wybuchem konfliktu gruzińsko-rosyjskiego na Kaukazie. Konfliktu – który już dawno przestał być wojną o charakterze lokalnym i coraz wyraźniej widać jego wymiar geopolityczny. Mimo wszystko zdecydowaliśmy się na przedruk tego artykułu, uznając, iż jest on ważny, jeśli chcemy zrozumieć rosyjską politykę zagraniczną i jej mechanizmy. Bez tego Zachodowi – a więc i nam - na pewno nie uda się wypracować żadnej sensownej, długofalowej strategii, która byłaby odpowiedzią na rosyjskie wyzwanie.

Już po opublikowaniu swojego tekstu w moskiewskiej gazecie, Lilia Szewcowa udzieliła wywiadu Radiostacji „Echo Moskwy“, w którym odniosła się do wojny na Kaukazie. Pisemny zapis tego wywiadu przysłała nam e-mailem do „Studia Opinii“, co uznaliśmy za dowód, iż ma on dla niej szczególne znaczenie. Jego fragmenty również publikujemy.    

 

 

Wojnę wygrała rządząca elita - przegrała Rosja

W wywiadzie udzielonym radiostacji "Echo Moskwy", komentując wojnę Rosji z Gruzją, Lilia Szewcowa powiedziała m.in.:

- Wojna, którą rozpoczęła w Gruzji Rosja jest wojną szczególnego rodzaju. Po raz pierwszy od czasu rozpadu ZSRR, podejmuje ona wojnę przeciwko niezawisłemu państwu, ale to nie jest tylko wojna z Gruzją, lecz z całym Zachodem...

- Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że ta wojna to jedna z największych tragedii XXI wieku. Dlaczego? Dlatego, że będzie dramatycznie wpływać nie tylko na zrujnowaną Gruzję, nie tylko na Osetię, którą zrujnowano wcześniej... Ta wojna wpłynie na układ sił w całym świecie. Może zadecydować, czym będzie NATO w przyszłości, a także jaką politykę wobec Rosji będą prowadzić i jakie stanowisko zajmą wobec własnej opinii społecznej Sarkozy i Angela Merkel. Na koniec - wyobraźcie sobie - wydarzenia rozgrywające się gdzieś tam, w odległym zakątku Kaukazu, mogą wpłynąć na wynik wyborów prezydenta USA. Co tu więc mówić o samej Rosji. Jedno jest pewne: w naszym przypadku wojna ta będzie miała znacznie poważniejsze następstwa niż rozstrzelanie rosyjskiego parlamentu w 1993 r., czy też sprawa JUKOSu w 2003, od czego na dobrą sprawę rozpoczął się nowy etap w rozwoju ekonomicznym Rosji. Skutki tego dramatu będą miały dla niej znaczenie ogromne...

- Jakie były jego główne przyczyny? Bez wątpienia było ich wiele, poczynając od spuścizny po ZSRR, który rozpada się aż do dzisiaj. Proces ten był zamrożony na długie lata, na bardzo długi okres. A teraz został rozmrożony. I oto znowu ten starzec wychylił się z grobu i schwycił nas swoją kościotrupią ręką.

Po drugie - jedną z przyczyn była również niezdolność wszystkich gruzińskich przywódców, poczynając od tego pierwszego, do wypracowania jakiejś sensownej formuły szerokiej autonomii dla Osetyjczyków i Abchazów.

Po trzecie - wojna była również skutkiem pełnego fiaska tzw. misji stabilizacyjnej Rosji, o której tak często mówią Putin i Miedwiediew. Przecież, jeśli by Rosja rzeczywiście chciała pokoju w tym regionie, to na pewno znalazła by sposób na to, aby wpłynąć na Tbilisi, Cchinwali i Suchumi, aby zgodziły się na jakiś kompromisowy scenariusz.

Wreszcie, po czwarte, i w Południowej Osetii, i w Abchazji powstały reżimy, które z założenia nie mogą istnieć bez wojny i które pasożytują na rosyjskiej pomocy. To swego rodzaju reżimy pretoriańskie z silnymi elementami korupcji...

- Na koniec trzeba wymienić i Zachód, na którym również spoczywa część odpowiedzialności. Za to, że całkowicie ignorował ten region; za to, że nie rozumiał, iż w pewnym momencie może on stać się beczką prochu i - wreszcie - że być może pozwolił Saakaszwilemu nieadekwatnie oceniać sytuację i możliwą reakcję Zachodu.

I mimo wszystko - twierdzę - że głównym detonatorem wcale nie był pochód Saakaszwilego na Cchinwali. Zbyt wiele było tu elementów prowokacji.

- Był jednak jeden czynnik, który powodował, że wojna była nieuchronna, że do konfliktu doszłoby, nawet gdyby Saakaszwili nie poszedł na Cchinwali i nawet, gdyby jego wyrzutnie typu "grad" nie ostrzeliwały Południowej Osetii. Tym czynnikiem sprawczym było pragnienie Gruzji, aby wejść do NATO. I wszystko. Kropka. To jest to, czego rosyjska elita rządząca nie była w stanie znieść. Bo, co oznacza członkostwo Gruzji w NATO? To, że Zachód zaczyna okrążać Rosję ze wszystkich stron, że USA i inne państwa natowskie na trwałe znalazłyby się na Kaukazie, co z kolei z sympatią przyjęte byłoby i przez Azerbejdżan, i przez Armenię... Tymczasem dla Rosji, tj. rządzącej nią elity, sam fakt okrążenia przez Zachód oznaczałby cios, zadany tradycyjnie pojmowanemu państwu; to, że straciła by ona swój podstawowy atut, główną ideę, dzięki której mogła mobilizować rosyjskie społeczeństwo. Jej sens można streścić krótko: "szukaj wroga", bo to jedyny sposób na uzasadnienie mobilizacyjnej, wojennej retoryki. Nieszczęście polega właśnie na tym, że minęło tyle lat od rozpadu ZSRR, a Kreml i siły polityczne, które doszły do władzy i teraz ją reprodukowały - nie potrafiły znaleźć żadnej innej idei, która mogłaby skonsolidować społeczeństwo...

- Zgoda, wszyscy w Rosji zjednoczyli się w wojnie z Gruzją, a za jej pośrednictwem - także w wojnie z Zachodem. To bardzo niebezpieczne. Rosja cofnęła się. Sama wpędziła się w historyczną katastrofę, z której wyjść będzie bardzo trudno. Choćby dlatego, że jeśli ktoś raz wsiadł na tego "mobilizacyjnego konia", to zejść z niego będzie już bardzo trudno... Popatrzcie na to, co się dzieje z Miedwiediewem. Miał do dyspozycji różne kostiumy, a wybrał trencz Władimira Putina z czasów wojny czeczeńskiej. Co więcej, jego retoryka i styl są jeszcze surowsze, niż te w wydaniu Putina z ostatnich lat. Czym to wytłumaczyć? Można tylko w jeden sposób: że Miedwiediew również szukał formuły własnego dialogu ze społeczeństwem, konsolidacji wokół swojej prezydentury i jej ideologii. A skończyło się wojną...

- W ten sposób Miedwiediew powtarza drogę Putina z 1999 r. Z jedną zasadniczą różnicą: w II wojnie czeczeńskiej, inaczej niż obecnie, Putin nie występował otwarcie przeciwko Zachodowi i zostawił dla siebie otwarte możliwości modernizacji Rosji i realizacji liberalnych reform. Miedwiediew jest w znacznie trudniejszej sytuacji. Legitymizując wojnę z Zachodem, maksymalnie zawęził możliwości swojego działania, a to oznacza również, że szanse na modernizację Rosji zmalały jeszcze bardziej...

- Tę wojnę przegrała Gruzja, przegrał Saakaszwili, ale tak naprawdę przegrała ją Rosja. Bo już wiadomo, że trzeba Gruzję przyjąć do NATO, a razem z Gruzją i Ukrainę, choćby dlatego, aby uniknąć kolejnej wojny i uderzenia rosyjską pięścią. Rosja przegrała, bo w jej interesie leży to, aby otaczały ją przyjazne państwa i aby Zachód był jej przyjacielem. A to wszystko właśnie straciła...

Przy okazji...

Posłuchaj Wysockiego

Clicky Web Analytics