Pałasiński, Bratkowski: Dwa spojrzenia na katastrofę

2008-10-03 14:54

Jacek Pałasiński: Czas cierpienia

Na światowym kryzysie finansowym najbardziej ucierpieli… specjaliści od ekonomii, finansów i polityk monetarnych. Cierpieli, słuchając festiwalu ignorancji ekonomicznej, jaką prezentował niemal każdy polityk i połowa dziennikarzy wypowiadających się na temat kryzysu.

Najbardziej chyba przerażającym aspektem kryzysu było nagłe uświadomienie sobie, że politycy nie mają pojęcia o ekonomii. Nie jest przyjemnie żyć ze świadomością, że jesteśmy w rękach, jakby powiedział prezydent Wałęsa, „małp z brzytwami”.

To, co w czwartkowej dyskusji w Sejmie mówili nasi deputowani, poczynając od Olejniczaka („To poważny kryzys, krach teorii neoliberalizmu. Twórcy kapitalizmu mylili się. Jak na giełdzie można zarobić w ciągu miesiąca 30, 100, 1000%, to nie jest to już związane z fundamentami, to spekulacja”), przeciwstawiającego liberalizmowi (czysto liberalną) koncepcję solidarnej gospodarki rynkowej…

Następni mówcy, niezależnie od przynależności partyjnej, też mówili głupstwa, aż słuchać było hadko. Czy z PiS-u, czy z PO, mówili, jakby skończyli szkołę ekonomiczną w Moskwie i to przed 1956 rokiem. Ich zdaniem „Państwo” (to pojęcie też było mgliste dla większości mówców), ma ich zdaniem prawo pakować nos nie tylko w interesy prywatnych spółek, ale i w ich strukturę własności! Postulaty „odebrania” zagranicznym bankom ich polskich oddziałów łączyły nadzwyczaj dziś zgodne lewicę i prawicę…

A jeśli Olejniczak w gruncie rzeczy ma rację? Fakt, że myli pojęcia, ale czyż nie do czysto socjalistycznych metod uciekli się w obliczu kryzysu światowi politycy, na czele z tymi, którzy uważani byli za bastiony prawicowości: George W., Sarko, p. Merkel, Brown, Cowen, Taro Aso? Czyż nie scentralizowali zarządzania gospodarką, kiedy okazało się, że jest kryzys? Czyż nie potraktowali publicznych pieniędzy jak śmieci? Czyż nie pokłonili się zasadzie: „zyski są prywatne, straty są publiczne”? Czyż nie przerzucili kosztów błędów rozpasanych spekulantów, działających lege [mercatis] artis, na Bogu ducha winnych podatników? Czyż nie wynagrodzili pieniędzmi drobnych ciułaczy pozbawionych wszelkich skrupułów rekinów finansjery?

Cóż – można powiedzieć, że interweniując w rynki finansowe publicznym groszem, polityczni przywódcy kapitalistycznego świata działali w obliczu wyższej konieczności, wybierali mniejsze zło, nie mieli innego wyjścia.

Z drugiej jednak strony warto wczytać się w treść listu 166 słynnych ekonomistów (w tym 3 laureatów Nagrody Nobla) z apelem do Kongresu USA, by odrzucił Plan Paulsona. Autorzy twierdzą, że i tym razem rynek byłby znacznie lepszym regulatorem, że kryzys oczyściłby świat finansów z ludzi zbyt chciwych, niesprawnych, nieuczciwych, nienasyconych, działających w imię niskich pobudek. Wyciągnięcie ich za uszy z bagna stworzy kolejną „pokusę przestępstwa”, rekultywuje ich w nowym ładzie ekonomicznym… Ba, układ ekonomiczny nie będzie nowy, lecz stary, ze wszystkimi wadami starego, a interwencja rządowa nie tylko utrwali złe mechanizmy i pozycje złych menedżerów, ale i doprowadzi wcześniej czy później do kryzysu nowego, podobnego do obecnego, tyle, że o wiele groźniejszego, bardziej niszczycielskiego…

Godzi się jednak przypomnieć, że wiele spośród wielkich exploit (z francuskiego to słowo, nie z angielskiego: poszukajcie w słowniku...) ekonomicznych odbyło się w warunkach centralnie planowanej gospodarki, drastycznych interwencji rządowych, a nawet w warunkach daleko idącego ograniczenia wolności osobistych obywateli.

Taki był właśnie rooseveltowski „New Deal”, uważany powszechnie za program, który wyprowadził Amerykę z Wielkiej Depresji; opierał się właśnie na interwencji państwa w gospodarkę.

Na pierwszy „New Deal” z r. 1933, składała się antyrynkowa reforma bankowości i przemysłu, programy społecznej opieki, czy robót publicznych. Drugi „New Deal”, zaakceptowany entuzjastycznie przez centrale związkowe, wprowadzający obowiązkowe ubezpieczenia społeczne, system pomocy dla rolników (słynne wypłaty za nieuprawianie roli), został zakwestionowany przez Trybunał Konstytucyjny, ale wprowadzony tylnymi drzwiami z kosmetycznymi zmianami. Destruktywne pozostałości „New Dealu” zniósł dopiero Ronald Reagan.

Czyż nie był czystym ćwiczeniem z socjalizmu „skok” gospodarczy hitlerowskich Niemiec, powodujący, że w ciągu 5 lat, kraj ten, z niemal całkowicie zrujnowanego, urósł do kontynentalnej, jeśli nie światowej potęgi, zdolnej dokonać zaboru Sudetów i Anschlussu Austrii?…

A jak inaczej można ocenić gwałtowny postęp gospodarczy centralnie, a nawet ręcznie sterowanej gospodarki zrujnowanej podczas II Wojny Światowej Japonii? A Korei Południowej? A rządzonego zupełnie nie demokratycznymi metodami przez rodzinę Lee Singapuru? A ostatnie przykłady: Chin, Indii, Indonezji, Tajlandii?... W żadnym z tych krajów nie zaistniało coś, co można byłoby nazwać „wolnym rynkiem”, wszędzie interwencja państwa w gospodarkę była i jest kluczowa …

Jaki system ekonomiczny jest więc idealny? Obecny kryzys dowiódł, że istnieje pewien uniwersalny model dobrobytu. Dla obywateli sprawa jest prosta: „Chcę mieć tyle pieniędzy, ile mi się zamarzy, nie chcę płacić podatków, chcę móc za moje pieniądze kupić tyle dóbr i usług, ile uznam za stosowne. Wybiorę ten model, który do owego ideału pozwoli mi się zbliżyć”.

Z ekonomistami sprawa jest bardziej złożona, ponieważ ci wykształceni wiedzą, że podobne pragnienia obywateli nie są możliwe do spełnienia, a ci wykształceni gorzej, na ogół skupieni w ugrupowaniach bolszewickich (lewicowych i prawicowych) sądzą, że owszem, starczy zabrać bogatym i rozdać biednym a w razie potrzeby wystarczy dodrukować pieniądze. Ależ bolszewików w naszym Sejmie!

Stefan Bratkowski: Ostrożniej z wiarą w ekonomistów

Nie stało się nic wyjątkowego. To już było. I  nie należy wierzyć w listy nawet 166 ekonomistów, ani noblistów ekonomii – trudno zapomnieć, że dwu spośród nich wzięło Nobla za udowodnienie, że bezpłatna praca niewolników na plantacjach Południa Stanów Zjednoczonych była wydajniejsza niż praca ludzi wolnych. Inni dwaj - matematycznie wyliczyli, co wiedział i wykładał o inwestowaniu giełdowym wielki bankier nowojorski Loeb 80 lat wcześniej (ustal precyzyjnie przekrój rynku, czyli spod których kur kupić ile jajek, kup co najmniej sto różnych, włóż do jednego koszyka i nie ruszaj, a zyskasz  więcej niż próbując „pokonać rynek” spekulacyjną grą). Nie dostał za to Nobla ekonomista, który przeprowadził w jednym skoku całe państwo z gospodarki planowej bez pieniądza do gospodarki rynkowej i zdrowego pieniądza. Więc proponuję ostrożność – ekonomiści często mało wiedzą o żywej gospodarce.

To się nie zaczęło dopiero teraz i reagować wypadało wcześniej. Przed końcem lat 70. w swoim „Oddalającym się kontynencie” zapowiadałem (nie chwaląc się) wielki boom w Stanach Zjednoczonych lat 80. I przyszły lata, nazwane „chciwymi osiemdziesiątkami”. Fachowcy u boku Ronalda Reagana uruchomili wielki boom budownictwa, które z natury rzeczy „wywołuje” produkcje i usługi we wszelkich dziedzinach, składających się na nowe mieszkania, domy, wille, bungalowy, od murów, okiennic i dachów po kuchnie i meble. Reagan nie tylko nie ukrócił aktywności rooseveltowskiej „Fannie Mae”, Federal National Mortgage Association, obróconej w roku 1968 w korporację prywatną, ale tę aktywność pobudził. Czytam dziś, że swoistą gorączkę budowlaną przyniosły dopiero lata 90. Otóż nie, to był tylko dalszy ciąg, dopingowany obniżkami stóp procentowych (to Greenspan, legendarny szef Urzędu Rezerw Federalnych, amerykańskiego banku centralnego). Od grudnia 1991 do sierpnia 1994 to było 3,5 proc. i mniej. Banki centralne świata jego wzorem wpompowały wtedy w rynki finansowe biliony dolarów. I już wtedy należało się martwić, co będzie, kiedy nie będzie już komu w USA kupować nowych domów i willi, bo rynek się nasyci. Wydawało się naturalnie, że nie nasyci się nigdy, ale już w zeszłym roku budowniczowie nowego osiedla w hrabstwie Loudun koło Waszyngtonu nie mieli komu sprzedać tego, co zbudowali. Bo rynek – jednak! – się nasycił.

Należało wcześniej przyjrzeć się samej Fannie Mae. Założono ją w 1938 dla płynności na rynku kredytów hipotecznych. Kredyt hipoteczny nigdy nie był mocną stroną Anglosasów, zresztą i Francji też. Fannie Mae wyrosła na tytana rynku kredytowego, jej obroty w roku 2003 sięgnęły 53,8 mld dolarów; nie tylko kredytowała, ale i pożyczała sama. Grała  na giełdzie. Gwarancje kredytowe świadczyć miała zaś „Ginnie Mae”, Government National Mortgage Association, a władze federalne dawno uplątały się były w ów boom budowlany, jeszcze bardziej poprzez „Freddie Mac”. Tę Federal Home Loan Mortgage Corporation sponsorował rząd dla gwarancji kredytowych, z myślą o rynku wtórnym dla inwestorów zainteresowanych obciążeniami hipotecznymi. Klasa średnia zadłużała się bez ograniczeń i nie protestowała. Sam stykałem się w latach 70. z adwokatami małego, stutysięcznego miasta, bynajmniej nie żadnymi milionerami, którzy mieli w swym mieście dwa domy, a trzeci na Florydzie. Sam John McCain ma kilka domów; nawet nie pamięta, ile. Tylko zapewne spłaconych.

Już dwa lata temu menedżerom Fannie Mae, super-płatnym, zarzucono ukrywanie strat i manipulacje wynikami korporacji. Obok City Group (największej potęgi finansowej świata) to oni nie przedstawili bilansu nadzorowi bankowemu. Mówiono o 115 mln dol., które powinien zwrócić J. Timothy Howard, naczelny Fannie Mae, i jego główny księgowy (jeśli dobrze pamiętam). W każdym razie katastrofa się zbliżała i obserwujący rynek nowojorskiej giełdy ekonomiści powinni byli dawno odezwać się ze swymi uwagami.

Nie stworzyli do dzisiaj jakiejś „ekonomii zamożności”, ekonomii nadwyżek dochodów nad potrzebami bieżących wydatków na życie. W latach 60.wielki amerykański ekonomista, George Katona, badał, co robią Amerykanie z takimi nadwyżkami. Stwierdził, że część lokują oni w tzw. „oszczędnościach kontraktowych”, w swoich „uniach kredytowych”, dziś z kilkuset miliardami dolarów w kasach. Więcej lokują w oszczędnościach „płynnych”, czyli w funduszach powierniczych (investment trusts), w funduszach emerytalnych i innych „funds”, grających na giełdzie. Ale równie chętnie – zadłużają się na nowe domostwa. Bo ta giełdowa część nadwyżek dostarcza takich możliwości w sposób, zdawało się, nieograniczony i to ona hula po świecie jako „rynki finansowe”. Ich stan sprowokował George’a Sorosa do napisania „Kryzysu światowego kapitalizmu”, co na polski wypadało tłumaczyć jako „Kryzys światowych obrotów kapitałowych”. I należało wcześniej ukrócić powstawanie typowych „baniek mydlanych”, czyli spółek z niepełnym kapitałem, które futrowały się emisją pustych akcji. Należało uregulować operacje typu „hedging”, prowadzące do upadku zdrowych przedsiębiorstw, i uporządkować radosną twórczość, nadmierną pomysłowość giełdziarzy - ich własnymi zresztą pomysłami. Wszyscy tak byli zachwyceni boomem, że nie zauważyli, jak koniec popytu na budownictwo przy niespłacalnym zadłużeniu klientów może załamać giełdową prosperity. A to wtórny rynek siał tymi bańkami mydlanymi. I rynek sam nie zmiecie oszustów. Są zbyt cwani. Sam ongiś poznałem menedżera, który z upadłości dwóch kolejno prowadzonych spółek wyszedł bogatszy o dalsze miliony, lokowane gdzie indziej. Zapłaciliby więc frajerzy.

Czy amerykańską rządową pomoc dla banków opłacą amerykańscy podatnicy? Ci, którzy wpłacają do Internal Revenue System’u najwięcej podatków, czyli amerykańska klasa średnia, to nie biedota, pozostająca pod opieką federalnych i stanowych systemów opieki społecznej, to właśnie owi niewypłacalni dłużnicy banków, którzy bankom odbierają tzw. płynność, czyli wywołują niedobory na kontach. I nie można zdyskontować weksli tych dłużników w którymś z banków Urzędu Rezerw Federalnych, bo to właśnie „złe weksle”, weksle partnerów niewypłacalnych. Oczywiście, pomoc federalna nie uratuje chciwych menedżerów, poleci ich teraz niemało, płacących sobie miliony dolarów, niektórzy staną przed sądami za wykryte już i nadal wykrywane teraz machlojki. Klientom banków, w tym i Fannie Mae, przedłuży się z tej federalnej pomocy spłatę kredytów, nie dopuszczając do bankructwa tych dłużników. Z czasem oni swe długi spłacą, a przy bankructwie straciliby i oni swoje domy, i banki swoje pieniądze, skoro szanse na sprzedaż przejętych domów jest niewielka –  rynek się wyczerpał i  w USA nie ma już nowych klientów. Przynajmniej tych z klasy średniej.

I znowu przyjdzie może z pomocą stary, wyklinany John Maynard Keynes, nie z żadnym socjalizmem, a z jakimś okresowym zastrzykiem zamówień państwowych – jak zamówienia wojenne, które uratowały „New Deal” Roosevelta od wtórnego bezrobocia (USA wydają rocznie na zbrojenia ponad 600 mld dolarów). Byle był pomysł, co finansować.

Polska gospodarka, owszem, choruje. Choruje na masę różnych krępujących przepisów, ale nawet oszczędności do ewentualnych strat ma niewiele; nic im nie grozi. Zadłużyli się natomiast Polacy sporo nad 200 mld zł i niektórzy będą musieli szukać sposobów obrócenia swoich niespłacalnych długów w weksle, dające się zdyskontować przez banki w banku centralnym lub indosować na rzecz innych właścicieli. Boom budownictwa mieszkań czynszowych mamy dopiero przed sobą. Przy pół miliona budowanych mieszkań rocznie - boom na dziesięć lat. Zupełnie inny stan rzeczy, inne perspektywy.

Wyszukiwanie

O nas...

Promocja


Do redakcji można pisać

na adres studioopinii@gmail.com

 

Cytat, który obiecujemy brać pod rozwagę:

Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.

Św. Tomasz z Akwinu

Komunikat: Redakcja informuje uprzejmie, że w żaden sposób nie cenzuruje merytorycznie komentarzy do artykułów. Jedyna ingerencja może polegać wyłącznie na ewentualnym usunięciu słów powszechnie uznawanych za obelżywe lub nieprzyzwoite oraz "mowy nienawiści". System zarządzania witryną (niezależny od nas) jest jednakże skonstruowany w taki sposób, że niektóre wpisy pojawiają się niekiedy z opóźnieniem, czasami - z nieznanych nam przyczyn - znacznym. Choć nie ma w tym naszego działania - przepraszamy zirytowanych. Jednocześnie informujemy, że większość nowych tekstów ukazuje sią najpierw na górze strony głównej, w dziale OSTATNIO NADESŁANE, by nieco później - na ogół następnego dnia - trafić do właściwego działu merytorycznego. Komentarze wpisane do OSTATNIO NADESŁANYCH nie są ze względów technicznych przenoszone w nowe miejsce.

POLECAMY

Dołączył do nas Jan Winiecki. Szukajcie jego felietonów w prawej szpalcie.

Sławek Popowski: kapitalny esej o Gorbaczowie; arcyciekawe!

Stefan Bratkowski zastanawia się: czy możemy zbudować solidny ustrój

Na stronie KULTURA uruchamiamy rubrykę PRÓBY LITERACKIE. Czytajcie Mikołaja Fajfera.

W witrynie pojawiło się Ilustrowane Radio Niny Nowakowskiej. Obejrzyj, posłuchaj!

Chcesz zostać dziennikarzem? Nie wiesz, jak pisać? Poczytaj rady fachowca...

Ważne przemyślenia George'a Friedmanna: prognoza na nasze stulecie

Zajrzyj do działu CYWILIZACJA. Jest co poczytać i obejrzeć!

Obejrzyj naszą telewizję (tak, tak - uruchomiliśmy własną). A w niej gościnnie EuroparTV! Nie wiesz co to?
Obejrzyj! 

Ważny tekst dr Andrzeja Ehrlicha o (nie)sprawności zarządzania w Polsce. Są przykłady! Dr Ehrlich pisze także o pracy tłumacza

 

 

 

PONADTO...

Stefan Bratkowski otworzył nowy cykl błyskotliwych porad dla tych, którzy nie wiedzą, że nic się nie da zrobić

Jacek Pałasiński podejmuje gorący temat o gazie

Ernest Skalski o Gorbaczowie


Sławomir Popowski
pisze o innym Stalinie

 

Aleksander J. Wieczorkowski demoluje Telekomunikację Polską oraz Netię


 

Clicky Web Analytics