Powiedzieli...
Bronisław Łagowski: Kac w pałacu

Warszawa ma kaca. Gdy to piszę, cierpiący jeszcze nie pokłócili się na fest, do odnotowania są dopiero wstępne utarczki słowne. Główny negocjator umowy o tarczy antyrakietowej powiada, że gdyby Polska wcześniej układ ratyfikowała, to Amerykanie z tarczy by nie śmieli zrezygnować. Drugi twierdzi, że tarczę by zainstalowano, gdyby rząd szybciej negocjował, trzeci z tej samej partii obwinia Radka Sikorskiego niemal o zdradę narodową, ponieważ jego żona Amerykanka głosowała na Baracka Obamę. Na głównego negocjatora w sprawie tarczy wyznaczono dyplomatę, który wyobraża
sobie; że polski rząd, gdyby się uparł, to narzuciłby Stanom Zjednoczonym swoją wolę w sprawie globalnej polityki obronnej. Tego, że główny negocjator ma niedobrze w głowie, kręgi rządzące nie zauważyły, bo same tyle rozumieją co on. Niepojęta jest ignorancja tych kręgów w sprawie polityki międzynarodowej. Skąd one czerpią wiadomości o Ameryce? Chyba od polskich dziennikarzy, którzy pisząc na zamówienie, zaczęli w końcu na zamówienie myśleć i na zamówienie postrzegać, nie odróżniając już słów od rzeczy, a tego, co by się chciało, od tego, co jest. Dziennikarz od spraw międzynarodowych potrafi napisać, że wskutek czegoś tam znaczenie Polski w percepcji rządu amerykańskiego „spadło do poziomu Turcji", a inny pomyleniec zapewnia, że Polska jest najważniejszym po Wielkiej Brytanii sojusznikiem USA w Europie. Jakie jest lekarstwo na tę polską manię wielkości? Żadne informacje i żadne doświadczenia nie skorygują tych iluzji. Jest bardzo ważną rzeczą, aby społeczeństwo zdało sobie sprawę, że krajem rządzą ignoranci pozbawieni woli poznania rzeczywistego stanu rzeczy i tacy sami ignoranci z wielkich mediów informują nas, co się za granicą dzieje.
Nie trzeba długo przebywać w Ameryce ani obracać się w wysokich kręgach Waszyngtonu, żeby zdać sobie sprawę, jak mało uwagi może Amerykanin poświęcić Polsce, Europie Środkowej czy Wschodniej. Nie dlatego, że brakuje mu zainteresowania, bo akurat Amerykanie są bardzo ciekawi świata, lecz dlatego, że przyjmowanie do wiadomości czy postrzeganie ma naturalne ograniczenia. Zainteresowanie, jak sama nazwa wskazuje, idzie za interesem. Ameryka, jakby stworzona do panowania nad światem, ma wiele interesów w różnych miejscach globu, ale akurat
obecnie tak się składa, że najmniej ma ich w Europie Środkowej. Polska odegrała swoją rolę i gdy ją grała, to w Waszyngtonie bardzo się nią interesowano. Ale to minęło i polskie interesy, tak pojmowane, jak je partie Kaczyńskiego i Tuska pojmują, byłyby bezcelowym balastem dla każdego mocarstwa, które chciałoby je wziąć na swoją odpowiedzialność. Obecny moment dziejowy stawia przed Polską zadanie poświęcenia się swoim interesom wewnętrznym, pech jednak sprawił, że dostała się pod władzę ludzi, co chcą się bawić w odgrywanie wojny, która dawno minęła, i przygotowywanie się do wojny, która z pewnością nie będzie tak wyglądała, jak oni sobie wyobrażają. To dziwne, ale znakiem wodnym rytuałów, w jakich lubuje się prezydent i od których nie stroni premier, jest wojna. Oficjalna, sztuczna Polska obchodzi rocznicę 17 września 1939 roku z taką intensywnością, że zdaje się jej, iż to rzeczywistość, a nie wspomnienie. Dlatego rząd i kręgi okołoprezydenckie przeżyły wycofanie się USA z budowy tarczy jako drugi, jubileuszowy cios nożem w plecy. Warszawa w nieutulonym żalu: tarcza tak pięknie była już wmontowana w fantomatykę trzeciej wojny światowej!
Kontrast między warszawską żałobą a zachodnioeuropejskim poczuciem ulgi po decyzji prezydenta Baracka Obamy pokazuje, jak słabo Polska jest zintegrowana z Europą.
Żadne argumenty kwestionujące nieszczęsną tarczę do rządu nie docierały. Najwybitniejszego polskiego eksperta profesora Romana Kuźniara usunięto ze stanowiska dyrektora instytutu do spraw międzynarodowych, żeby jego trzeźwy głos był mniej słyszalny.
Nie słuchano także Zbigniewa Brzezińskiego, który skądinąd jest wyrocznią, a który tym razem wzywał do zastanowienia się, pytając: po co Polsce baza antyrakietowa?
Ludzie obiektywnie patrzący na świat przepowiadają, że także inne pewniki polskiej polityki zagranicznej będą po kolei dezawuowane przez bieg zdarzeń, niestety, nie tak korzystnie dla Polski jak przypadek z tarczą.
Kraj, który z powodu swojej biedy, zacofania i niskiej kultury politycznej powinien z całym zaangażowaniem wiązać się z krajami Europy Zachodniej i uczyć się od nich tego, czego nie wie, wyznacza sobie misję na wschodzie, gdzie zgodnie z zasadą, z kim przestajesz, takim się stajesz, może tylko dostosować się do czegoś jeszcze gorszego niż to, co sam reprezentuje.
Ignorancja polskich kręgów rządzących nie jest tylko zwykłym brakiem wiedzy. Ona jest utwierdzana także przez wyznawany lub nieświadomie przyjęty światopogląd. Minister Sikorski przekazał pani Clinton, sekretarzowi stanu USA, skargę na niewłaściwy termin ogłoszenia decyzji o rezygnacji z tarczy. 17 września to przecież 70. rocznica najazdu ZSRR na Polskę. Minister nie chciał zdradzić, co usłyszał od pani Hillary Clinton, trzeba się więc domyślać. Prawdopodobnie powiedziała mu lub powinna była powiedzieć: drogi panie ministrze, nie bądź pan śmieszny, tragiczne dla Polski wydarzenie miało miejsce 17 września 1939 r., a 17 września tego roku nic ciekawego się nie zdarzyło, był to zwykły sobie czwartek. Rocznica nie jest żadnym wydarzeniem, a że wy w Polsce w ciągu roku wyznaczacie sobie kilkanaście czy kilkadziesiąt dni na przeżywanie wzniosłej nienawiści, to wasza sprawa i my tego nie mamy zamiaru przenosić do naszych kalendarzy. My, Amerykanie, rozróżniamy rzeczywistość od symbolicznych fikcji, polityki historycznej nie prowadzimy, a neokonserwatyści, którzy myślą trochę podobnie jak wy i którzy zafundowali wam tę całą historię z niedorzeczną tarczą, dorwali się do władzy na krótko i nie spodziewamy się, aby w przewidywanej przyszłości powtórzyli sukces. Oni także słabo rozróżniali fantomy wytworzone przez ich głowy od obiektywnego stanu rzeczy, a jakie to dało rezultaty w realnej polityce, to możecie sobie obejrzeć w Iraku. Nie radzę wam uprawiać polityki symbolicznej i wypatrywać w kalendarzu dat, które by was chroniły przed nieprzyjemnymi dla was wiadomościami.
Przegląd 27 WRZEŚNIA 2009 r.
Waldemar Kuczyński: My, czyli kto?
Jeszcze nie dowiedzieliśmy się dokładnie co Amerykanie postanowili w sprawie tarczy antyrakietowej, a już rozpoczęło się łomotanie w Platformę Obywatelską przez PiS i SLD, że są odpowiedzialne za to co się stało. Z wypowiedzi polityków tych partii wynika, że najmniej do powiedzenia o tarczy mieli Amerykanie. Byli właściwie chorągiewką na wietrze wywołanym przez polskich polityków. Otrzymawszy ton od Wielkiego Brata, PiS-owcy jak sklonowana tuba, oczywiście wespół z rezydentem brata w Pałacu, zaczęli grzmieć, że to PO dała okazję prezydentowi Obamie do wycofania się z projektu. Należy się rozumieć, że gdyby nie dała, tylko szybko zgodziła się na wszystko oraz umowę ratyfikowała, to amerykański prezydent stanąłby przed progiem nie do przekroczenia. Bo polski próg to wiadomo! Ale miał fart mieszkaniec Białego Domu! O mało co nie został zmuszony do wycofania się z wyborczych obietnic. A znowu wedle SLD Platforma podobnie jak PiS, czyli “cała prawica”, wymusiła niemal na Bushu budowę tej wyrzutni w Polsce, a teraz wyszła na durniów, bo lewicowy prezydent Obama otrzeźwiał i przyznał Sojuszowi rację. Na marginesie; SLD ma taką paraszę, kibel z nieczystościami, do której wrzuca obie partie w nadziei, że do PO przylgnie nieco treści PiS i skłoni część wyborców do powrotu pod skrzydła Napieralskiego. Nie skłoni.
W obu wypadkach jest to jazgot, z użyciem słów, ale bez treści. Gorzej, że on ma echa na świecie. W czwartek na stronach CNN była wypowiedź jakiegoś polityka, zapewne z PiS, że decyzja Amerykanów to katastrofa Polski! Co to za dureń? Najlepiej sprawę skomentował Jacek Saryusz Wolski - “Jak nie to nie”. Podobnie zrobili Czesi, najbardziej normalny naród w środku Europy. Niestety daleko nam do nich.
To, co się stało z tarczą, powinno być okazją do poważnej debaty; nie na temat stosunków polsko-amerykańskich, nie na temat polityki zagranicznej, a w każdym razie nie bezpośrednio o tym. To powinna być debata o tym, czym i kim My jesteśmy, w dzisiejszym świecie, w dzisiejszej Europie i w tym miejscu w którym żyjemy. A celem tej debaty powinno być zbliżenie się do prawdziwej, a nie fałszywej odpowiedzi na takie pytania i odnalezienie naszego realnego miejsca w szeregu państw i społeczeństw, czy narodów, jak kto woli. Stanięcie w prawdzie o sobie, bo nie stoimy w niej. To niełatwa debata, bo milej jest wierzyć, że Polska to strategiczny partner pierwszego mocarstwa na świecie, że Polska to regionalny lider polityczny, czy co tam jeszcze w tym stylu. To są mity i to podzielane tylko przez nas, a więc uleganie im i postępowanie tak, jakby były powszechnie uznane prowadzi do takich sytuacji, jak reakcje po tarczy, czy co gorsza do ośmieszenia na zewnątrz, do sytuacji z bajki o żabie co podsuwa nogę do podkucia.
Jesteśmy w Europie krajem dosyć dużym terytorialnie, dosyć ludnym, dosyć biednym i dosyć pod wieloma względami odchylonym od norm Zachodu Europy. W grucie rzeczy czymś w rodzaju większej Rumunii, może bliższej Zachodowi, ponieważ częściej dostawał on z powodu Polski gęsiej skórki, a czasami okazji do zachwycania się i użalania nad tragicznym bohaterstwem Polaków w cieple własnych spokojnych i bezpiecznych domostw. Mamy z tego powodu jakiś - nie tak wielki - kapitał, który, na własną szkodę, uważamy za ogromny, rodzący zobowiązania do traktowania nas na
specjalnych prawach; i to jest śmieszne. Mieszkałem sporo lat na Zachodzie Europy i widziałem jak tam nas się odbierało i niewiele, lub zgoła nic się nie zmieniło, a mogłoby - gdybyśmy znali prawdę o sobie samych. Polska jest do dziś uważana za najbardziej w Unię Europejską wciśnięty kawałek Wschodu, podczas gdy Czesi i trochę mniej Węgrzy za najbardziej na Wschód wciśnięty kawałek Zachodu. Taka jest różnica między nami i naszymi południowymi sąsiadami. I właśnie w reakcjach na takie wydarzenia jak sprawa tarczy w Warszawie i w Pradze widać tę różnicę i my naszymi zachowaniami taki obraz Polski utwierdzamy. Dlatego zamiast jazgotu politycznego, czy obok niego podyskutujmy “czym i kim jesteśmy”. Bez samobiczowania i bez zadęcia. Wyjdzie gorzej niż w mitach, ale prawdziwie i nie tak źle.
Tekst pochodzi z blogu Waldemara Kuczyńskiego: www.kuczyn.com
Adam Krzemiński: Rzecz o pojednaniu
Trudna droga na Wschód
(...) Być może wielkim - politycznie i moralnie - zadaniem nadających dziś ton pokoleń jest znalezienie klucza do polsko-rosyjskiej polityki pojednania. Również i te stosunki, podobnie jak polsko-niemieckie, nie są symetryczne. Ze względu na różnice wielkości i potencjałów obu krajów, a także znaczenia, jakie mają dla sąsiada. Wiele instytucjonalnych rozwiązań można przejąć od modelowego pojednania polsko-niemieckiego; wymianę młodzieżową, konsultacje międzyrządowe, partnerstwo miast, komisję podręcznikową, współpracę dziennikarską...
Trudno natomiast znaleźć dziś dla stosunków polsko-rosyjskich tych pośredników, którzy odegrali kluczową rolę w dialogu polsko -niemieckim: Kościoły katolickie i protestanckie, niezależnych pisarzy i publicystów. Gdy w czasie niemiecko-polsko-rosyjskiej konferencji w Twerze - o przezwyciężaniu przeszłości - była mowa o roli Kościołów w procesie polsko-niemieckiego pojednania, któremuś z naszych rosyjskich kolegów wyrwało się, że prośba o przebaczenie za zło wyrządzone sąsiadom przez Rosję jest teologicznie nie do pomyślenia. Rosja jest święta. A jednak dwa lata później patriarcha Moskwy potępił zbrodnie Stalina. Może to pierwszy krok do podobnego wyznania winy, do jakiego w imię zachodniego chrześcijaństwa zdolny był Jan Paweł II?
Nie przystoi wymuszać na sąsiadach pożądanych słów i gestów. Warszawa nie negocjowała z Brandtem, by kanclerz padł w Warszawie na kolana, ani z Romanem Herzogiem, by w 1994 r. przeprosił za niemieckie zbrodnie. To Rosja sama powinna odkryć w sobie potrzebę spojrzenia na własną historię również oczyma sąsiadów. A my nie powinniśmy się zżymać na to, że dzień odparcia polskiej dymitriady z XVII w. jest dziś rosyjskim świętem narodowym, skoro sami wciąż dziarsko śpiewamy, że co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy. A cóż jeszcze mamy odbierać sąsiadom? I znowu szablą?
Pojednanie polsko-rosyjskie jest trudniejsze niż polsko-niemieckie, ponieważ brak mu pozytywnej wizji.Niemcy i Polacy byli po 1945 r. związani ze
sobą polską pamięcią wojny oraz niemiecką raną granicy na Odrze i Nysie oraz podziału Niemiec. Jednak po budowie muru berlińskiego w 1961 r. elity niemieckie uprzytomniły sobie, że jedynie poprzez uznanie niechcianej granicy z Polską można złagodzić skutki podziału Niemiec. Stosunek do Polski po raz pierwszy w historii Niemiec stał się kluczem do rozwiązania dławiącego niemieckiego problemu wewnętrznego. Z kolei dla Polski uznanie granicy przez Niemcy było warunkiem do wyślizgiwania się spod radzieckiej hegemonii i powrotu do Europy. Poza tym mieliśmy z Niemcami wielki wspólny temat - nasze wejście po wojnie do ich domów rodzinnych i ich zderzenie z naszą historią.
Jakby nie rozszczepiali nasi narodowcy włosa na czworo, dowodząc, że cierpienie Polki wypędzonej w 1939 r. z Wielkopolski czy z Wołynia ma większy ciężar moralny niż cierpienie Niemki wysiedlonej przymusowo z Pomorza w 1945 r., to jednak gdy obie te kobiety spotkały się w latach 70., bardzo szybko okazywało się, że łączyła je wspólnota losu oraz łatwy do pogodzenia sentyment do wspólnej małej ojczyzny. To dlatego niemieccy gdańszczanie od 20 lat mogą na zamku w Gemen rok w rok wraz z gdańszczanami polskimi odbywać podróż sentymentalną nie tylko w przeszłość, ale i w przyszłość.
Tymczasem dialog polsko-rosyjski nie ma już ani takiej egzystencjalnej wspólnoty, ani historycznej wizji. Mit braterstwa broni, wspólnego marszu na Berlin, który Władimir Putin przywołał na Westerplatte, był oparty nie tylko na orwellowskim wyparciu z oficjalnej pamięci wspólnej defilady Wehrmachtu i Armii Czerwonej we wrześniu 1939 r., ale i na lęku o granicę na Odrze i Nysie. Dopóki potęga ZSRR i podział Niemiec były jedynymi gwarantami polskiej granicy zachodniej, dopóty peerelowski zanik pamięci był racją stanu.
Zmiana przez powiązania
Dziś, na pierwszy rzut oka, Polski i Rosji nie łączą kwestie na tyle egzystencjalne, by młodzi politycy, intelektualiści i ludzie Kościołów z obu krajów uznali terapię naszych wzajemnych stosunków za nakaz moralny lub choćby tylko za historyczne wyzwanie swego pokolenia.
Z rosyjskiej perspektywy-jak się wydaje - Polska to peryferyjny kraj, który z premedytacją działa na szkodę Rosji. Na Ukrainie wspiera pomarańczową rewolucję. W UE blokuje rosyjskie interesy gospodarcze. A wyciągając z szafy stalinowskie trupy, psuje opinię Rosji, która po gospodarczej i politycznej katastrofie gorbaczowowskiej pierestrojkii skorumpowanym chaosie jelcynowskiej smuty nie ma innego wyjścia, niż cofnąć się dwa kroki do radzieckich wzorców myślenia o państwie i wypracowywać rosyjską formę demokracji sterowanej.
A z polskiej perspektywy - jak się słyszy od większości polityków i publicystów - Rosja to autorytarne państwo o neoimperialnych ambicjach wobec swoich byłych kolonii, która odmawia przejęcia odpowiedzialności za zbrodnie stalinowskie, dlatego wciąż jej trzeba wypominać pakt Ribbentrop-Mołotow, 17września 1939 r., Katyń i Powstanie Warszawskie. Trzeba bić na alarm wobec niemiecko-rosyjskiego flirtu gazowego i sypać w naszej części Europy amerykańskie szańce.
Polsko-rosyjskie pojednanie jest trudne, ale wspólnota interesów istnieje. Zarówno w sferze twardych faktów gospodarczych, jak i miękkich - świadomości społecznej i kultury politycznej, które w końcu również przekładają się na pozycję kraju w świecie. Gospodarczą wspólnotę interesów dobrze wyraża formuła niemieckiego ministra spraw zagranicznych Franka-Waltera Steinmeiera: zmiana poprzez powiązania. Jeśli celem ma być wspólnota interesów od Władywostoku po Vancouver, to stosunkom Rosji właśnie z Polską przypada rola czujnika stosunków UE-Rosja, nie ze względu na polską mocarstwową fanfaronadę, tylko na asymetrię. To w partnerskich, wolnych od hegemonialnych tęsknort stosunkach gospodarczych Rosji z krajami bliskiej zagranicy, a nie w uprzywilejowanych relacjach z Paryżem, Londynem czy Berlinem sprawdza się europejskość Moskwy.
Rosji potrzebna jest soft power, większa umiejętność pokojowego rozwiązywania konfliktów - również w polityce wewnętrznej - przejrzystość i spolegliwość, ponieważ same głowice atomowe i surowce nie zapewnią jej takiego uznania w świecie, jakie chciałaby mieć. I otóż stosunki polsko-rosyjskie są probierzem nie tylko rosyjskiej, ale i polskiej soft power.
Na dobrą sprawę młodzi Rosjanie i Polacy, wychowani już po 1989 r., mogliby odkryć dla siebie fascynujące zadanie rozwiązania kwadratury koła. Jak złożyć w całość pamięć wojny, pierestrojki i Solidarności, pomarańczowej rewolucji w Kijowie i niemiecko-rosyjskiego gazociągu, a przede wszystkim jak rozwinąć w sobie empatię wobec sąsiada?
Chętni do polsko-rosyjskiego dialogu muszą, niestety, szukać trochę na własną rękę, ponieważ nie ma zbyt wielu uznanych pośredników między obydwoma krajami. Radzieckie pokolenie lat 60., które na peerelowskich gazetach uczyło się Zachodu, szybko się wykrusza. A i u nas sam Jerzy Pomianowski, wydawca „Nowoj Polszi", nie wystarczy. Niemniej polsko-rosyjskiej polityki pojednania nie trzeba wymyślać od nowa. Są sprawdzone wzorce, musi jednak być wola klasy politycznej, administracji państwowej i zaangażowanie zwykłych ludzi. Tylko tyle i aż tyle.
Czyżby więc cała polityka pojednania, praktykowana w naszych krajach w czasie dochodzenia do UE, była tylko serwitutem, który można było zrzucić, kiedy już nas w końcu dopuszczono do klubu? Tak ją niektórzy traktowali. Niemniej członkostwo w UE wciąż działa tonizująco na recydywę nacjonalizmu. Ministrowie spraw zagranicznych Węgier i Słowacji szybko sprzątają porozlewane przez głowy państwa mleko. Słowacki minister Mirosław Lajcak, do niedawna specjalny wysłannik UE w Bośni-Hercegowinie ds. rozwiązywania konfliktów etnicznych, nauczył się, jak w sytuacjach konfliktowych stosować zasady polityki pojednania...
Adam Krzemiński – Trupy w szafach Europy, POLITYKA, nr 38
Waldemar Kuczyński: Tańcowały ćma i świeczka
Kiedy Aleksander Kwaśniewski w “Poranku w toku” u Paradowskiej powiedział, z wyczuwalnym tonem aprobaty, o możliwości politycznego aliansu PiS i SLD byłem zaskoczony podwójnie. Mniej jednak tym, że taki wariant dopuścił, a bardziej tonem aprobującym. Józef Oleksy parę dni później zasugerował nawet z przekąsem, że były prezydent może być jednym z animatorów zbliżenia zważywszy jego dobre stosunki z obecnym lokatorem Pałacu Prezydenckiego. Od dawna uważałem, że powinno nastąpić zasypanie starych okopów i jakaś forma kompromisu, czyli zdjęcia z postkomunistycznego SLD anatemy zakazującej, partiom wywodzącym się z dawnej opozycji wchodzenia z tą partią w rządowe koalicje. Sądziłem jednak, że jeśli ten kompromis nastąpi to na pewno nie z narodowo-konserwatywną prawicą, lecz z partiami Polski posierpniowej bliższymi centrum,
czyli dawniej z Unią Wolności, a teraz z Platforma Obywatelską. I oto okazuje się, że na naszych oczach zbliżają się do siebie skraje tej części sceny politycznej, która ma reprezentantów w Sejmie. Są jeszcze daleko od siebie, ale idą z obu stron i jak nadal pójdą to mogą, wbrew dzisiejszym zaprzeczaniom, dojść do próby wspólnego wysadzania Platformy od władzy, a potem nawet rządzenia.
Marsz PiS-u ku postkomunistom nie dziwi, bo to jest partia, której lider, gdy chodzi o zdobywanie władzy kieruje się wyłącznie cynizmem, gotowością wyparcia się wszystkiego co mówił i robił wcześniej, jeśli to zbliża do celu. A cel jest niezwykle ważny, znalezienie dla PiS-u partnera, który pozwoliłby najpierw bardziej niż można w pojedynkę torpedować politykę obecnej koalicji, wywołując społeczne niezadowolenie, a potem utworzyć większość rządową, ze sobą w roli głównej. Innymi słowy, chodzi o odtworzenie zdolności koalicyjnej, bez której nie ma szansy na powrót do władzy. SLD jest potrzebne do roli przystawki i PiS uważa, że się do tego nadaje, bo zapewne pozostanie partią drugiego rzędu, a więc w razie wspólnego rządzenia nie zagrozi kierowniczej roli partii Kaczyńskich.
Na przeciw tego dobrze wykalkulowanego cynizmu, mamy cynizm Grzegorza Napieralskiego, w którym jednakże trudno dostrzec jakąś dobrą perspektywę dla Sojuszu. Polityka dęcia w tą samą co PiS, ostro antyplatformianą fujarkę jest prowadzona przez obecne kierownictwo tej partii od wielu miesięcy, bez najmniejszego pozytywnego efektu, jeżeli chodzi o wzrost notowań, więc i o wzrost politycznej roli SLD, jako ewentualnego przyszłego partnera PiS. Wykres notowań jest płaski. Przyjęta strategia nie da rezultatu, bo nikt nie potrafi być bardziej wiarygodny w
atakach na PO, jak partia Kaczyńskich i oni sami, a więc nie zabierze się im wrogich Platformie wyborców. I nie zabierze się wyborców Platformie, ponieważ ich spaja pamięć o paskudnych rządach Prawa i Sprawiedliwości i ona szybko nie przeminie. Przy takim spoiwie, partia atakująca gwałtownie PO musi być odbierana w najlepszym razie, jako mimowolny pomocnik w przybliżaniu powtórki z IV RP. I wobec tego im bliżej PiS panie pośle Napieralski, tym dalej od wyborców centrowych, a nawet centrolewicowych wrogich PiS-owi. Dzisiejsza polityka Sojuszu przypomina taniec ćmy, która coraz bardziej zbliża się do PiSowskiej świeczki.
Tym bardziej dziwi ton aprobaty wyczuwalny w słowach Aleksandra Kwaśniewskiego, kiedy mówił by poważnie traktować możliwość daleko idącego zbliżenia SLD z PiS-em. Byłoby połową biedy, gdyby to było zbliżanie się do normalnej partii narodowo-konserwatywnej, ale PiS nie jest taką partią. To jest partia wroga obecnemu porządkowi politycznemu, wroga obecnej konstytucji i wroga niemal wszystkiemu co działo sie w 20-leciu. To jest partia, która w swym programie, w swej wewnętrznej organizacji i w osobowości liderów zawiera bakcyle zamordyzmu. Jest czymś zdumiewającym, że były prezydent, który do tej pory reprezentował niemal wszystko to co PiS i Kaczyńscy brutalnie atakowali i pragnęli zniszczyć dopuszcza przekraczanie historii w taki sposób. Przecież za chwilę będzie się mówiło, że oto partia spadkobierca polityczny dawnego zamordyzmu zbliża się ku partii dzisiejszego zamordyzmu. Z błogosławieństwem cienia posłanki Blidy?
Bronisław Łagowski: Polska w malignie
Napisałem kiedyś, że w Polsce Katyń jest stawiany na równi z Holocaustem i wypiera ze świadomości wyjątkowość Zagłady. Przemknęła mi wówczas przez głowę obawa, że mogło to zabrzmieć jako niestosowny sarkazm i przesada. Teraz już takich obaw mieć nie mogę. Najwyższy autorytet urzędowy stwierdził podczas uroczystości na Westerplatte, że Katyń to Holocaust, tylko mniejszy.
Kto nie zna Polski, może pomyśleć, że mieszkańcy tego kraju odznaczają się szczególną wrażliwością moralną i wyczuleniem na historię, co nie pozwala im zapomnieć ani przeboleć śmierci swoich żołnierzy zamordowanych prawie 70 lat temu. Ta boleść podobno tak przepełnia ich serca, że traktują Katyń jako najważniejszy problem w stosunkach z Rosją. Musiałby się jednak cudzoziemiec zastanowić, dlaczego ta niebywała wrażliwość nie daje o sobie znać, gdy chodzi o inne masowe zbrodnie popełnione na Polakach. Czy mam je wymieniać i przypominać, że ich sprawcom stawia się pomniki bez żadnego protestu ze strony polskich władz?
Władze w Moskwie uznały prawdę o Katyniu, a prezydent Rosji płakał na uroczystości żałobnej. Jaki to miało wpływ na Polaków? Taki, że oskarżenia jeszcze się nasiliły, a tego lata nie było bodajże dnia, żeby największe gazety nie odkrywały prawdziwych i fałszywych szczątków ofiar Katynia. Rosjanie, widząc, że ich początkowa skrucha przynosi efekty odwrotne od spodziewanych (Sołżenicyn przeczuwał fałsz w polskiej żałobie), zaczęli mówić o swoich żołnierzach zamorzonych głodem w polskich obozach jenieckich. Na to Polacy, naród honorowy (przybliżony do prawdy opis polskiego honoru w „Braciach Karamazow"), odpowiadają, że naszych zabito strzałem w tył głowy, a ich sołdaty same poumierały na tyfus, co stanowi wielką różnicę. Trudno zaprzeczyć. Beria nie stworzył polskim jeńcom odpowiednich warunków do tego, żeby mogli wymrzeć na tyfus.
Może się w Polakach obudzi kiedyś rzeczywiste, a nie politycznie i propagandowo wykreowane sumienie, na razie Katyń, zbrodnia wojenna sprzed lat siedemdziesięciu, występuje jako skalkulowany środek psychologicznej wojny z Rosją. Wojny, która nie ma sensu.
Pozorowane życie historią i nieszczere, nieautentyczne roznamiętnienie wydarzeniami sprzed wielu dziesięcioleci stwarzają w Polsce atmosferę domu wariatów.
•
W Moskwie mogli się ostatnio przekonać, że powoływanie się na dokumenty jest złą metodą propagandową, przynajmniej gdy się przemawia do Polaków. W ostatnich latach Polacy są zasypywani dokumentami, z których większość jest fałszywa, a reszta niepewna, i raczej dobrze o nich świadczy, że w dokumenty nie wierzą. Gorzej, że niekiedy nie robią na nich wrażenia również oczywiste fakty. Żeby się dobrać do świadomości polskiego narodu, należy się posługiwać grzmiącymi frazesami, morałami, pochlebstwami, snobizmem, religią albo przytaczać sądy autorytetów zachodnich, które wystarczą za wszystko. Rosjanie są bardzo nieudolnymi propagandystami, ponieważ są zbyt wsobni, prawie tak jak Polacy, i mają za mało stosunków z innymi narodami, a nic tak nie kształci jak konieczność dostosowania się do ludzi mających zupełnie odmienne poglądy i doświadczenia.
Polskie przedwojenne rządy słusznie odrzuciły niemiecką ofertę wspólnego uderzenia na Związek Radziecki, co w Moskwie powinno być docenione, ale były widziane jako proniemieckie w wielu innych sprawach. Winston Churchill pisał, że sprzyjając polityce niemieckiej, Polska wykazuje niewdzięczność wobec Anglii i Francji, które zapłaciły cenę krwi za niepodległość Polski. Współczesny autor włoski w książce „Lance z papieru", o której pisałem kiedyś, nazwał politykę polską „szakalizmem", to jest żywieniem się tym, czego nie dojedli Niemcy (dosłowniej: wykorzystywaniem skutków sukcesów niemieckich do swoich celów). Za proniemiecką politykę słusznie lub niesłusznie krytykowali Becka również polscy premierzy Sikorski i Mikołajczyk. Niczego nowego tu się nie odkryje. Jeżeli zaś chodzi o chęć rozbicia Związku Sowieckiego, co nam Moskwa zarzuca, to Polacy tym się chełpią. Interesujące informacje na ten temat m.in. w książce T. Snydera „Tajna wojna", a więc i w tej sprawie tajne dokumenty niepotrzebne.
W polemologii (nauce o wojnie) występują dwie koncepcje wojny. W jednej głównym pojęciem jest agresja, a w drugiej obrona. Agresor czyni wojnę? Czy można jednak mówić o wojnie, gdy nie ma dwu walczących ze sobą wojsk i gdy najeźdźca zajmuje kraj, nie napotykając zbrojnego oporu? Polacy są głęboko przekonani, że II wojna światowa zaczęła się 1 września 1939 roku, gdy Niemcy najechali na Polskę i napotkali opór, a nie 15 marca tamtego roku, gdy zajęli Czechy. Przyjmują w tym wypadku drugą koncepcję, definiującą wojnę nie przez agresję, lecz przez obronę. Czesi
nie bronili się, więc wojny nie było. Polacy porzucają jednakże tę teorię, gdy mówią o 17 września, kiedy to armia sowiecka wkroczyła do Polski. Wojsko polskie nie stawiało oporu (zgodnie z rozkazem naczelnego wodza), a duża część ludności ukraińskiej, białoruskiej t żydowskiej przyjaźnie witała Armię Czerwoną. Gdyby rozpatrywali najazd sowiecki na Polskę według takich pojęć, jakie stosują do najazdu niemieckiego na Czechy, to powinni dojść do wniosku, że we wschodniej Polsce po 17 września wojny nie było. Nie można nikogo zmusić do konsekwencji (Kołakowski napisał pochwałę niekonsekwencji), ale kto sam sobie przeczy w kwestii zasad, nie może oczekiwać, że inni będą się liczyć z jego poglądami. Co do mnie, stoję na stanowisku, że agresja czyni wojnę, a nie obrona, i sądzę, że po 17 września mimo braku oporu miała miejsce wojna; odpowiednio twierdzę, że II wojna światowa zaczęła się w marcu 1939 roku, mimo tego, że Czesi się nie bronili, a nie dopiero 1 września tamtego roku.
Przedstawiciele sfer rządowych wyrażają zadowolenie z uroczystości rocznicowych na Westerplatte, ponieważ, jak powtarzają, zostało potwierdzone, i świat się o tym dowiedział, że wojna wybuchła 1 września 1939 n, a nie kiedy indziej, i Polska, a nie kto inny, była jej pierwszą ofiarą. Dlaczego sferom rządowym, a zdaje się, że większości Polaków też, na uznaniu tej wersji bardzo zależy, tego dobrze nie wiem i tylko bardzo mętnie się domyślam. Jeden z panów Kaczyńskich powiedział, że „1 września ma być dniem polskiej chwały i dumy" („Gazeta Wyborcza"). U podstaw takiego poglądu znajduje się zupełnie fałszywe wyobrażenie o wartościach, w szcze-gólności o chwale i dumie. 1 września Polska została zaatakowana tak skutecznie, że w ciągu dwu tygodni została rozgromiona i rozpadła się jako państwo, a rząd, który głosił, że honor jest rzeczą bezcenną, uciekł za granicę. Gdyby klęska była tytułem do chwały i dumy, to wojska czy to rycerskie, czy poboru nie starałyby się zwyciężać za wszelką cenę, lecz szukałyby chwały i dumy w przegrywaniu, bitew i wojen. Jak świat długi i szeroki ludzie postępują według odwrotnej zasady. Pogląd pana Kaczyńskiego nie jest odosobniony, przeciwnie, większość Polaków, jeśli tak nie myśli, to przynajmniej mówi jak on, i to czyni sprawę bardzo poważną. Dla takiego poglądu można dobierać nazwę spośród takich wyrażeń jak przewrotność, obłuda, antywartości lub nihi-lizm polityczny. Polska świadomość polityczna jest oparta na odwrotności tego, co słuszne, przynajmniej co się tyczy zwycięstwa i klęski, chwały i dumy. Jest to skutek inwazji religii na myślenie polityczne. Armia Czerwona zajęła 17 września terytoria polskie, arcypolskie, bo kresowe. Jeżeli te ziemie były wówczas polskie, to dlaczego nie są polskie teraz, gdy minister Zdrojewski z premierem Tuskiem i całą resztą zakończyli zwycięsko II wojnę światową?
Dlatego, że Ukraińcy, Białorusini i Litwini mają swoje zdanie na temat polskość tych ziem. Twierdzą, że polskie panowanie tam było okupacją. Mają niejakie oparcie w umowach międzynarodowych, uznających wschodnią granicę II Rzeczypospolitej za tymczasową. Na lata 40. przypadał termin ponownego jej rozważenia. W oczach polityków brytyjskich, nie tylko Lloyda George'a, przeje/ de przez Polskę terytoriów wschodnich środkami wojny nigdy się nie uprawomocniło, lecz zaledwie warunkowo zalegalizowało. Tak wiec horror paktu Ribbentrop-Mołotow nie w tym tkwi, że te ziemie zostały odebrane sposobem, jakim były - z rosyjskiego czy ukraińskiego punktu widzenia - przez Polskę nabyte, lecz w terrorze, jaki bolszewicy zaprowadzili. Terror nie był jednak treścią paktu. Istota łych wydarzeń mieści się poza dyplomacją i wojskową inwazją i polega na rozszerzeniu się rewolucji poza granice Związku Radzieckiego. Wszystkie opisy i analizy będą powierzchowne i chybione, jeśli w centrum uwagi nie postawi się straszliwej rewolucji bolszewickiej. Jeśli ktoś chce się bawić słowami, niech sobie rozpatruje rewolucję w kategoriach prawa międzynarodowego.
Przegląd, Nr 36/2009
Nie…
Ton czyni piosenkę… To nie jest żaden ton lewicy. Co raz to jednak od czasu do czasu wraca - pewien typowy, wzgardliwy ton poczucia wyższości wobec „Polaków”, „Polski”, „polskiego narodu”, nie wobec „nas”, bo jakby ci publicyści siebie do „nas” nie zaliczali. Byłoby zrozumiałe, gdyby to był język odrzuconych, ale nie, piszą tak ludzie cenieni i lubiani, skąd więc to wracające „jacy ci Polacy są”, oraz przebijająca w tym języku chęć sprawienia „im” przykrości? Sprawienia przykrości nawet i trafnymi argumentami – jak ten, że warto pamiętać o wejściu Niemców hitlerowskich do Czechosłowacji, kiedy rozmawia się o początku drugiej wojny światowej, nawet jeśli zajęli Czechy bez wojny... Trudno pogodzić się za to z niestosowną ironią np. na temat Berii, ze zwrotami o Polsce „rozgromionej w dwa tygodnie” (akurat w cztery) i rządzie, który „uciekł”. Jeśli Polska została „rozgromiona”, to skąd wzięło się państwo podziemne, dlaczego okupanci musieli trzymać na ziemiach polskich milion ludzi pod bronią, dlaczego musieli zniszczyć 440 wsi jak Oradour, tygodniami walczyć z powstaniami w gettach i dwa miesiące z powstaniem Warszawy? A jeśli status prawny ziem wschodnich był nie potwierdzony, czyli niepewny, to może ci ze wschodu słusznie „wkroczyli”? Autor byłby im zwrócił uwagę na ten argument, który sami wtedy przeoczyli…
Trudno mnie uważać za nacjonalistę. Nie jestem w ogóle zwolennikiem świętowania rocznic (poza świętami 3 Maja, 4 Czerwca i 11 Listopada). Dla wielkich dat rocznicowych wystarczyłyby – w moim pojęciu – wielkie, międzynarodowe sesje naukowe i dyskusje publicystyczne mądrych ludzi, bez tych, którzy historią grają w bieżącą politykę jak bracia Kaczyńscy. Jest nadal sporo do wyjaśnienia – i wyjaśniania. Autor jakby nie zauważył natomiast, że zabiegamy wszystkiego o dostęp do poradzieckich archiwów – co chyba nie jest jakąś agresją i raczej nie nadaje się do ironizowania.
Kiedy historię zamienia się w histerię, korzystają na tym „historiozofowie” spod znaku KGB, jak też ich wyrozumiali egzegeci – że nie wskażę palcem. Skąd tutaj tekst z taką tendencją i tonem tak charakterystycznym? Po co? Bo jest. Bo został napisany.
Waldemar Kuczyński: Po co ci to Rosjo
Kiedy z dystansu 70 lat patrzy się na dzisiejszy bilans ciągu wydarzeń, który rozpoczęła druga wojna światowa, to można powiedzieć, że jednak należymy do wygranych. Mamy duży kraj, którego granice są niekwestionowane przez nikogo. A w tym kraju 38 milionów ludzi żyjących w wolności i zespalających się coraz bardziej z wielką europejską rodziną. Przeżyliśmy, jako naród koszmary, ale w końcu wyszliśmy na swoje.
Czy to samo mogą dziś powiedzieć o sobie Rosjanie, pogromcy hitlerowskich Niemiec i najwięksi zwycięzcy II Wojny Światowej? Wątpię. Wepchnął ich w wojnę wielbiony dziś przez wielu z nich Stalin, a potem, kosztem 20 milionów radzieckich trupów, ratował kraj z nieszczęścia, które sam wywołał do spółki z drugim ludożercą. I Rosjanie tego koszmarnego paradoksu nie chcą dostrzec i widzą w nim swego zbawcę, zamiast widzieć mordercę. Ale żeby tylko to. Najpierw za udział w zmiażdżeniu Polski dostał Stalin od Hitlera połowę naszego ówczesnego kraju, Republiki Bałtyckie i Besarabię z Bukowiną, a potem w skutek idealizmu, naiwności, czy wręcz głupoty politycznej Rosevelta i jego doradców pozwolono mu wtargnąć daleko w głąb Europy, co wcale nie musiało się zdarzyć, i zagarnąć kolejne setki tysięcy kilometrów kwadratowych i miliony ludzi w swoje zbrodnicze łapska.
Po czasie okazało się, że Kraj Rad połknął o wiele za duży kęs i zaczął mieć kłopoty z jego trawieniem. A na dodatek wdał się w kolejną, tym razem generalnie zimną, ale tu i ówdzie gorącą wojnę z całym Zachodem. Ten demokratyczny Zachód, przypominający bawołu, zwierzę najbardziej lubiące wylegiwać się i przeżuwać w cieple i spokoju, niczym mu nie zagrażał. Miał dość wojny. Ale drażniony postanowił się bronić. I przez następne 45 lat dławiący się zdobyczami Sojuz co kilka lat muszący wpychać je sobie do gardła za pomocą czołgów, toczył jednocześnie wojnę na wielu frontach globu, budował czołgi, rakiety i bomby wodorowe olewając modernizację kraju kraj, nie przejmując się koszmarną demoralizacją własnego społeczeństwa. Aż przyszedł skręt kiszek i trzeba było wypluć wszystko co się zdobyło krwią żołnierzy, ale i spolegliwością Hitlera i Rosevelta. I jeszcze prawie wszystko co się zdobywało od kilku wieków imperialistycznej przygody. I po co ci to wszystko było Rosjo?
A co dzisiaj? Rosja to nadal terytorialnie największy kraj na świecie. Wydawać by się mogło, że czego, jak czego, ale ziemi im nie brak, miejsca dla siebie mają ogrom, a w tym miejscu na dodatek cała tablica Mendelejewa, często w wielkiej obfitości. I zamiast zająć się sobą, uspokoić sąsiadów, tych bliższych i tych dalszych, że już nigdy nie będzie się ich podbijać, czy narzucać groźbami swoją wolę, odżywa ta sama arogancja, to samo, jakże dobrze nam znane z własnego doświadczenia, posługiwanie się kłamstwem, co widać szczególnie w dniach poprzedzających wizytę Putina w Polsce.
Jednego za to brakuje. Spojrzenia na siebie w prawdzie, na siebie i na kondycję kraju. Rosja nie jest tym czym była. Zmniejszona, z demograficzną zapaścią, toczona przez aids, gruźlicę i przede wszystkim przez wódę. Jej potęga tkwi w atomowym żelastwie, którego ma zatrzęsienie. Jej nadzieja w tym, ile będzie kosztowała ropa naftowa. A co się dzieje na Jej wschodnich rubieżach? Tam wyrasta wielka, gigantyczna potęga, w ogóle nie oparta na tym co Chińczycy mają w ziemi. Oparta na czynniku najbardziej wartościowym, którego nic, największe bogactwa naturalne nie są w stanie przebić, na pracowitości Chińczyka. Jest Rosja w tej konfrontacji dzisiaj na straconej pozycji. Być może już straciła szansę, by przestać na niej być. Bo, by tak się stało, trzeba porzucić idiotycznie dziś wyglądające amibicje, by stać się znowu supermocarstwem. Nie ma już rywalizacji Wschód Zachód, a Rosja żyje w złudzeniu, że ona trwa. Trzeba zająć się krajem; otrzeźwieniem, wyleczeniem i postawieniem na nogi Rosjanina, tak by choć trochę przybliżyć społeczny kapitał do tego, którym dysponuje sąsiad o skośnych oczach, bo inaczej marna sprawa. A temu dobrze służy wolność, a nie nowe rabstwo, choćby bez porównania łagodniejsze niż nawet za cara. I porzucenie ambicji na wyrost, zmniejszenie żołądka i apetytu na nowe strefy wpływów, na powrót “bliskich zagranic”.
Rosjo: zajmij się sobą, bo tego potrzebujesz w pierwszej kolejności.
Waldemar Kuczyński: Stocznie i gaz.
Wielokrotnie pisałem, że Rosja pozostaje dla nas i nie tylko dla nas krajem niebezpiecznym, bo w odróżnieniu od innych dawnych imperiów, nie uznała swojego upadku. Nie rozliczyła się też przed samą sobą z napastniczych czynów, w tym z współodpowiedzialności za wybuch Drugiej Wojny Światowej. Wszelako nieufność nie powinna prowadzić do antyrosyjskiej alergii umysłowej. A tak się moim zdaniem dzieje na przykład w kwestii zaopatrzenia Polski w gaz.
Alergia, czy wręcz histeria zaczęła się za rządu Jerzego Buzka, w którego Kancelarii była grupa takich alergików, dziś częściowo w kancelarii prezydenta. Obiektem ich zabiegów była budowa “rury norweskiej”, pomysł wyrastający nie tylko z lęku przed przykręceniem kurka rosyjskiego, ale także z nieufności do Unii Europejskiej, której premier z drugiej strony był wielkim zwolennikiem. Dywersyfikację rozumiano, jako bezpośrednie wetknięcie rury w złoże poza rosyjską kontrolą z drugim końcem w Polsce. To możnaby rozumieć, gdyby sprawa była realna, ale nie była. Do tej pory nic z niej nie wyszło i nie wyjdzie. Gadanie, że to rząd Millera zaprzepaścił już prawie dopięty pomysł jest bajką. Polska jest zupełnie marginalnym odbiorcą gazu na rynku europejskim i ten surowiec jest nam potrzebny bardziej dla przemysłu chemicznego, niż dla energetyki. Tu jesteśmy gazowo prawie samowyystarczalni.
Piszę o tym w związku ze sprawą stoczni i tajemniczego inwestora katarskiego. Uważam, że zakup stoczni i kontrakt na dostawy gazu skroplonego to transakcja wiązana i nie przekonują mnie zaprzeczenia kręgów rządowych. Najpewniej było tak, że władze Kataru skłoniły miejscowy biznes do zaangażowania w tę sprawę, a potem dały się przekonać, że zrobiłyby mu tym dużą szkodę. Być może same więc dla dobra kontraktu kupią masę upadłościową, jaką są stocznie i zapłacą za nią, przy ich portfelu, grosze, ale nie sądzę, by powróciło tam budowanie statków w pełnym tego słowa znaczeniu.
Polski przemysł stoczniowy był tworem sztucznym, powstałym na potrzeby rynku sztucznego, jakim była
RWPG. Gadanie, że to przemysł strategiczny jest śmieszne. Co to w ogóle znaczy w ekonomii przemysł stategiczny? Zresztą podobnie było z wieloma innymi gałęziami i w ogóle z powojenną industrializacją. Cała ta postkomunistyczna materia ekonomiczna, przez wiele lat budowana bardziej pod potrzeby wojny rusko-europejskiej niż ludzi, miała 20 lat na przebudowanie się, zwykle bolesne, i dostosowanie do prawdziwego rynku. Wielu się to udało, nawet dobrze. Stoczniom z różnych względów się to nie udało i wcale nie jestem pewien, czy Gdańska jest już bezpieczna. Za długo były kolebkami, hołubiąc głównie rozpasane związki zawodowe, które wykańczały z udziałem polityków także zarządy, próbujące znaleźć miejsce na rynkach. Polskie wielkie stocznie to przeszłość, z wyjątkiem perełek - stoczni jachtowych.
Czy przyszłościa jest to co się dzieje z gazem? Może, ale czy najlepszą? Nie będzie rury z Norwegii wprost do Polski, ani ropociągu Odessa Brody (nawiasem mówiąc po co on nam skoro mamy Naftoport). Będzie za to Gazociąg Północny, być może też Nabucco, jak się Unia spręży. I być może będzie gazoport. W stosunku do szajb gazowych z czasów rządu AWS (bardzo się im przeciwstawiałem, także na Radzie Ministrów) jest duży postęp, przejście od norweskich fantazji do realniejszego gazoportu, który także 8 lat temu przedstawiałem premierowi, jako rozwiązanie prawdopodobnie lepsze od “Ukochanej Rury”, bo realne. Ale czy najbardziej ekonomiczne? Tego nie wiem i dziś. Podejrzewam, że ciągle, również w rządzie Tuska trwa coś ze sposobu myślenia alergików z czasów AWS, a mianowicie, że dywersyfikacja wymaga polskiego dzioba bezpośrednio w złożu poza zasięgiem Putina.
Nie mam nic przeciwko temu. Trzeba wszelako pamiętać, że gazoport musi pracować i musi zwracać zainwestowane w niego niemałe pieniądze, a także utrzymać siebie. A gaz z Kataru powinien spełniać wymogi konkurencyjności. Nie wiem czy zrobiono odpowiednie kalkulacje, czy też bez jakichkolwiek kalkulacji, jak przy rurze z Norwegii (a to wiem, bo wtedy pytałem), uznano teraz, że to jest rozwiązanie idealne, które nie wymaga rachunku. Na przykład rozpatrzenia dywersyfikacji pośredniej, poprzez system kojarzący polskie gazociągi z systemem gazociągowym Unii Europejskiej, tak by polskie bezpieczeństwo w tym wymiarze było takie, jak bezpieczeństwo unijne. Dla Kataru, klient nawet niezbyt wielki, na 20 lat to zapewne dobry interes, ale czy i dla nas?
Waldemar Kuczyński: Żubrze, przywal jak spróbują!
Nasi prawicowcy, zakochani w PiS, albo w Rydzyku, albo w obu, kochają nieszczęścia, które dotknęły naród. Im większa tragedia, tym większe uwielbienie. A znów gdy ludzie chcą być zadowoleni, w takim najzwyklejszym, a więc najważniejszym sensie to rwą włosy z głowy, że dzieje się coś niedobrego.
Pierwszy przypadek, to zachwyty nad trwającym 63 dni końcem świata dla Warszawiaków i Warszawy. W nich było powtarzanie, jak bohatersko umierano wtedy za ojczyznę. To prawda. Ale nie było o zwierzęcym strachu ludności w piwnicach, o lęku o najbliższych i rozpaczy za nimi, o cierpieniu rannych, chorych i głodnych. Nie było o warszawskim powietrzu złożonym z dymu i smrodu trupów. Nie było o złorzeczeniach na swoich, którzy to sprowokowali. Były hołdy dla generałów, co o walkach zdecydowali i milczenie o tych, co chcieli im zapobiec. Apokalipsę zamieniono w patriotyczny piknik, straszliwą prawdę czasu w cukierowy fałsz rocznicy. Tak słodki, że wielu zapragnęło powtórki na niby. Fałszywej, bo nie widziałem wśród nich nikogo z gołymi rękami, czy z pałką zamiast karabinu. Wyglądało to wszystko nie patriotycznie, lecz idiotycznie, a durnych rodziców poprzebieranych dzieci warto by zapytać, czy o tym dla nich marzą.
Przypadek drugi, to negatywna kariera grillowania, w oczach prawicowej elity, tej, wedle Marka Rymkiewicza, nienadgryzionej przez donoszenie bezpiece, tej niezbrukanie polskiej, patriotycznej od naskórka po jelito grube. Parę dni temu słyszałem w TOK-FM trzech takich, jak wytrząsali się nad narodowym grillowaniem, komentując nadal bardzo wysokie notowania Platformy, o których marzą, by spadały, a one nie chcą. Naród zmarniał, bo pokochał grillowanie, czyli po prostu zadowolenie z dnia codziennego, z życia po prostu, w tym z grillowania w dosłownym znaczeniu. Naród zmarniał, bo grillując rozpadł się na jednostki, na jakieś grupki wokół tego grilla i przestał nie tyle istnieć, co działać, jako naró
d. A naród ma działać, jako naród, ma umacniać tożsamość, najlepiej pielgrzymując do Muzeum Powstania Warszawskiego i innych muzeów budzicieli narodu, które są w pomysłach. Naród ma wiedzieć, że ma wroga na Wschodzie otwartego i na Zachodzie, przycichłego, ale niewygasłego, a jeszcze dalej na Zachodzie jest najgroźniejszy, a mianowicie liberalizm. Ten od skrobanki na życzenie, eutanazji, małżeństw gejowskich i bezbożnictwa. Narodowi nie wolno więc grillować wobec tylu wrogów, bo mogą go zagryźć. Naród musi być czujny i pobudzony, by sam gryzł. W tym celu musi mieć przewodników i ich słuchać. Dlatego grillowanie to katastrofa.
A największa już z tego powodu, że naród uznał, iż najlepiej mu będzie przeżywać owe relaksowe, niepatriotyczne nastawienie, jak najdalej od Prawa i Sprawiedliwości i najpierw z zapalczywością wyborczą, jakiej nie dał świadectwa wcześniej odegnał od władzy tę partię. Postawił, o zgrozo, na Platformę Obywatelską, niepatriotyczną, rodem z Wehrmachtu, marzącą - jak pisał J. Kaczyński - o dezintegracji społeczeństwa i państwa. I przy niej trwa, czego pisowcy, w polityce i mediach nie są w stanie pojąć.
I trwaj narodzie, nie bądź głupi. Trwaj póki nie rozpyli się w pył pisowska zjawa, lub póki nie wyrośnie bezpieczny zmiennik, dla - w oczach wielu - niedoskonałej, wręcz wkurzającej, ale właśnie bezpiecznej Platformy. To nie jest zła ekipa. Zmiennik nie wyrośnie, dopóki - czy to na lewicy, czy to na prawicy - nie zrozumie się, że nim może zostać tylko ktoś, jakaś partia, która by móc zastąpić Platformę, zastąpi najpierw PiS w roli opozycji bezpiecznej. Wspomniany Rymkiewicz napisał kiedyś, że Kaczyński ugryzł polskiego żubra w d… i on gdzieś pognał,
co się poecie bardzo podobało, choć nie wiedział dokąd żubr pognał, jakby to było zupełnie nieważne. Pomylił się, żubr nie pognał, lecz przywalił kopa gryzącemu. Żubrze, gdyby próbowali powtórzyć, to zrób to jeszcze raz!
Paweł Smoleński: Generał, który odszedł z klasą
Moja sytuacja jest niewygodna. Mam ocenić książkę wpisaną w szczególny kontekst i z tego względu niełatwą. Bo co się tyczy treści, to „Być może to ostatnie słowo..." gen. Wojciecha Jaruzelskiego - wyjaśnienia złożone przed sądem, przed którym stanął oskarżony przez IPN o kierowanie związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym, czyli Wojskową Radą Ocalenia Narodowego -jest przewidywalne.
Znajdziemy więc po raz kolejny opis spotkań, rozmów i negocjacji, które - wedle generała - doprowadziły do wprowadzenia stanu wojennego. Oraz jego interpretacje najważniejszych wydarzeń „karnawału »Solidarności«", z którymi niekiedy trudno mi się zgodzić (np. przygotowania do antyrządowych manifestacji planowanych na połowę grudnia 1981 r.), lecz dziś uznaję, że strona, po której stal, tak właśnie mogła myśleć. I że takie myślenie było realnym składnikiem tamtej polskiej rzeczywistości.
Generał przywołuje treść rozmów, jakie prowadził z przywódcami państw ościennych, wspierając swą pamięć dokumentami i relacjami świadków. Z rozmów tych aż wyjewa się nienawiść do polskich przemian i słabo skrywane żądanie: zróbcie wreszcie coś z tą „Solidarnością", bo inaczej my zrobimy to za was. Podaje też nieznane fakty, np. żołnierzom radzieckim zmniejszono codzienne racje chleba, co miało być skutkiem polskiego bałaganu. Jeśli ktoś pamięta czas „Karnawału" i oficjalne pogróżki kierowane z Moskwy, musi się zastanowić, co wtedy czul każdy krasnoarmiejec, jak był urobiony przez propagandę i co by się stało, gdyby to jego rękoma „normalizowano" sytuację w Polsce.
Nowy jest w książce opis sytuacji wewnątrz PZPR, zwłaszcza grupy twardogłowych, wyczekujących, kiedy Jaruzelskiemu powinie się noga - ascetycznie oszczędny, choć właśnie on może być koronnym argumentem obrony. Generał zapewne kieruje się zasadą, że o zmarłych (większość z tej grupy nie żyje) można opowiadać dalece nie wszystko, bo nie mogą się bronić.
Są też w książce przeprosiny i piętnowanie niegodziwości i głupoty we własnych szeregach. Nie ma chowania się za plecy innych, tłumaczenia własnych decyzji „obiektywną sytuacją" lub naciskiem z zewnątrz.
Kontekst ukazania się książki jest zdecydowanie ważniejszy niż treść. O Jaruzelskim można powiedzieć i napisać
wszystko, nie oglądając się na fakty i przyzwoitość. Np. że w czasie II wojny był dekownikiem albo że wysłał przyjaciela na pewną śmierć. Ale jak to możliwe, by dekownik był dwukrotnie ranny? I gdzie się dekował, skoro przyjaciel umarł na jego rękach? Słowem - Jaruzelski ma przypisaną rolę czarnej owcy. Jeśli coś nie przystaje do takiego wizerunku, tym gorzej - dla faktów.
Zgoda - generał zapisał się w historii Polski w sposób, z którego nie zawsze może być dumny. Ma też inny od kanonicznego pogląd na czas pierwszej „Solidarności" i stan wojenny. Jednak dziś opinie zawarte w „Ostatnim słowie..." są w pełni uprawnione i niosą w sobie jakąś rację. Mam też wrażenie, że liczy się także styl i klasa, z jaką generał potrafił przegrać, czego skutkiem była wygrana nas wszystkich. Pamiętam też, że przeprosił niejeden raz za krzywdy stanu wojennego. I nie uchylał się od odpowiedzialności.
W szczęśliwszych miejscach na ziemi klęska generała, która okazała się sukcesem jego kraju, byłaby czymś powszechnie szanowanym. Dlatego dziwi mnie cierpliwość, z jaką JaruzelsM tłumaczy i powtarza, powtarza i tłumaczy, skoro musi mieć poczucie, że trafia w próżnię. Ja machnąłbym ręką: nie chce mi się rozmawiać z depozytariuszami racji stuprocentowej...
Paweł Smoleński: Co się wydaje. O mowie sądowej Wojciecha Jaruzelskiego Gazeta Wyborcza - Świąteczna, 8-9 sierpnia 2009
Waldemar Kuczyński: Prezydencka gra na koźle.
Nie wierzę w szczerość intencji obecnego lokatora Pałacu Prezydenckiego, by wspólnie z Lechem Wałęsą uczcić 30- tą rocznicę Sierpnia 1980 roku. I wątpię w szczerość nie dlatego, że Lechowi Kaczyńskiemu nie pasowałoby stanąć tego dnia obok owego “Bolka”
, którego może wysadziła w stoczni SB-cka motorówka, bo Kaczyńskim wszystko pasuje, jeżeli tylko widzą w tym interes polityczny. Na przykład ostatnie przejęcie mediów publicznych w sitwie z SLD, które konsekwentnie, nie patrząc na płaską linię sondaży, coraz wyżej wznosi szyld z napisem “najlepszy sojusznik PiS”. I nie pomogą zaklinania, że to nie oni.
Deklaracja prezydenta o wspólnym uczczeniu rocznicy Sierpnia za rok to zagrywka pod tę część opinii publicznej, która chciałaby większej zgody pomiędzy władzami, a także w ogóle w życiu publicznym. To jest kamuflaż, mimikra, początek ugłaskiwania wyborców w nadziei, że część z nich się na tą nagle ujawnioną łagodność i zgodność nabierze i pomyśli; no dobrze widać, że się poprawia, że przestaje naśladować brata więc może zostawmy go jeszcze na następne pięć lat w Pałacu. Ten sam cel miało niedawne mrugnięcie okiem do Pań domagających się wprowadzenia parytetu na listach wyborczych. Tego samego, co zauważył w “Gazecie Wyborczej” Jacek Fedorowicz, można się dopatrzyć w zastąpieniu zaczepnego Kownackiego układnym Stasiakiem na stanowisku szefa Kancelarii. Najbardziej jednak sens nowej strategii objawił się w nieoczekiwanym podpisaniu rządowego pakietu antykryzysowego. Po tym podpisaniu nie tylko media, generalnie skłonne do pośpiesznych i często niemądrych reakcji, ale także politycy partii rządzącej, na czele - o wielkie dziwo - ze Stefanem Niesiołowskim, padli prawie na kolana przed prezydentem, co słusznie zauważyła w telewizji Janina Paradowska. Nie zawetował! Chwała mu! Tak to normalność zamieniła się w cudowność!
Ten zachwyt pokazuje bardzo dobrze na czym się gra. Gra się na efekcie ze znanego żydowskiego kawału o brzydko pachnącym koźle, najpierw - za radą mądrego rabina - wprowadzonym do mieszkania, na które bardzo narzekali lokatorzy, a po pewnym czasie, też za jego radą, wyprowadzonym z niego, ku zachwytowi mieszkańców, jakie to mają wygodne i pachnące lokum. Jak na ironię bracia, bo to jest gra bratersko uzgodniona (nic politycznego się w tej parze nie dzieje oddzielnie), chcą skorzystać z paskudnych owoców własnej działalności politycznej w ostatnich latach i mają nadzieję z tego paskudztwa wyciągnąć zyski. Gdyby prezydent i jego brat uprzednimi poczynaniami nie stworzyli klimatu waśni, podgryzań, podejrzeń, sabotowania rządu przy każdej okazji, czyli gdyby nie zepsuli politycznego powietrza, to podpisanie pakietu kryzysowego nie wywołałoby wrażenia, że zdarzył się cud i prezydenta nawiedził święty duch zgody, za co należy się mu hołd i wybór na następną kadencję.
Tylko ktoś bardzo naiwny uwierzy w szczerość tej przemiany. A uwierzywszy ma rozczarowanie, jak w banku. Jak podczas niedawnej próby ubrania się Jarosława Kaczyńskiego w skórkę grzecznego koziołeczka. Ona się szybko skończyła klapą, choć pewne wyciszenie szefa PiS trwa, właśnie po to, żeby nie poszarpać maskującego stroju brata. Ale i tak nie wytrzymuje i chociaż “w niedziołeczkę, skacze do kapusty”, by oświadczyć, jak to premier skończy z głową w nocniku. Nic, absolutnie nic nie zmieniło się w myśleniu i w zamierzeniach Kaczyńskich od czasu, gdy pokazali nam, jak wyobrażają sobie Polskę pod swoim przewodem. Stare pomysły, określenia, oskarżenia, obsesje zostały nieco schowane, ale czekają na dobry czas, na który bracia ciągle liczą. Gdyby, w co nie wierzę, się nie przeliczyli, to wyjmą je ze schowków i spróbują uraczyć nas drugim aktem przedstawienia z lat 2006-2007.
Moim zdaniem Lech Wałęsa zareagował zbyt gwałtownie na to “zaproszenie” na 31 sierpnia 2010 roku, ale jego intencję
odczytał bezbłędnie. Mój pięcioletni wnuk Krzyś, gdy próbuję go od czasu do czasu podpuścić, odpowiada trzeźwo; “dziadku, nie dam się na to nabrać!”. Zalecam branie przykładu z Lecha i z Krzysia.
Prof. Jan Ciechanowski: Lekcja powstania
Przed kolejną rocznicą wybuchu powstania warszawskiego polecamy fragment wywiadu, jakiego udzielił „Przeglądowi” prof. Jan Ciechanowski – żołnierz AK i uczestnik powstania, autor wznowionej w tym roku monografii, poświęconej dziejom powstania, a także jego genezie politycznej i uwarunkowaniom dyplomatycznym .
Czy powstanie musiało trwać tak długo i pochłonąć tyle ofiar?
Czytaj też wywiad z prof. Ciechanowskim w "Gazecie Wyborczej"
Bór-Komorowski po upadku Powiśla, gdzieś 9 września, zaczął myśleć o kapitulacji, ale 10 września Mikołajczyk poinformował go, że dojdzie do wielkiej amerykańskiej wyprawy powietrznej nad Warszawę. W tym czasie zaczęły się też działania armii Berlinga na Pradze i znów odrodziły się nadzieje na wsparcie Armii Radzieckiej. Poza tym dużą rolę odgrywał gen. Pełczyński, który mówił, że nie można skapitulować za wcześnie, że Rosjanie w końcu wejdą. Do tego gen. Chruściel poinformował, że on kapitulować nie będzie, że trzeba walczyć i że lepiej podporządkować się gen. Żymierskiemu, niż składać broń. Tak więc były duże naciski na Bora, żeby nie kapitulować. Poza tym trudno było im skapitulować, bo tak naprawdę to, że sytuacja jest całkowicie beznadziejna, zrozumieli dopiero po tej amerykańskiej wyprawie i po zrzutach, które w większości trafiły do Niemców. Oczywiste, że gdyby powstanie nie trwało tak długo, ofiar byłoby mniej, ale Niemcy zburzyliby Warszawę bez względu na to, kiedy ono by się skończyło.
Ludność cywilna początkowo poparła powstanie, ale z każdym dniem, o czym wiemy choćby „Pamiętnika z powstania Warszawskiego" Mirona Białoszewskiego, zachowywała się coraz bardziej niechętnie wobec jego dowódców. Czyżby cywile szybciej zrozumieli, że dalsza walka jest bezcelowa?
Mnie jest trudno o tym mówić. My, którzy byliśmy w ogniu walki, nie mieliśmy większego kontaktu z ludnością cywilną, mogę więc głównie polegać na opiniach innych. Nie bardzo wiedzieliśmy, co ci cywile siedzący w śmierdzących piwnicach myśleli. Jedyna naukowa, porządna książka, która mówi o postawie ludności cywilnej i jej przeżyciach w czasie powstania, to praca, wydana również w Polsce, Angielki Joanny Hanson. Z książki tej wynika, że na początku ludność wspierała powstanie, a nawet uratowała je, bo w pierwszych dniach zaczęła spontanicznie budować barykady, Później jednak te nastroje zaczęły opadać. Z osobistych doświadczeń mogę powiedzieć, że koło 20 września widziałem, jak gen. Komorowski inspekcjonował oddziały stacjonujące w okolicach pl. Trzech Krzyży. Pamiętam, że jakieś kobiety krzyczały: „Ty morderco naszych dzieci!". Ale po kapitulacji ci sami ludzie, nierzadko niechętni nam, gdy żegnali nas maszerujących do niewoli, krzyczeli: „Chłopcy, wracajcie na Boże Narodzenie!".
Panie profesorze, dlaczego gen. Władysław Anders uznał wywołanie powstania za zbrodnię?
Patrzył na nie z punktu widzenia wojskowego i dlatego powiedział wyraźnie, że jak się nie ma broni, nie daje się rozkazu do walki, szczególnie tam, gdzie są duże skupiska ludności. On chyba miał rodzinę w stolicy i myślał, że już jej więcej nie zobaczy. Gen. Anders uważał, że powstanie to działanie na rękę Niemcom i Rosjanom. Tak samo jak Sosnkowski uważał, że będzie nowa wojna i potrzebne jest zachowanie jak największych sił zdolnych do walki. Nawet stawiał pytanie, kto będzie odpowiadał za powstanie warszawskie, i mówił, że wcześniej czy później gen. Komorowski stanie przed jakimś sądem. Ja nie oceniam powstania jako zbrodni, a generałów Komorowskiego, Pełczyńskiego i Okulickiego nie uważam za zbrodniarzy, ale za dowódców, których przerosły okoliczności i którzy wykazali się ogromnym niezrozumieniem sytuacji, w jakiej się znalazła Polska w tamtym czasie. Tego, że nie znali się na wielkiej polityce, nie muszę dodawać
W książce akcentuje pan, że do całościowego oglądu powstania konieczna jest możliwość wglądu przez historyków w rosyjskie archiwa. Czego się pan spodziewa po ich otwarciu?
My się domyślamy, jak wyglądała polityka Stalina. Wiemy, że się nie zgodził na wniosek Żukowa i Rokossowskiego, żeby ponowić ofensywę na Warszawę około 20 sierpnia. Historycy chcieliby się zorientować, kiedy Stalin skazał powstanie na klęskę, kiedy postawił
już definitywnie na Związek Patriotów Polskich, PKWN. Czy przed powstaniem, czy może jeszcze w jego trakcie była jakaś możliwość dogadania się z nim? Politykę Stalina, jego myślenie oceniamy po jego czynach. Znamy za to dokładnie politykę Churchilla wobec Polski. Znamy też politykę Roosevelta wobec niej, która właściwie w dużej mierze była zbrodnicza. Z jednej strony bowiem Roosevelt mówił: ja wam pomogę, a wy się dogadajcie ze Stalinem, a temu ostatniemu oświadczał, że najważniejsza rzecz to spokój na waszych tyłach, co oznaczało: aresztuj pan tych wszystkich ludzi i koniec. I stąd w Polsce panem sytuacji był niejaki gen. Sierow.
Czy Polska powojenna byłaby inna, gdyby nie tak liczne ofiary powstania?
Polska byłaby na pewno w orbicie Moskwy, byłaby PRL, ale inna. Ocalałyby tysiące inteligentów. Pewnie w pierwszych
latach powojennych wielu z nich zostałoby aresztowanych i przeszłoby przez Sybir, wielu by zginęło. Ale młodzi ludzie po Październiku '56, a niektórzy nawet wcześniej, odnaleźliby się w ówczesnych realiach, pracowaliby z pożytkiem dla Polski. Powiem nawet więcej: gdyby nie śmierć tylu wykształconych ludzi, to i III RP byłaby inna, i w XXI w. startowalibyśmy z innego pułapu rozwoju cywilizacyjnego.
Czy patrząc z Londynu przez te 65 lat od powstania, widzi pan, że powstańcza hekatomba odcisnęła się na świadomości i postawach Polaków?
Oczywiście, że tak. Po powstaniu robiliśmy wszystko, zarówno ludzie w kraju, jak i my tu, na emigracji, żeby iść
do niepodległości, o ile jest to możliwe, drogą bez powstania, bez kolejnego przelewu krwi. Kard. Stefan Wyszyński w 1957 r. powiedział do studentów: „Nie możemy co pokolenie odbudowywać Warszawy, ona nie może jeszcze raz spłynąć krwią". „Solidarność" też generalnie poszła tą drogą, jej porozumienie z władzą przy Okrągłym Stole jest największym tego dowodem. Nie tylko kardynał, ale i wielu ludzi peerelowskiej władzy nie chciało, żeby doszło do takich wydarzeń jak na Węgrzech w 1956 r. Nauczeni tragicznym doświadczeniem powstania warszawskiego Polacy wiedzieli, że Zachód będzie nam współczuł, mówił różne piękne rzeczy, ale nigdy nam nie pomoże, bo nie chce zadzierać z Rosją. Powstanie, ale nade wszystko tak liczne ofiary, zniszczenie i zburzenie miasta, studziły nastroje, co zaowocowało tym, że Polacy mogli się dogadać. Dramat powstania działał jako przestroga, że nie można bić się w warunkach, kiedy nie ma żadnych możliwości wygrania, i że warto mieć dobre stosunki z Rosjanami.
Jak pan patrzy na tych wszystkich „romantyków", którzy powstanie bezkrytycznie biorą na swoje sztandary...
...to myślę sobie - bierzcie, ale nie patrzcie ślepo na powstanie i powstańców. Dyskusja o celowości powstania powinna trwać. Oczywiście można uważać powstanie za wykwit polskiego bohaterstwa czy umiejętności prowadzenia walki w beznadziejnej sytuacji, można czcić chłopców i dziewczęta w panterkach, ale z drugiej strony trzeba mówić prawdę, że powstanie to również zryw, który był wielką narodową tragedią. Który nie przyniósł nam żadnych korzyści, politycznych zysków i wykopał niemałą przepaść między Polską a Rosją i Niemcami. Do pewnego stopnia stale patrzymy na Niemcy, jak i Rosję przez pryzmat wojny, powstania, Katynia i tych wszystkich ofiar. Tak dziś być nie powinno. Powstanie powinno też studzić bezkrytyczną wiarę w Zachód, rzekomo skory nam zawsze pomóc. Owszem, będzie on to robił, ale tylko w swoim interesie. I dlatego dobrze, że jesteśmy w NATO i UE. Gdyby tego nie było, znów bylibyśmy między Niemcami a Rosją, sytuacja znowu byłaby beznadziejna.
Pełny tekst wywiadu: „Przegląd”, nr 30 (500)
Andrzej Lubowski: W obronie listu do Obamy
List do prezydenta Baracka Obamy podpisany przez siedmiu byłych prezydentów, byłego premiera oraz kilku byłych szefów dyplomacji i ministrów obrony z krajów Europy Środkowej wywołał gwałtowne reakcje.
Prof. Roman Kuźniar na łamach "Gazety" nie zostawił na nim suchej nitki. Widzi w nim panikę, zawiedzioną miłość, kompleks sieroty, a ocenę sytuacji w samym regionie uważa za na tyle nietrafną, że budzi to wręcz jego zakłopotanie.
Ten ostatni zarzut, zważywszy osoby autorów, jest więcej niż brawurowy. Ma do sygnatariuszy pretensje, że nie krytykowali poprzedniej administracji. Dlaczego nie krytykowali, to dziś nieważne: albo się z nią zgadzali, albo ze względu na swą pozycję unikali krytyki, albo zabrakło im odwagi. Liczy się przyszłość. Dziś jest im zręczniej otwarcie się wypowiadać. Czy nie jest to wielki walor aktywności byłych liderów?
Nie widzę w liście ani serwilizmu, ani megalomanii. Widzę natomiast trzeźwą ocenę rzeczywistości, któ
rej postrzeganie przez nas nie zawsze pokrywa się ze spojrzeniem z Waszyngtonu, co jest zrozumiałe. A podstawowe fakty są takie:
2. NATO wydaje się dziś słabsze niż wtedy, gdy kraje naszego regionu do Sojuszu wstępowały;
3. W sprawach energii każdy, ku zadowoleniu Moskwy, ciągnie w swoją stronę.
Autorzy listu obawiają się, by w nowym rozdaniu z Ameryką Kreml nie grał znaczonymi kartami kosztem naszego regionu. Przy całym szacunku dla prof. Kuźniara, gdy chodzi o ocenę polityki Rosji, polegam bardziej na doświadczeniu w tym względzie Aleksandra Kwaśniewskiego i Adama Rotfelda.
Putin, dla którego rozpad ZSRR to "największa geopolityczna katastrofa stulecia", widzi w
sobie współczesnego Romanowa odbudowującego prestiż i siłę Rosji. Ropa i gaz to narzędzia tej restauracji, choć Kreml nie rezygnuje z głowic nuklearnych.
Rewizjonistyczny nacjonalizm Rosji zagraża nie tylko demokratycznym reformom na wschodnich obrzeżach Europy, ale także spójności Sojuszu Północnoatlantyckiego. Konflikt w Gruzji pokazał, jak ważna jest stanowczość i jedność Europy, zwłaszcza połączone ze wsparciem USA.
Z milczenia Waszyngtonu w obliczu masakry Czeczenii nie wynika, że trzeba być konsekwentnym i nadal przymykać oczy na brutalny imperializm
W sprawie tarczy autorzy listu nie opowiadają się za konkretnym rozwiązaniem, a odnotowując rozmaitość opinii w regionie postulują jedynie, by decyzji nie podejmować pod dyktando Moskwy.
Nie jest to koncert życzeń, ale rzeczowy głos nawołujący także do przejęcia przez Europę większego ciężaru i odpowiedzialności za wspólne bezpieczeństwo. Wskazuje na naturalne sprzeczności wymogów realizmu z jednej strony i szacunku dla pryncypiów i wartości demokracji z drugiej.
Autorzy listu przypominają, że Europa Środkowa i Wschodnia to strefa interesu strategicznego, a nie zbiór egzotycznych krajów, i że polityka w tym regionie wynikać powinna nie tylko z doraźnych interesów, ale także z solidarności: obrony praw krajów do bezpieczeństwa, wolności i demokratycznych wartości - aspiracji, za którymi Ameryka tradycyjnie stała. W takim stopniu, w jakim działania Rosji negują te prawa, zarówno USA, jak i cała Europa muszą zrozumieć, że stają w obliczu autorytarnego wyzwania wobec zachodniej demokracji.
Wątpliwości budzić może formuła listu otwartego. Stosuje się ją zwykle, gdy trudno o kontakt z adresatem lub gdy jest on wobec autorów wrogo nastawiony. Żaden z tych scenariuszy nie wchodzi tu w grę, stąd pytanie, czy jest to najbardziej efektywny sposób przekazu. Wytłumaczenie, jakie znajduję, jest takie, że w intencji sygnatariuszy odbiorcą listu miał być nie tylko Barack Obama, ale rządy krajów regionu oraz Berlin, Paryż, Londyn, Rzym, Bruksela, a także Moskwa.
Waldemar Kuczyński: Wyniesienie na kredyt
Kiedy Jerzy Buzek został premierem przez wszystkie media toczyła się długo rzeka oblizujących go komentarzy. Nie dawało się tego słuchać, ani
oglądać. Wiadomo, jaki był finał. Coś podobnego powtarza się od kilku dni, może nie na tak wielka skalę, ale także jest już trudne do zniesienia.
To bardzo dobrze, że Polak został przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, bo sam ten fakt Polskę wynosi bardziej niż mogłoby to zrobić przyznanie nam nawet bardzo ważnego komisarza. Tu akurat siła symbolu ma znaczenie praktyczne w postaci ogólnego zwiększenia pozycji naszego kraju. Ale to jest na razie awans na kredyt. Stało się coś co bardzo mocno zobowiązuje i to zobowiązanie, brzemienne w skutki, pozytywne lub negatywne zależnie, jak zostanie spełnione, nałożone jest na Jerzego Buzka. Miał dobre pierwsze wejścia i został bardzo ciepło przyjęty. Teraz wszystko zależy od tego, jakim będzie przewodniczącym, jaką o sobie zgromadzi opinię podczas praktycznego pełnienia tego trudnego stanowiska. Z nim nie wiąże się wiele władzy w Unii Europejskiej, ale znacznie więcej w parlamencie. I od tego, jak Jerzy Buzek
będzie tę władzę sprawował zależało będzie w dużym stopniu to, co parlament dokona, a także to jaka będzie jego realna pozycja w stosunku do wykonawczych władz Unii i na końcu to, czy powiedzą, że warto było powierzyć Polakowi, a więc Polsce tę rolę, czy nie.
Na tym stanowisku można być miłym figurantem, który się do wszystkich uśmiecha, wszystkim potakuje, którego niosą wydarzenia, a on stara się do do nich dopasować, tak, by możliwie ładnie zaistnieć, ale można byc też szefem, który wie dokładnie po co o to stanowisko zabiegał, co i w jakiej sekwencji chce zmienić w działaniu instytucji i zrobić razem z nią dla Unii. I zabiegać o to wiedząc, że nie zawsze się to spotka z uśmiechami i przytakiwaniem, często z niechęcią, czy wrogością, ale zawsze w takim wypadku z respektem i szacunkiem. Mam nadzieję, że mój były szef, którego poznałem przez dwa i pół roku codziennej współpracy okaże się przewodniczącym Parlamentu Europejskiego w tym drugim wydaniu. I jeśli tak się stanie to dopiero wtedy będziemy mogli sobie pogratulować nie na kredyt. A gdyby tak się nie stało, czego nie chcę dopuszczać, to doznamy porażki, która wartość tego ważnego wydarzenia, jakim było wybranie Polaka na szefa parlamentu Europy przekreśli.
Eletroencefalogram Trupa.
Słuchałem debaty budżetowej, a potem wieczorem dyskusji, czy raczej kłótni polityków na ten temat w TVN24. Moim zdaniem opozycja nie dorosła intelektualnie, by zmierzyć się z meritum i z retoryką ministra finansów. Jego wystapienie, było klarowne, konkretne i merytorycznie od strony ekonomicznej przekonujące, zarazem mocne, lecz nie kłótliwe i dobrze wygłoszone. Nie podobalo mi się jego poprzednie długie wystąpienie sejmowe, ale to było doskonałe.
Ze strony opozycji natomiast było jedno, kłótliwe, przesycone do niemożliwości przymiotnikami i epitetami ble, ble, ble brzmiące tak samo. Z prawa PiS-owski powiedzmy puzon posłanki Natali Świat, z lewa towarzysząca jej SLD-owska fujarka posła Napieralskiego. Od dłuższego czasu, gdy słucham obecnego przewodniczącego Sojuszu, a potem kogoś od Kaczyńskich to za każdym razem nasuwa mi się na określenie strategii SLD parafraza tytułu znanej ksiażki - “SLD najlepszy sojusznik PiS”. I dokładnie tak samo było wieczorem w TV
N24, gdy wspomniane wyżej dwie osoby waliły zgodnie w posłankę Skowrońską z Platformy niczym kowalka i jej pomocnik, wiadomo, kto tu górą, w podkowę. Pan Napieralski tkwił w fałszu mówiąc, że skoro siedzi w środku między paniami to siedzi między młotem i kowadłem. Nie! Po lewej miał wroga, a po prawej dominującego alianta w udowadnianiu przy pomocy przymiotników i epitetów, a nie argumentów mających wagę, że PO to szkodnicy i nieucy. Ta strategia Sojuszowi nic nie dała, nie daje i nie da. Jak się patrzy na sondaże tej partii od długiego czasu to po statystycznym wyrównaniu drgawek zamieniają się w linię płaską, w wykres elektroencefalogramu trupa. Aż dziw, że w SLD tego nie widzą?
Waldemar Kuczyński: Wilczyca i samce.
Z rozbawieniem, ale i z irytacją słucham wydziwiania licznych komentatorów nad sondażem w którym Jolanta Kwaśniewska bije na głowę wszystkich kandydatów na prezydenta łącznie z Donaldem Tuskiem. Pani prezydentowa oczywiście nie stanie do walki, czego osobiście żałuję, ale rozumiem jej argumenty. Gdyby jednak - wchodzę na grunt fikcji - stanęła, to tak łatwo dziś wróżący jej porażkę mogliby się bardzo rozczarować.
Pani Kwaśniewska jest działaczką społeczną; ma pomysły, wolę działania i umiejętności kierownicze. To, że nie kierowała strukturą państwową ma niewielkie znaczenie, bo akurat prezydent nie jest od kierowania. Nawet jego kancelarią operacyjnie zarządza jej szef. Człowiek o wielkich ambicjach kierowniczych może nawet na tym stanowisku szkodzić, bo będzie rozpychał Konstytucję. Prezydent jest od patrzenia, czy kierowanie
państwem przebiega zgodnie z ustawą zasadniczą, od łagodzenia zatarć w mechanizmach państwa, czasami od ponaglenia i - co bardzo ważne - od reprezentowania Polski, w czym rolę najważniejszą odgrywa osobowość Prezydenta. Powinien być otwarty na innych, ale i stanowczy, obyty w świecie, znający języki, dobrze się prezentujący, także urodziwy. Pani prezydentowa ma wystarczające zdolności kierownicze i ogromne przymioty do reprezentowania.
Powiada się, że nie ma doświadczenia politycznego. Ten argument jest aż śmieszny, sugeruje on, że nic nie jest warte, dla zdobywania doświadczenia, 10 lat współuczestnictwa w polityce prezydenckiej, jej obserwowanie dzień w dzień i to z miejsca stokroć bardziej uczącego niż korzystają wytykający jej brak doświadczenia komentatorzy. Mówią tak, jakby spędziła te lata przy prezydencie, jako kura domowa nie wyglądająca poza prywatne apartamenty pałacu. Przecież to była pierwsza dama bardzo obecna u boku męża w polityce i jestem pewien, że nie mało czasu ich życia prywatnego zajęły tematy i problemy, z którymi prezydent Kwaśniewski miał do czynienia danego dnia. A to jest niezmiernie kształcące. Wyrzucający jej brak doświadczenia politycznego komentatorzy, a nawet wielu polityków, to przy niej małe pikusie.
Samcza buta, jak zauważył w czwartowym “Poranku w toku” Kamil Durczok, każe już rechotać nad jej kobiecą słabością, którą zmiażdży w prawdziwej kampanii męska brutalność, a redaktor Szostkiewicz, w tejże audycji, dostrzegł w byłej pierwszej damie głównie delikatność, a więc bezbronność. Podejrzewam, że dziennikarz “Polityki”, podobnie jak wielu innych, myli się w ocenie zdolności pani Kwaśniewskiej do stawienia czoła atakom i do jej odporności na nawet twarde napaści. Ma już niemałe doświadczenie w przechodzeniu przez takie nawałnice, bo waliły się przecież na nią tygodniami. Nie byłyby więc nowością. Pamiętam jej występ przed komisją śledczą. To wcale nie był widok mimozy załamującej się pod atakiem. Moim zdaniem Pani Kwaśniewska za urodą, kulturą, dobrym ułożeniem ukrywa mocny charakter oraz całkiem ostre zęby i pazury do użycia w razie potrzeby. Szkoda, że będą jeszcze długo tkwiły schowane, bo mielibyśmy prezydenta dobrego i ładnego. Czego więcej chcieć?
George Soros: Łagodnie szukamy dna
(...) Ciągle jesteśmy w trakcie tego wielkiego kryzysu, o którym mówiłem w Davos w styczniu 2008, zanim jeszcze w kwietniu 2008 ukazała się książka. Ale sytuacja zmieniła się radykalnie 15 września zeszłego roku, kiedy upadł bank Lehman Brothers. Bo wtedy kryzys finansowy stał się kryzysem gospodarczym. System finansowy zakaził realną gospodarkę. Bank trzeba było sztucznie podtrzymać przy życiu, żeby nie upadł i nie zniszczył całej gospodarki. Dziś działa. Ale działa dzięki temu sztucznemu podtrzymywaniu przy życiu. Problem polega na tym, że kryzys finansowy zmienił nie tylko działanie sektora finansowego, ale też zachowanie przedsiębiorstw i konsumentów. W ciągu kilku miesięcy handel międzynarodowy skurczył się o 40 proc. Cała gospodarka zaczęła się zwijać.
Gdzie dziś jesteśmy na drodze tego zwijania się światowej gospodarki? Czy już jesteśmy na dnie, jak mówią niektórzy?
Po 15 września gospodarka weszła w fazę swobodnego spadania. Swobodne spadanie nigdy nie trwa bez końca. Wreszcie trafia się na jakieś twarde dno. Na początku roku nikt nie wiedział, gdzie jest to dno. To było przerażające. Ale ono okazało się bliższe, niż można było sądzić. Myślę, że już go sięgnęliśmy. I trochę się odbiliśmy. Ludzie to zobaczyli i poczuli ulgę.
Więc zaczęli się trochę inaczej zachowywać.
Oczywiście. Bo gospodarka jest trochę jak piłka. Jeśli jakiś czas swobodnie spada, to wiadomo, że wcześniej czy później odbije się od dna, podskoczy, a potem będzie szukała jakiegoś nowego dna.
Szukamy nowego dna? Myśli pan, że jeszcze będziemy spadali?
Sam pisałem, że gospodarka porusza się po kanciastych liniach. Ale po kanciastym odbiciu wchodzi raczej na łagodną krzywą.
Nie spodziewa się pan wtórnych wstrząsów i szukania kolejnego dna na dużo niższym poziomie?
Nie. To raczej będzie łagodne szukanie jakiegoś nowego dna.
Niżej, czy wyżej niż dziś jesteśmy?
Pewnie trochę wyżej, ale tego się nie da przewidzieć.
Ale trudno się powstrzymać od przewidywania. Krugman i Rubini ostrzegają, że czeka nas stagflacja (niski wzrost i inflacja). A na przykład Paul Volcker mówił niedawno, że może nas czekać wysoka inflacja. Inaczej mówiąc jest oczekiwanie, że na kryzys finansowy i gospodarczy nałoży się kryzys monetarny, który będzie rodzajem silnego wtórnego szoku, który wywoła następne problemy.
Ja na to patrzę inaczej. Skończyła się jakaś epoka. I nie ma do niej powrotu. Kto liczy, że stare czasy wrócą, ten się rozczaruje. Czeka nas coś nowego. Od lat twierdzę, że przyszłość jest nieprzewidywalna, więc nie będę jej teraz przewidywał. Ale są widoczne tendencje. Widać dobrze, że amerykańscy konsumenci nie będą już takim motorem światowej gospodarki, jakim byli przez ostatnie ćwierć wieku.
Bo przejedli całą swoją zdolność kredytową?
Dokładnie. Skończyło się życie na kredyt. Przyszedł czas oszczędzania. I Amerykanie zaczęli oszczędzać. Od drugiej wojny oszczędzali średnio siedem procent rocznie. Ale w ostatnich latach, w szczycie koniunktury, nic nie oszczędzali. Teraz znów oszczędzają mniej więcej pięć procent. Jestem
przekonany, że w najbliższych latach będą oszczędzali przeszło siedem procent. Pewnie nawet ponad dziesięć procent. To znaczy, że nowego boomu nie będzie. Ameryka będzie się rozwijała najwyżej trzy procent rocznie. To za mało, żeby napędzić światową gospodarkę. Na szczęście są regiony, które będą się rozwijały szybciej. Zwłaszcza Chiny, które pierwsze wyjdą z tego kryzysu. Więc będziemy mieli szybko rosnące Chiny, wolno rozwijającą się Amerykę, która może też mieć wzrost zerowy, Europę, która będzie rozwijała się wolniej niż ostatnio, ale nie o tyle wolniej, co Ameryka i resztę świata rozwijającą się szybciej niż Zachód.
Czyli będziemy relatywnie słabli.
Z pewnością. (...)
Rozmawial: Jacek Zakowski „Polityka” nr 26/ 27 czerwca 2009. Cały tekst: www.polityka.com.pl
Prof. Marcin Król: Społeczeństwo zamknięte. Rzecz o nierówności
Interesujące, że problem nierówności społecznej i zerowego poziomu solidarności społecznej nie ma wymiaru ani lewicowego, ani prawicowego. Żadna partia się tymi sprawami nie interesuje, gdyż w Polsce - tym razem zupełnie inaczej niż w wielu innych demokracjach - nie istnieje żaden projekt społeczny na skalę całościową. Nie pora tu wnikać, dlaczego tak jest, ale zapomnieliśmy już o debacie na temat tego, jakie społeczeństwo i jakimi metodami chcemy budować. Zamiast wspólnie cokolwiek przedsiębrać, skłonni jesteśmy ignorować wszystko i wszystkich poza najbliższymi, zwłaszcza zaś ideę wspólnego społecznego interesu. (...)
Łatwo zrozumieć totalną bezduszność polityków wszelkiej maści, którzy nie wiedzą, jak się za problem nierówności zabrać
- zwłaszcza w czasach kryzysu. Którzy nie liczą na głosy stanu niższego ani nie boją się jego protestów, bo nawet do protestu ludzie wykluczeni lub żyjący na pograniczu wykluczenia nie są zdolni - ani fizycznie, ani intelektualnie. Jednak poza fenomenem bezduszności i ograniczonej wyobraźni mamy do czynienia ze zjawiskiem bezmyślności. Jak bowiem można sobie wyobrazić Polskę nowoczesną i wewnętrznie silną z 30 procentami białych Murzynów żyjących w gettach lub w świecie wyzutym z nadziei i szansy?
Z nierównością szans można jednak podjąć walkę. Nie ma co liczyć na szybkie rezultaty, ale nawet stopniowe i skromne wyniki będą przywracały to, co najważniejsze, czyli minimum nadziei, minimum poczucia, że istnieją perspektywy na opuszczenie stanu poddaństwa.
Przede wszystkim trzeba o nierówności wiedzieć, a żeby wiedzieć, trzeba o tym mówić i pisać. Nie o patologii, ale o tym, że obecnie oficjalna płaca w państwowej szkółce leśnej wynosi 7 złotych za godzinę, co daje 280 złotych za tydzień (z niewielkim podatkiem, ale bez ubezpieczenia zdrowotnego i innych świadczeń socjalnych), czyli na rękę poniżej 1000 złotych za miesiąc. Na wsi można za to przeżyć, ale tylko przeżyć. Poza 11 procentami bezrobotnych jest co najmniej 20 procent ludzi, których dochody tak się kształtują. Czego można od nich oczekiwać?
Ponadto trzeba - wiem, że mamy kryzys, ale kryzys minie, a nierówność jak była, tak będzie - stworzyć szanse dla mobilności poziomej, co w praktyce oznacza rozmaite systemy wspomagania ludzi, którzy są gotowi zaryzykować i podjąć lepszą pracę z dala od miejsca, do którego są przypisani. Warto pamiętać, że przypisani są także profesorowie uniwersyteccy. Praktycznie nie zdarza się, byśmy mogli ściągnąć do Warszawy wybitnego specjalistę na przykład z Zielonej Góry. Przecież nie zamieni willi na 60-metrowe mieszkanie... Polska to kraj ludzi nie tylko przypisanych do ziemi, ale także do lokalnego układu (innego niż w bajce Kaczyńskich), który polega na tym, że człowiek u siebie może przetrwać, bo ma wszędzie krewnych i znajomych (w szkole, szpitalu, urzędzie skarbowym i gminie), zaś zmiana miejsca zamieszkania oznacza utratę tych kontaktów, bez których życie staje się znacznie trudniejsze. Trzeba więc głośno i bez przerwy mówić o nierówności i trzeba walczyć z poddaństwem przypominającym czasy carskie.
Wreszcie trzeba szukać i starać się za wszelką cenę znajdować najzdolniejszych i najbardziej obiecujących, by im możliwie wcześnie wyrównać szanse. W wielu krajach zdano sobie z tego sprawę i stypendia na studia uzyskuje się jeszcze w szkole średniej. W ten sposób ściąga się na najlepsze państwowe uniwersytety najzdolniejszych bez względu na ich osobistą sytuację. Czekanie ze stypendiami naukowymi na wyniki po pierwszym roku studiów stwarza dla wielu barierę nie do pokonania. Dotyczyć to powinno nie tylko stypendiów, ale i wszelkich innych dodatkowych bodźców wyrównujących szanse zawodowe. Można z bólem serca zgodzić się na trwałą nierówność w starszym pokoleniu, ale nie wolno skazać na nią pokolenia ludzi młodych.
Na koniec jeszcze jedna sprawa. Czasem zamiast pojęcia społeczeństwa obywatelskiego czy też obok niego używa się pojęcia społeczeństwa otwartego (naturalnie za Karlem Popperem). Otóż polskie społeczeństwo jest znakomitym przykładem wielkiej rzeszy (nie wspólnoty) składającej się z setek lub tysięcy społeczeństw zamkniętych (niesamorządnych i niedemokratycznych). Przeżycie jest gwarantowane, jeżeli uda nam się dostać do społeczeństwa zamkniętego czy raczej do jednej z wielu zamkniętych społeczności, w której posady obejmuje się po rodzinie, ma się wspomniane już kontakty i pod żadnym pozorem nie zdradza się tajemnic ani nie ujawnia się zamiaru awansu, który wiązałby się z wyjściem z owej zamkniętej społeczności. W istocie są to setki czy tysiące "miękkich" mafii. Dopóki nie runą mury społeczeństwa zamknięteg
o, dopóty o równości szans nie ma co marzyć. Wracamy tu jednak do problemu podstawowego: tego wszystkiego zamożni ludzie w wielkich centrach miejskich po prostu nie wiedzą i wiedzieć nie chcą. Nie chcą też tego wiedzieć politycy i publicyści. Zostanie więc, jak jest. Będziemy żyli w kraju, w którym nierówności będą ulegały pogłębieniu. A my nawet się nie domyślimy, że otacza nas coraz większa rzesza białych Murzynów.
Dziennik- Europa 20-21.06.2009
Karol Modzelewski o Jacku Kuroniu: Był zawsze utopistą
(...) Jacek był zawsze utopistą. Miał ogromne wyczucie dynamiki społecznej - tego, co ludzie myślą i jak czują. Jednocześnie utopijnie wierzył w to, że dobrym przykładem wykrzesze aktywność społeczną. Chciał wykrzesać oddolny ruch społeczny wzajemnej pomocy. Dlatego się obraził, jak powiedziałem, że to filantropia.
Jacek był w rządzie najpoważniejszym oponentem Balcerowicza, ale to dotyczyło konkretnych decyzji - budżetu, osłon społecznych. W granicach planu Balcerowicza chciał forsować rozwiązania bezpieczniejsze socjalnie. Ale to wszystko było niczym wobec podstawowej filozofii tego planu - bardzo brutalnie otworzyć gospodarkę postsocjalistyczną na wolną konkurencje, wewnętrzną i międzynarodową.
Jacek wiedział oczywiście, że to będzie szok. Tego, jak będzie szok. Tego, jak będzie głęboki, nie wiedział ani Jacek, ani Balcerowicz. Myśleli, że będzie 4 proc. spadku PKB, było 20 proc. To był jednak krok w nieznane i wszystkie przewidywania byty palcem na wodzie pisane.
Jacka też uwodzila spójność-wykład spójny, który miał walory agitacyjne... Był człowiekiem komunikacji społecznej i retoryki. Przekonało go, co mówił wtedy Jeffrey Sachs (co innego mówi dzisiaj), bo było spójne. Nie jest możliwe, żeby Jacek mówił bez przekonania takie rzeczy: że najpierw trzeba zbudować kapitalizm, potem socjaldemokrację. I on, Kuroń, najpierw musi wybudować kapitalizm, żeby mogła powstać socjaldemokracja i aktywne, obywatelskie społeczeństwo, takie jak na Zachodzie.
(...) Kuroń szybko się jednak połapał, że budujemy co innego, niż chciaŁ Był jedynym politykiem obozu postsolidarnościowego, który przeprowadził publicznie tak gruntowny rachunek sumienia za to, co uznał za swoją pomyłkę.
Nie sądzę, aby myślał, że istniał zasadniczo inny sposób przejścia z gospodarki socjalistycznej do rynku. Sam uważam, że błyskawiczny upadek dyktatury, która przedtem regulowała gospodarkę, nie pozwalał zmieniać systemu stopniowo, osłaniając duży, ale nie-konkurencyjny potencjał zbudowany za socjalizmu przed zniszczeniem przez konkurencję na rynku światowym. A upadek wielkich zakładów oznaczał społeczną degradację pracowników.
Nie wiem, w jakiej mierze można było tego uniknąć. Wiem jednak, że w elitach „Solidarności" była taka postawa - trudno, to będzie kosztowało i bolało, ale koszty muszą być, a ten ból to cena postępu.
Myślę, że Jacek nie mógł strawić w swoim własnym obozie tego nastawienia wobec naszej bazy społecznej. Łatwa zgoda na to, co uznawano z góry za nieuchronny koszt, nie pozwalała szukać możliwości osłonięcia potencjału ekonomicznego i ludzi, których egzystencja się na nim opierała.
Tymczasem gorące poparcie dla terapii szokowej cechowało prawie wszystkich wychowanków Jacka z kręgu walterowców i z lat 70. Doszło do rozbieżności, która była bolesna dla wszystkich, a zwłaszcza dla niego. Jego uczniowie wybrali nowe wartości. On pozostał przy tych, które wyznawał w opozycji,chociaż był ministrem i architektem nowego ładu gospodarczego.
Do końca życia robił potem publiczny rachunek sumienia. Jego uczniowie uważali - przepraszam, że powiem tak brutalnie - że zwariował. A to była konsekwencja jego biografii.
(...) W stu procentach podzielałem - i podzielam - jego uczucia. Po 1989 r. oddaliśmy, może zbyt niefrasobliwie, na zniszczenie pewien potencjał materialny..Była to jednak podstawa pozycji społecznej dużych środowisk ludzi, którzy zostali rozbitkami
Żeby nie mieć poczucia winy, trzeba było zacząć tymi protestującymi stoczniowcami czy górnikami pogardzać.
Taka zmiana postawy była dla mnie - i dla Jacka - nie do przyjęcia. Ale takie uczucie pogardy żywiła znaczna cześć Polski - ta, która skorzystała.. Być może to nawet większość, bo tych poszkodowanych w czasie transformacji jest nie więcej niż jedna czwarta.. Tym mniejsze są ich szansę, bo jak są w mniejszości, to się nie przebiją. Dziś są tylko bezwładną masą upadłościową do zagospodarowania przez partie skrajnie populistyczne, albo PiS. Pochodną tej pogardy jest zdumienie - najpierw z powodu sukcesów PiS, a potem stałości jego elektoratu. To zdumienie cały czas jest podszyte lekceważeniem. Ci „malkontenci" to miał być przecież koszt transformacji, który żeśmy skreślili z rachunku.
Gorycz Kuronia z lat przedśmiertnych jest mi bliska. Tu nie chodzi o rachunek ekonomiczny i przekonanie, że można było przeprowadzić transformację mniejszym kosztem. Tu chodzi o postawę, o aksjologię. (...) Ale bilans nie był dla niego łatwy..Moim zdaniem uważał, że wolność jest warta nawet takiej ceny. Nie był jednak skłonny do uproszczonych rachunków i radosnej celebry. Objął potem duchowym patronatem polskich atterglobalistów. Wyobrażam sobie, że widział w nich duchowe wnuki. Młodych ludzi,którzy nie godzą się na krzywdę, na fałsz, na obłudę stosunków, w których wyrastają. On to rozumiał.
rozmawiał Adam Leszczyński, Gazeta Wyborcza 20-21.06.2009
Waldemar Kuczyński: Niech żyje dąb w Jaśle!
Wysłuchałem w czwartek w TVN24 dwu wiadomości, które chcę skomentować. Najpierw słowa Silvio Berlusconiego. Uzasadniając dlaczego Włoch powinien zostać szefem Parlamentu Europejskiego powoływał się na to, że we Włoszech frekwencja w wyborach wyniosła dwie trzecie, a w Polsce jedną czwartą uprawnionych, że jego partia dostała największą w Unii liczbę głosów, a mianowicie 12 milionów podczas, gdy Platforma Obywatelska tylko 3 miliony. Warto, by te słowa premiera Włoch usłyszeli polscy wyborcy, bez względu na to, jaki będzie wynik zabiegów o obsadzenie tego ważnego stanoiska. Słowa Berlusconiego potwierdzają prawdę, że ważne jest nie tylko kogo wybieramy, ale także ilu z nas go wybiera. Im więcej, tym większą temu komuś dajemy w rękę siłę w robieniu tego, czego od niego oczekujemy, mówi się, że tym silniejszy mu dajemy mandat. I nasz wybraniec w razie potrzeby może się na silny mandat powoływać, albo nie może się powoływać, jeżeli stoi za nim mała liczba wyborców. Niestety premier Tusk nie miał w ręku równie silnych faktów, by ten argument Berlusconiego odeprzeć. Wedle słów Sławomira Nowaka premier mówił, że PO dostała największy procent głosów, ale to nie zmienia faktu, że pod względem liczby głosów w obu krajach Pan Mauro góruje nad Jerzym Buskiem, jak 1:4. Oczywiście targi w samej Brukseli mogą przeważyć szalę na rzecz naszego kandydata, ale to nie zmienia faktu, że argument frekwencji ma znaczenie, a więc i frekwencja w wyborach jest ważna, dla siły partii w kraju i dla siły kraju w Unii Europejskiej. Lenistwo wyborcze nie służy krajowi.
W ten sam czwartek trochę z rozbawieniam, ale i ze złością wysłuchałem tyrady przeciwko dębowi. A mianowicie jeden starszy Pan, może nawet trochę starszy odemnie przypomniał mieszkańcom Jasła, że piękny, dorodny dąb stojący w reprezentacyjnym punkcie to dar dla zajętego przez Niemców miasta od Adolfa Hitlera. Albo nikt o tym już nie pamiętał poza tym Panem, albo ci co pamiętali nie uważali, że metryka dębu jest czymś takim, co warto przypominać, dość, że wybuchła sensacja. Dąb od Adolfa Hitlera! Na najbardziej widocznym widoku! Hitlerowskie żołędzie brukające odwieczną Polską ziemię, tworzące grunt pod kolejną niemiecką konkwistę, zatruwające naszą ojczystą atmosferę drobinkami tlenu z wizerunkiem swastyki!
Starszy pan przypomniał historię dębu z całkiem spokojnym komentarzem, i sensownym, że może to być dzisiaj, w końcu siedemdziesiąt lat po wybuchu wojny, obiekt o turystycznej wartości, przynoszący budżetowi polskiego miasta i okolicznym sklepikom pieniądze. Tego sobie Adolf w złym śnie nie mógł wyobrazić dając w darze ową sadzonkę. Już to zachęcałoby do postawienia obok dębu odpowiedniej tablicy i zrobienia reklamy obiektu świadczącego, o tym jak sprawiedliwy los potrafi odwinąć się bandycie. Ale znalazło się w Jaśle serce tak patriotycznie wrażliwe, że myślenie przycupnęło przy nim, jak onieśmielona myszka, a mianowicie serce pani Burmistrz, takiej chyba pięćdziesięciolatki, która z jakże rodzimym uśmiechem na twarzy powiedziała; Nie! coś takiego nie może stać w środku miasta! Zetniemy to teutońskie ziele, niczym “koń jasielski” zostawione tutaj przez najeźdźcę. Nie będzie dąb Jasła nam germanił!
Pani Burmistrz, niech Pani tej, zastrachanej patriotycznym sercem, myszce myślenia trochę dopomoże. Pewno powie ona Pani, by posłuchała głosu takiej ślicznej może dwudziestoletniej jasłowianki, która na pytanie czy ściąć ten dąb odpowiedziała; “a komu on przeszkadza?”. Pani Burmistrz, jak wiadomo “myślenie ma ogromną przyszłość”. Także w jasielskim urzędzie miasta. Niech Pani na nie postawi. I niech żyje dąb!
Zróbmy tej pani akcje obywatelską w obronie dębu:
Tu jest jej buzia i adres:
www.um.jaslo.pl/index.php?
Tomasz Lis: W blokach startowych
Czekają nas naprawdę niezwykłe wybory prezydenckie. Ich niezwykłość wyraża się choćby w tym, że już dziś komentuje się je tak, jak by były za nami, choć ich efekt, podkreślam – nie rezultat, ale efekt - znany będzie nie za rok z okładem, ale dopiero za dwa i pół roku.
Wiele wskazuje na to, że choć prezydenta wybierzemy za 16 miesięcy, kształt prezydentury w sensie konstytucyjnym może się ujawnić za 28
miesięcy, po wyborach parlamentarnych. Z kolei kształt naszej sceny politycznej w wydaniu sejmowym w ogromnym stopniu może być zdefiniowany właśnie w dniu rozstrzygnięcia wyborów prezydenckich, a zdecyduje o tym zapewne nie to, kto wybory wygra, ale to, kto zajmie w nich drugie miejsce. (...)
Wybory prezydenckie mogą być przełomowe dla naszej sceny politycznej, nawet jeśli Tusk je wygra. Ważniejsze może być to, kto będzie drugi, i to, czy owo drugie miejsce zajmie w pierwszej, czy w drugiej turze. Niewejście Lecha Kaczyńskiego do drugiej tury oznaczać będzie prawdopodobną dezintegrację PiS-u. Z kolei ewentualne drugie miejsce Andrzeja Olechowskiego, szczególnie wywalczone w drugiej turze, może dać Stronnictwu Demokratycznemu noszenie podobne do tego, jakie po zdobyciu przez niego 18 proc. w2000r. dostała tworząca się kilka miesięcy później Platforma Obywatelska. A że wybory parlamentarne będą rok po prezydenckich, dokładnie tak jak dziewięć lat temu, to owego noszenia mogłoby SD wystarczyć. Byłoby to śmiertelne zagrożenie, w pierwszej kolejności dla PiS-u i SLD. PiS mógłby przestać być drugą partią w Polsce, a SLD mógłby zostać całkowicie zmarginalizowany.
Poziom poparcia dla Lecha Kaczyńskiego musi martwić. Nie tylko prezydenta i jego brata; ale także samego Tuska. Dlaczego? Bo Kaczyński jest jego wymarzonym kontrkandydatem, a Olechowski – wrecz przeciwnie. .Debata z LechemKaczyńskim byłaby dla Tuska jeszcze prostsza niż ta z Jarosławem Kaczyńskim, a druga tura mogłaby się zamienić w koronację. Debata z Olechow-skim już by taka nie była, bo wiele atutów - od znajomości języków, przez znajomość ekonomii, po wzrost – miałby w niej rywal obecnego premiera. A przede wszystkim, o czym Tusk doskonale wie, Olechowski mógłby bardzo wiele wygrać, nawet gdyby w finale przegrał.
Dziś pachnie ten scenariusz trochę futurologią, ale nie jest on bardziej abstrakcyjny niż ten, który zrealizował się w2000 i w 2001roku.
Gazeta Wyborcza, 18.06.2009
Waldemar Kuczyński: Rząd w sam raz
Dwa i pół miesiąca temu opublikowałem w “Gazecie Wyborczej” artykuł “Kryzys musi się wyszumieć”. Postawiłem w nim tezę, że prawdopodobnie będzie o wiele mniejszy deszcz z ogromnej chmury zwanej “największy kryzys, porównywalny do tego z lat 30-tych”, napęczniałej także przez lawinę panikarskich doniesień mediów i komentarzy analityków. Po upływie czasu od wydrukowania tego artykułu jestem bardziej spokojny, że nie wystawiłem na duże ryzyko zawodowej pozycji pisząc coś takiego.
Wydaje mi się, że potencjał kryzysu światowego się wyczerpał lub wyczerpuje; to znaczy, że siły pchające gospodarkę w dół wyrównały się lub wyrównują z siłami odbicia. To nie znaczy, że gospodarka światowa już za chwilę zacznie rosnąć. Ona może się jeszcze obsunąć przez siłę bezwładu i efekty wtórne, ale główne uderzenie mamy za sobą. Na pewno nie będzie to kryzys porównywalny, gdy chodzi o skalę nieszczęść z kryzysem lat 30. To było oczywiste od pierwszych miesięcy jego trwania i od pierwszych reakcji władz publicznych w głównych gospodarkach światowych, w szczególności Stanów Zjednoczonych. Mam na myśli po pierwsze szybko podejmowane decyzje przeciw panice i katastrofie systemu bankowego, a także działania ograniczające niepewność i - mimo ryzykowności takiego działania - częściowo zastępujące unicestwiony przez kryzys popyt, popytem z pieniędzy publicznych. Po drugie, brak nacjonalistycznej, protekcjonistycznej reakcji na kryzys ze strony głównych gospodarczo
krajów.Już dwa i pół miesiąca temu można było powiedzieć, że kryzys sfery finansowej został w zasadzie opanowany. Nie ma bankructw ważnych banków i słabnie także głęboki niedawno, ogólny pesymizm. On zawsze jest bardzo silnym, chociaż wtórnym, bo zrodzonym przez początkowe wstrząsy, czynnikiem kryzysotwórczym, podobnie jak istna “lawina medioklastyczna”, wyzwolona przez wyścig mediów do miana liderów w krakaniu. Narasta optymizm na rynku amerykańskim, czyli w oku kryzysu, giełdy nie są już w generalnym trendzie spadkowym, lecz szukają punktów odbicia. Rosną ceny ropy naftowej, co jest niezłym miernikiem poprawy nastrojów, pokazującym, że pojawiły się i wzmagają przewidywania powrotu koniunktury.Nie będzie więc Apokalipsy, ani końca kapitalizmu, który tu i ówdzie zaczęto wieszczyć, bo też nie wiadomo czym miałby być zastąpiony. Nawiasem mówiąc uważam, że coś takiego, jak kapitalizm nie istnieje. Istnieje współczesna gospodarka, której, jak zresztą i gospodarek wcześniejszych, kluczową instytucją jest rynek. Tu i ówdzie istnieje też komunistyczna patologia w gospodarce, a kapitalizm to słowo-relikt, wykorzystywane przez piewców owej patologii do walki i niszczenia tego, co w gospodarce normalne i wymyślone dziesiątki wieków temu przez ludzkość. Więc nie będzie końca kapitalizmu, czyli normalności, co najwyżej jakieś korekty, czyli też normalność.Na tym tle warto ocenić postępowanie rządu. Ono nie zasługuje na tak ostrą krytykę, jakiej jest poddawane. Słychać, że na program antykryzysowy, który został wprowadzony tylko trochę, może być za późno. Tyle, że owo spóźnienie to niekoniecznie zło. Działanie nie zawsze jest cnotą, a czekanie nie zawsze jest niecnotą. Bywa i odwrotnie, czasem nie warto się spieszyć. Nasza gospodarka zwolniła i może nawet dojść do pewnego spadku PKB i oczywiście do wzrostu bezrobocia, z czym mamy już do czynienia. Ale na tle innych krajów broni się ona dobrze sama i taka samodzielna obrona gospodarkę wzmacnia, podczas, gdy jej budżetowe pobudzanie, to ”haj”, który daje efekty na krótką metę i zwykle większe szkody później. Dlatego wskazana jest ostrożność w zasilaniu gospodarki pieniędzmi z dodatkowego, a i tak już dużego, zadłużenia publicznego, o co wołają zgodnie populiści w polityce i sfery gospodarcze chętnie dzielący się z budżetem stratami i bardzo niechętnie zyskami. Uważam, że dobrze się stało, iż rząd nie przykładał ręki do siania paniki, nawet jeżeli nie mówił wszystkiego do końca, i że nie ulegał krzykowi by dawać! dawać! dawać! A na dodatek, jak się bliżej przyjrzeć temu co robił (choćby czytając internetowe strony Kancelarii Premiera), to nie można powiedzieć, że był bierny. Nie był fatalny, ani genialny - był ”w sam raz”.
JERZY PILCH : Komu potrzebny jest "Tatarak"?
Akcja „Tataraku” toczy się pod koniec lat 50. „w małym miasteczku Z., położonym nad wielką rzeką. Oprócz rzeki i łąk nadrzecznych, oprócz nadbrzeżnej wikliny, oprócz lekkiej konstrukcji mostu, który łączy dwa brzegi – w miasteczku nie ma dosłownie nic.” Dosłownie nic? Zakurzony rynek, parę domów i domków? I nic? Jedynie ogrody i sady, i taras taneczny na przystani? Nawet wódki nikt nie pije?
(…)Wielkie nic w sercu Peerelu? W roku 1958 kiedy pozorne i kruche – pożal się Boże – „zdobycze października” szły na marne, a but moskiewski zaczynał naciskać ze zdwojoną siłą? (…) W roku recydywy napięcia na linii państwo – Kościół? W takim sezonie nic? Dosłownie nic?
(…) Owszem: Iwaszkiewiczowi tego rodzaju aspołeczną, ahistoryczną i ideologicznie pustą postawę można wybaczyć, jakoś można to zrozumieć, ale podejmujący przeszło pół wieku później tę samą tonację Andrzej Wajda? (…) Wielka rzeka, łąki nadrzeczne, most, zakurzony rynek, parę domków i domów i nic? Nie było w miasteczku komitetu partii? Nawet najmniejszego? Tyciego komiteciku? (…) Czyżby reżyser, przystępując do pracy, nie wykonał kanonicznej czynności i nie przestudiował akt IPN-u tyczących terenu, na którym toczy się akcja?
(…) Istotą Peerelu nie było to, że ludzie topili się wówczas w ziemiankach albo umierali na raka. Istotą Peerelu było to, że ludzie byli prześladowani i ginęli z rąk tzw. nieznanych sprawców. Owszem można z tej zasady uczynić tło, ale trzeba uważać. Pomiędzy czynieniem z podstawowej problematyki tła a bagatelizowaniem tej problematyki granica cienka. (...)
Tło może pozostać tłem, ale nie musi nic nie znaczyć. Można je wzmocnić. Tło tedy tak, ale wzmocnione choćby dokumentalnymi migawkami, a to ze zjazdów PZPR, a to z czołgów na ulicach, a to z potiomkinowskich festiwali piosenki. Filmowany z ukrytej kamery ubek, który to i owo wie o bohaterach, też byłby nie od rzeczy. Ktoś przecież w tym zapomnianym miasteczku był przez komunistów prześladowany? Dlaczego nie ma go na ekranie? Iwaszkiewicz o nikim takim nie wspomniał? Nie jest to poważny argument.
(…) W najmniejszej mierze nie stawiam groteskowo-fałszywego problemu celem jego obalenia. Nie trywializuję arcydzieła czytaniem go w doraźnym kontekście; zauważam jedynie, że o ile dawniej schematyzm był oficjalnie narzucany, o tyle dzisiejszy, niby nieobowiązujący schematyzm, ma taką moc, że by go odrzucić, trzeba mieć siłę mistrza.
Ilość – że powiem coś od siebie – to nie jakość, ale chyba nie jest całkiem pozbawiony znaczenia fakt, że obecnie nie podobna napotkać obrazu tamtej przeszłości, który by nie był naznaczony doraźnymi środkami wyrazu – młode pokolenia kształtowane są w przeświadczeniu, że Peerel był krajem, po którym w koło czołgi jeździły, w radiu pierwszy sekretarz nieustannie ględził, przebrani za cywilów ormowcy od rana do wieczora pałowali studentów, a jedyną dostępną rozrywką – poza, ma się rozumieć, donoszeniem na sąsiadów – było słuchanie – przez cały rok wyczekiwanego z tęsknotą – festiwalu piosenki żołnierskiej.
Sam gest unieważnienia takich realiów, samo ustawienie dramatu egzystencjalnego w zaledwie dyskretnie zarysowanych peerelowskich dekoracjach jest dziś rzeczą niebywałą, jest manifestacją głębokiej wewnętrznej wolności. Przesada? Niewielka.
(…) Na seansie w krakowskim kinie Sztuka prócz nas z Atiną są jeszcze trzy osoby. W sumie tyle, ile trzeba. Reszta przecież zajęta jest polityką. Nie tylko historyczną.
Dziennik - Kultura, 15.05.2009
Krzysztof Kozłowski: Do cholery, my nic nie potrafimy zrobić
Nie dramatyzuję z tego powodu, że możliwe jest odwołanie uroczystości 4 czerwca w Gdańsku, ale widzę, jak przegrywamy okazję pokazania i przypomnienia, że byliśmy pierwsi, że coś w tej części Europy zrobiliśmy. Za chwilę jedynym dostrzeżonym świętem w Europie będą jesienne uroczystości niemieckie. Nie przemawiają przeze mnie antyniemieckie fobie, Niemcy mają nie tylko święte prawo, ale i powody, by organizować uroczystości z okazji powstania RFN w 1949 r. i zjednoczenia kraju w 1989 r. Ale dlaczego my sobie sami wytrącamy z rąk pewien instrument! Dlaczego, do cholery, my nie potrafimy nic zrobić!
Schrzaniliśmy obchody rocznicy Okrągłego Stołu, bo nikt nie miał na nie pomysłu, a było kilka przeciwstawnych propozycji, czy to Platformy, czy prezydenta. Nawet marszałek Sejmu odwołał w ostatniej chwili organizowane przez niego spotkanie. 4 czerwca też się zmarnuje. Przegramy na tym wszyscy. I "Solidarność", która bez sensu chce to święto przewrócić i opluć, i PO, która nie miała na nie pomysłu, bo zaproszenie kilku gości na obchody nie jest żadną koncepcją. Straci też prezydent Kaczyński, który uznał, że wystarczy zaprosić kilku artystów do teatru.
W obliczu związkowców straszących manifestacją Rząd nie powinien ulegać. Odwołanie jest czymś złym, ale też bez sensu jest postawa związku "Solidarność", który chce obalać swoje własne zwycięstwo. Rozumiem determinację związkowców, choć to, co robią, tylko pogarsza ich sytuację.
Zabrakło konceptu na te obchody i okazuje się teraz, że jedno tupnięcie związku zawodowego powoduje odwoływanie wszystkiego. To strasznie słabe i wątłe. Nikt się nie odważył, żeby z 4 czerwca zrobić święto ogólnonarodowe, bez patrzenia, komu słupek poparcia pójdzie w górę, komu w dół. Należało zaprosić wszystkich, którzy przyczynili się do sukcesu. Gdyby rząd potrafił wznieść się ponad podziały, to i związek by spokorniał i odłożył awanturę. Tymczasem to ma być jakaś parada zwycięstwa, tylko nie wiadomo czyjego, pewnie zwycięstwa Platformy, skoro będzie tam premier z tej partii. Właściwie do dziś nie wiadomo, co się miało wydarzyć pod pomnikiem Poległych Stoczniowców w Gdańsku.
Zaplanowano spotkanie szefów państw, które odzyskały niepodległość po upadku bloku sowieckiego. I posłanie do młodzieży. To bardzo dobrze, tylko nie rozwiązano naszego dylematu wewnętrznego - kto ma prawo świętować w Polsce? W jakimś stopniu związkowcy mają rację, że robi się imprezę międzynarodową, ale brakuje poczucia jedności. Na to wszystko nakłada się jeszcze kampania wyborcza do Parlamentu Europejskiego... Gości należało zaprosić, ale tego dnia różni ludzie powinni stanąć obok siebie. I "Solidarność" też trzeba było uhonorować.
Krzysztof Kozłowski w rozmowie z Krzysztofem Katką, GW , 07.05.2009
Tagi:
O nas...
Do redakcji można pisać
na adres studioopinii@gmail.com
Cytat, który obiecujemy brać pod rozwagę:
Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Św. Tomasz z Akwinu
Komunikat: Redakcja informuje uprzejmie, że w żaden sposób nie cenzuruje merytorycznie komentarzy do artykułów. Jedyna ingerencja może polegać wyłącznie na ewentualnym usunięciu słów powszechnie uznawanych za obelżywe lub nieprzyzwoite oraz "mowy nienawiści". System zarządzania witryną (niezależny od nas) jest jednakże skonstruowany w taki sposób, że niektóre wpisy pojawiają się niekiedy z opóźnieniem, czasami - z nieznanych nam przyczyn - znacznym. Choć nie ma w tym naszego działania - przepraszamy zirytowanych. Jednocześnie informujemy, że większość nowych tekstów ukazuje sią najpierw na górze strony głównej, w dziale OSTATNIO NADESŁANE, by nieco później - na ogół następnego dnia - trafić do właściwego działu merytorycznego. Komentarze wpisane do OSTATNIO NADESŁANYCH nie są ze względów technicznych przenoszone w nowe miejsce.
| POLECAMY | |
|
Dołączył do nas Jan Winiecki. Szukajcie jego felietonów w prawej szpalcie. Sławek Popowski: kapitalny esej o Gorbaczowie; arcyciekawe! Stefan Bratkowski zastanawia się: czy możemy zbudować solidny ustrój Na stronie KULTURA uruchamiamy rubrykę PRÓBY LITERACKIE. Czytajcie Mikołaja Fajfera. W witrynie pojawiło się Ilustrowane Radio Niny Nowakowskiej. Obejrzyj, posłuchaj! Chcesz zostać dziennikarzem? Nie wiesz, jak pisać? Poczytaj rady fachowca... Ważne przemyślenia George'a Friedmanna: prognoza na nasze stulecie Zajrzyj do działu CYWILIZACJA. Jest co poczytać i obejrzeć! Obejrzyj naszą telewizję (tak, tak - uruchomiliśmy własną). A w niej gościnnie EuroparTV! Nie wiesz co to? Ważny tekst dr Andrzeja Ehrlicha o (nie)sprawności zarządzania w Polsce. Są przykłady! Dr Ehrlich pisze także o pracy tłumacza
|
|
|
PONADTO... |
|
|
Stefan Bratkowski otworzył nowy cykl błyskotliwych porad dla tych, którzy nie wiedzą, że nic się nie da zrobić |
|
|
Jacek Pałasiński podejmuje gorący temat o gazie |
|
|
Ernest Skalski o Gorbaczowie
|
|
|
Sławomir Popowski |
|
|
Aleksander J. Wieczorkowski demoluje Telekomunikację Polską oraz Netię |
|


