Roma Przybyłowska: Nowy wirus (E-G1K2) w Europie
Różne bywają „wirusy“. Europa ma swojego. Nie trzeba aż Meksyku, wystarczyło w pewnym momencie wpaść do wiecznego miasta, by zetknąć się ze szczepem, który nie grozi pandemią, ale ma szansę w Europie. Przy wszystkich absmakach – warto jednak docenić rzymskie „wakacje“ Wałęsy, które zwróciły uwagę na to zjawisko - marginalne, ale w perspektywie - groźne. Można je porównać do wirusa w stanie przed-epidemicznym. Ten, o którym myślę, namnaża się - póki co - ilością znaków zapytania, wydłużając łańcuch dalszych pytań... z najważniejszym na końcu.
Więcej pytań niż odpowiedzi
Dlaczego Lech W. wziął udział w „Kongresie“ pod wodzą Declana Ganleya – to już przerabialiśmy. Mniej wiemy co reprezentuje sobą człowiek, który zagrodził drogę Traktatowi. Chociaż sporo wiadomo, ale nie sposób się dowiedzieć rzeczy najwaźniejszych. Co, lub KTO tę postać animuje? Do tego punktu dobrnęli wszyscy dziennikarze, którzy badali to zjawisko. Ale i to, co wiemy, wystarczy by nie zaznać spokoju. Jakie to będzie miało skutki dla prestiżu naszej ikony Solidartności – to pytanie raczej z gatunku sentymentalnych - nie pierwszy to błąd Lecha, ale jest nadzieja, że u tego zleceniodawcy - wykład to ostatni.
Teraz, w gorących dniach przed wyborami do Europarlamentu ważniejsze jest inne pytanie: Jak to się przysłuży „ruchowi“ pana Declana Ganley‘a, który jest w trakcie wyborczej ofensywy i chce wejść do PE w sile 70 posłów. Po to, by (choć tego już głośno nie mówi) powstrzymać proces integracji państw Unii. A nie można mu zarzucić, że jest mało skuteczny.
Odniósł błyskotliwy sukces już na starcie. Przed referendum w Irlandii, dzięki potężnej akcji antypromocyjnej i gigantycznym pieniądzom zdołał, jakkolwiek wydawało się to mało prawdopodobne, „uwalić“ Taktat. Zanim wszedł do gry mało wówczas znany p. Ganley, wrogów traktatu raczej nie było, bo też mało kto w tym stopniu skorzystał na akcesji do UE jak Irlandia. Nic dziwnego, że jej elity (nie tylko polityczne) gorąco optowały za dalszą integracją i nadal to robią. Z większością Irlandczyków zaczęło się jednak dziać coś dziwnego. W literze traktatu – przeważnie nieczytanego – poczęli dostrzegać złe moce i przeciwne tradycjom nakazy. Zostala podważona wiara w przyzwoitość tego dokumentu, co prawda zbyt opasłego i trudnego, by czytać samemu. Dlatego wygodnym i czadliwym pośrednikiem stał się p. Ganley, któremu uwierzono, choć dopuszczał się manipulacji i przekłamań, a „ruch“ , na którym się opierał, był raczej wirtualny, gdy on sam - poza akcjami - praktycznie niedosiężny. Nie mniej, dzięki niemu (nie bez przychylności pewnych dwóch prezydentów) – mamy długi traktatowy kryzys.
Dziś ten zwycięski wódz stworzył partię pod nazwą „Libertas“, która ma już oddziały w państwach członkowskich Unii i nadal ekspanduje - na terenie Polski zdołala się zarejestrować we wszystkich okręgach wyborczych… Teraz, gdy kryzys i recesja w Irlandii sprawiły, że instytucje garną się pod skrzydła Unii - jego hasła są w Irlandii mniej popularne. Nie znaczy to, że jego polityczne plany biorą w łeb. Wódz Libertasu ma dość pieniędzy i talentów propagandowych, aby trochę ludzi przepchnąć. Potrafił zwabić nawet Lecha W. tak chytrze, że i on niechcący przyłożył palca do promocji. Jeśli partia będzie miala ten sukces, że przepchnie trochę ludzi do Europarlamentu, a liczy na to, że z czasem eurosceptyków będzie przybywać – to może się okazać, że i Parlament Europejski dorobił się „swego LPR-u“, a kto wie, czy nie czegoś w rodzaju PiS-u. Trudno się cieszyć… Na razie wchodzą sobie w paradę, ale tam mogą połączyć swe siły. Dopiero wtedy dadzą się poznać. Co nie znaczy, że to oni będą wiedli poloneza. Declan Ganley sam wytycza cele, a cugle twardo trzyma w garści. Tylko dla czyich interesów?
Zamiast rozdzierać szaty nad „plamą“ Wałęsy (Skalski ma rację) – mam inne pytanie: Dlaczego osoby publiczne, tej rangi, które powinny być pod ochroną jak cenne dziedzictwo - nie mają dobrego zaplecza INFO? Łącznie z raportem od słuźb wywiadowczych. Choćby tylko po to, aby uniknąć nieporozumień...
Fenomen Ganleya
A wystarczyło trochę pokopać w internecie, żeby dzięki wyszukiwarce nieocenionego Google‘a pozbyć się wątpliwości, czy D.G. – to tylko ambitny i bogaty biznesmen. Od pewnego czasu jego przedsięwzięcia trudno uznać szukaniem zysków. A już „za Chiny“ nie da się zrozumieć dlaczego robi rzeczy tak nieopłacalne? Skąd ma te pieniądze, czemu ryzykuje na olbrzymią skalę, inwestując, nie jak biznesmen, który przynajmniej liczy, że się zwrócą, lecz jak maniak, który z determinacją topi je w dziwnej akcji politycznej? Z pasją, jakiej nie objawiał wcześniej?
Skąd się wzięła ta „nieciekawa“ postać? Co zazwyczaj oznacza: intrygująca. Zarówno jeśli idzie o cechy osobowe, jak i talenty organizacyjne czy przywódcze, łącznie z kontaktami w zapalnych punktach świata (co samo przez się jeszcze nie dyskwalifikuje). Otóż dość wcześnie znudziwszy sobie nudną pracę biurową w Dublinie – wziął się za biznes i zaczął robić interesy m.in. w Iraku i w Rosji (mając tam świetne stosunki z oligarchami i całą „przyrodą“). Antyszambrował na terenie krajów świeżo post-sowieckich m.in.na Łotwie i w Albanii, gdzie dał się zapamiętać naciętym właścicielom świadectw udziałowych. Pochodzenie jego milionów jest równie tajemnicze jak zakładane i sprzedawane firmy. Olbrzymi koncern drzewny w Rosji sprzedał, by założyć firmę, która była dostawcą wojskowego sprzętu dla Amerykanów w Iraku. Mimo to, wiele z jego fortuny nie da się wyjaśnić.
Ostatnia firma jest równie niedostępna, jak siedziba partii, która formalnie znajduje się w jego prywatnej posiadłości pod Dublinem. A pan domu przeważnie nieuchwytny - stale w rozjazdach na innych kontynentach. Unika zwłaszcza dziennikarzy, chyba że sam chce coś przekazać. Kiedy wszedł gwałtownie w politykę, całą uwagę skupił na sobie, zamazując fakt, że reszta członków „ruchu“ – to anonimowi pomagierzy za pieniądze płacone przez jego firmę. Przed referendum w okresie walki o odrzucenie traktatu tak nasycił przestrzeń swymi hasłami i materiałami propagandowymi, że wszystkie ściany krzyczały NIE!!! (dla Traktatu). Po kraju jeżdziły wynajęte busy, zarzucając ulotkami i skandując hasla, z których wynikało, że traktat zniszczy Irlandię oraz samą Unię. Bo oficjalnie kreuje się na wielkiego euroentuzjastę.
Kim jest przywódca Libertasu jako człowiek? Właściwie, fizjognomia mówi dobitniej niż fakty. Jest inteligentny, b. sprawny i władczy. Ma to, co się określa „fuehrerprinzip“ - uderzająco silne ego, olbrzymi ładunek woli, ale sam się nie celebruje. Jest raczej czujny i skupiony na wykonaniu zadania. Bardzo elokwentny i sugestywny, umie zdobyć uwagę dla swych racji - ma silne cechy przywódcze i umie je egzekwować. To wytrawny demagog z psychologiczną wiedzą o ludziach, ich ambicjach, kompleksach i lękach. Do tego ma pieniądze, co pozwala ściągać klientów politycznych wprost do ręki i gwarantując posłuch. Łatwo wpaść w jego sieci.
Łowy w Polsce
Lech W. jest zbyt wytrawnym wygą, by tego nie zauważyć. Jeśli dał się zaprosić, to nie z powodu naiwności, lecz narastającego krytycyzmu wobec niektórych decyzji UE (co nie musi być zdrożne). A trzeba przyznać, że diagnozy Declana G. są inteligentne. Wychwytując niektóre przegięcia biurokracji Unijnej - brzmią przekonująco. Szczególny rezonans musiał wywołać wątek stoczni, którą wódz Libertasu przywiesił sobie jako sztandar - na użytek Polaków. Natomiast LW nie zgadza się z nim w sprawie Traktatu. Przywódca S, z jego politycznym instynktem, wie zbyt dobrze, że jeśli proces integracji jest komuś potrzebny dla bezpieczeństwa i ochrony interesów – to przede wszystkim NAM, Polakom.
Nas w „koncepcji“ Ganleya powinny zainteresować przede wszystkim pewne podobieństwa do linii politycznej ojca dyrektora. W identyczny sposób zrymowanej z interesami Kremla, a dokładnie przeciwnej interesom Polski. Żeby było śmieszniej nawet operacje na świadectwach udziałowych w Albanii, z których nigdy się nie rozliczył, są niemal analogiczne do słynnej akcji na rzecz Stoczni prowadzonej przez o. Rydzyka. Tyle, że ten ostatni wyłudzał nieodpłatnie. Tamten zaś tanio skupywał za obiecane tantiemy, poczem bez pożegnania zniknął, nie zostawiając ani tantiem, ani świadectw. Od takich osób - zgodnie z amerykańskim porzekadłem - nie kupuje się używanego samochodu. Tym bardziej nie należy kupować niesprawdzonych idei, nawet jeśli są ładnie i wiarygodnie opakowane. A są. Nawet przekonująco.
Gdyby wziąć serio deklaracje Ganleya – jest gorliwym zwolennikiem Unii, ale dostrzega w niej zbyt wiele wad (m.in. za dużo biurokracji), żeby się z tym bezkrytycznie godzić. Szczególne nadużycie widzi w braku demokracji wewnątrz struktur unijnych. Bo do czego to podobne, żeby „elita brukselskich polityków przez nikogo nie wybrana rządziła wszystkim, nie ponosząc odpowiedzialności“. Znając nasze bolesne doświadczenia ze stoczniami – tym łatwiej zyskuje u nas poklask. Swoje wymagania wobec UE streszcza w trzech hasłach: Demokracja, Przejrzystość, Odpowiedzialność. Trudno się oprzeć. Mało kto wie, że w jego partii właśnie są to wartości deficytowe, nie ma ani demokracji, ani przejrzystosci, ani odpowiedzialności. Manipuluje, zamazuje i przekłamuje wręcz koncertowo. Na tym m.in. polega jego szalbierstwo.
Swoją wizytę ostatnią w Polsce zaczął od arcb. Dziwisza i łatwo sobie wyobrazić, czym epatował, skoro swych rodaków straszył, że traktat wprowadza aborcję (co nie jest prawdą), a inne paragrafy pozwoliłyby zamykać do więzień nawet 3-letnie dzieci. I rozmowa z Lechem też trafiła w dobry moment - był świeżo skąpany w pomyjach z IPN – a wobec narastającego sceptycyzmu co do udziału w Grupie Mędrców, mniej czułej na realia – szukał upustu uczuć. I p. Ganley ze swoją krytyczną diagnozą wszedł jak w masło, przytomnie podkreślając, że projekt Unii jest wielką sprawą, ale wymaga korekty. Sprytnie. Co nie oznacza, że krytyczna myśl jest rzeczą zdrożną. Przeciwnie – racjonalną. Każdej wielkiej wizji powinien towarzyszyć nurt krytyczny, wspierany przez takich, co szukają dzuyry w całym - jako zasada. Czasem nawet trzeba rzeźbić w żywym materiale - autokorekty nigdy dosyć. Ale nie w wykonaniu dziwnej zbieraniny, która składa się z maskowanych wrogów Unii i pod wodzą dziwnego faceta, sterowanego nie wiadomo skąd, za to w szatach krytycznego euroentuzjasty. Na pokaz. Ale są nagrania choćby ze spotkań założycielskich polskiej sekcji Libertasu przy udziale Ganley;a lub jego zastępcy. Wy, Polacy, jesteście wezwani, żeby zrobić coś szczególnego. Brońcie wolności swojej i Europy. A prowadzący zebranie Polak niczym wódz na parteitagu krzyczy: „Nasz ruch mówi Integracji - NIE!“ A na twarze werbowanych uczestników (znanych skądinąd) – spływa ekstatyczny zachwyt.
Miejsce dla mocarstwa UE
Czas zadać pytanie – czym kieruje się wódz i jego partia, żeby prowadzić tak dziwną grę? Co, a raczej KTO go animuje? Stoją przecież za tym jakieś racje (interesy, lęki)? Komu tak zależy na tym, aby przeszkodzić procesowi emancypacji Unii, która mogłaby się stać mocarstwem. To pytanie zawiodło niektórych wprost do tajnych służb potęg konkurencyjnych. Jedni widzą je w CIA, inni w KGB. Fakt, że twórca Libertasu jest zbyt silnie motywowany, żeby chodziło o zwykłą karierę. Czyje to kontrowersyjne interesy tak mocno forsuje? Jest wystarczająco zdolny, żeby bez takich fałszywych gierek robić karierę w polityce. Pomysłu, że posługują się nim Amerykanie, nie ma jednak na czym zawiesić. Polityczna emancypacja Europy jest im na rękę i mogą jej tylko przyklasnąć. O niczym tak nie marzą jak o tym, by Europa wreszcie „siama“ już dostatecznie „duzia“ zaczęła się troszczyć o swe bezpieczeństwo, a w koncercie mocarstw była partnerem na tyle silnym i podmiotowym, żeby było z kim grać. Europa, będąc żródłem konfliktów i cieżkich ideologicznych zapaści, przywykła, że jej większa siostra musi ratować ją w opresjach. Po strasznych doświadczeniach XX wieku, kiedy wiele się zmieniło – Europa, zamiast się żreć, dojrzała do wspólnoty - nie jest już takie „niebożę“. Jest nie tylko cywilizacyjnie wysoko, ma potencjał. UE choć terytorialnie o połowę mniejsza od USA, za to z ludnością większą o połowę – ma porównywalny produkt globalny z USA, którego parametry biją pozostałe potęgi na głowę. „Drugie“ mocarstwo Rosja (choć dziś już nie drugie) -przy 4-krotnie większej powierzchni ma ludności o 3,5 raza mniej niż Unia, a PKB aż 17 razy mniejsze. Same tylko Niemcy mają PKB 3,5 raza większe niż Rosja, a nawet trochę większe niż całe Chiny z ich 1,3 mld ludności. Już nie wspomnę o innych wskaźnikach cywilizacyjnych (ilość samochodów, komputerów, czy dochód na głowę ludności).
Oczywiście, aby tupnąć nogą i okazywać mocarstwowe grymasy niezadowolenia - lepiej mieć wycelowane choćby ze 2 rakiety (mogą być nawet makiety) niż odpowiednią ilość sanitarnych oczek czy komputerów. Ale - pomijając militarne akcesoria prestiżu - Unia jest bezsprzecznie drugim mocarstwem świata, choć te pozostałe nie bardzo się z nią liczą. Mieliśmy tego przykład na początku roku, gdy sąsiad przykręcił kurki z gazem i nawet nie czuł się zażenowany. Potem sforsował granicę małego państwa, nie dbając o konwenanse międzynarodowe. Zanim Unia mogła zająć stanowisko i pokazać zgorszoną minę, musiała się zwoływać, kokosić - długo to trwało, zanim udało jej się wtrącić i powstrzymać impet… nie jakiegoś dzikusa, ale cywilizowanego kraju.
Nie chodzi nawet o siły szybkiego reagowania, Unia nie ma wciąż odpowiednich struktur do do podejmowania decyzji w „czasie realnym“, gdy chodzi o realne problemy w sytuacjach nietypowych. Nie żyjemy na anielskim globie, ale w kłębowisku konfliktów i problemów, wśród drapieżnych państw i bytów (różnego kalibru), które nie uprzedzają, gdy chcą postawić jakiś kraj pod ścianą. Tymczasem wszystko, na co możemy liczyć w procesie decyzyjnym - to wielostopniowe konwentykle, szczyty i uzgodnienia. Nie dość reprezentatywne, nie dość szybkie… i zamiast potężnego akordu - wychodzi „plim“.
Unia z za opłotków
Nie mówiąc o tym, że Europa jako kontynent, ale i jako pojedyncze państwa, ma do rozwiązania zbyt wiele ważnych problemów bytowych, których bez ściślejszej współpracy nie rozwiąże, zezując z za opłotków. Jak to się dzieje, że prezydenci sąsiednich krajów średniej wielkości nie chcą dostrzec tak oczywistej potrzeby. Ba, nawet instynkt ich zawodzi. Bodaj największym majstersztykiem pana G - jest ten sugestywny strach przed integracją – który udało mu się pośrednio lub bezpośrednio zaszczepić Po wysłuchaniu wielu przykładow argumentacji wygłaszanej z pasją - nie trudno znależć te same tony nie tylko u Ojczulka, ale i u obu prezydentów, Klausa i Kaczyńskiego. Obaj moralnie należą do klubu, a właściwie do nieformalnej koalicji prezydentów przeciw traktatowi. Zarówno Vaclav Klaus (który Ganley’owi składał wizytę w Irlandii!), jak i Kaczyński - z taką samą determinacją bronią się przed traktatem, jak diabeł przed kropidłem. A za nimi dwoma - cień tego, który ma najoczywistszy interes w tym, by Europa jak długo się da była jak pływająca kra. Można by sobie z nią poczynać nie jak z mocarstwem, lecz jak z grupką państw - prowadząc wybiórczą politykę łask i restrykcji. A praktycznie nie licząc się wcale. Podmiotowa rola UE mogłaby przyspieszyć proces redefinicji marniejącego mocarstwa na formację mniej konfliktową i bardziej rozwojową. Ale to nie to samo, co tupnąć nogą.
Na pytanie: komu może zależeć na tym, by Unia nie zrobiła postępów w budowaniu sprawnych struktur? Można sobie dośpiewać. Ten komu łatwiej zwodzić i robić w konia pojedyncze państwa, niż załatwiać coć z potężnym partnerem, za którym stoi potencjał całej UE.
A nie chodzi o jakieś zhomogenizowane gigantyczne państwo, czego obawiają się wystraszeni wrogowie Unii. Wiele złego narobiła bałamutna idea Stanów Zjednoczonych Europy, brana zbyt dosłownie. Ani to możliwe, ani potrzebne, a na pewno szkodliwe, bo sieje nieporozumienia. Państwa to nie Stany, które różnią się przepisami ruchu drogowego, czy stosunkiem do kary śmierci, ale nie amerykańską mentalnością. Państwa Europy mają zbyt długą własną historię, doświadczenie i kulturę i za bardzo kochają różnorodność – żeby to wszystko zrównać do jednego. Każdy kraj i naród chce być sobą. To jednak nie przekreśla szansy zbudowania struktury decyzyjnej, która będzie władna podejmować trudne i ważne sprawy, wymagające rozstrzygnięć na tym poziomie. Trzeba jednak wiele się nagłówkować, by znależć adekwatne rozwiązania. Trzeba inwencji i serca, aby wytworzyć kulturę współpracy - gdzie egoizm będzie równie wstydliwy jak nienawiść I złość. To proces delikatny i trudny. Wymaga wielu wysiłkow i wielkiej kultury - a nie uników. Bo można przegrać wszystko w świecie drapieżnych mocarstw. Problem w tym, że mimo swych wysokich parametrów UE – wciąż nie jest mocarstwem, z którym trzeba się liczyć. Stąd potrzeba traktatu. A nie jest to słowo ostatnie, lecz początek dłuższego procesu. Patrząc na globalny układ sił, na problemy wielkiego sąsiada, na jego postimperialne kompleksy i smutki – nie trudno się domyśleć, jak bardzo chciałby zatrzymać ten proces. Znając zasady kremlowskiej polityki – nie jest możliwe, by nie czyniła wszystkiego dla opóźnienia tego procesu. Podczas gdy jedynym rozsądnym krokiem jest zbliżać się, a z czasem - kiedyś – może i dołączyć.
L-obertasy w potrzasku
Nie chcę ubliżać nikomu, a już najmniej politykom, których odrzucono, lub w zdrowym odruchu odrzuciło ich samych. Nie da się jednak ukryć, iż to te osoby, ze względu na swój konserwatywno-narodowy charakter, nie czują mięty do Unii, bojąc się (bez powodu) utraty swojskości i szukają mocnego przywódcy na NIE, nawet tak daleko. Bo inaczej nie potrafią, a przy braku funduszy - nawet obcy pieniądz nie śmierdzi. Wszystko to sprawia, że stali się łatwym łupem przywódcy z importu, którego nie wiadomo kto i gdzie „zadaniuje“. Jeśli ich celem jest świadomie stanąć w poprzek polskim interesom – ich wybór. Zasłużyli na swoje. Ale nie zazdroszczę tym, którzy kochając swój kraj opamiętają się dopiero wtedy, gdy wyjdzie szydło z worka. Powinni wiedzieć, że cokolwiek by deklarował ich nowy wódz – jego celem jest zamrażać proces dogadywania się państw Europy i zatrzymać ją w pół drogi. A potem siać dywersję, aby nie dopuścić do większego upodmiotowienia UE i zajęcia drugiego miejsca wśród mocarstw świata obok USA. Traktat jest krokiem koniecznym. Trzeba go przyjąć, żeby iść dalej. Chcemy mieć swój ważki udział w kształtowaniu tej wizji europejskiej rodziny państw – która, by chronić swe bezpieczeństwo, wartości i poziom życia – musi ukształtować nowy, bardziej sprawny i reprezentatywny porządek. Właśnie czas rozdaje role i karty. Kto chce współkształtować wizję przyszłej Unii – nie powinien robić infantylnych uników. To, co UE reprezentuje w sensie struktur decyzyjnych – poza rozdziałem funduszy - jest pozbawione realnej skuteczności. Zwłaszcza w czasie jakichkolwiek zagrożeń. Wymaga to dalszych kroków w kierunku integracji, która wyłoni sprawną strukturę decyzyjną.
Wszyscy, łącznie z Rosją, mają przed sobą konieczność wielkiej pracy nad nową, mniej konfliktową definicją swych bytów, a w wielu przypadkach nad przewartościowaniem celów. Silna, mądra, nieagresywna Unia E., sprawna i demokratyczna - potrzebna jest wszystkim. Jako OSTOJA. Także w świecie ścierających się etnosów religijnych, Europa jest tą starą mądrą kobietą - która mogłaby pomóc. Czy potrafimy najpierw zaufać sobie?
Pomóżmy Europie. To nasz większy dom.
Tagi:
O nas...
Do redakcji można pisać
na adres studioopinii@gmail.com
Cytat, który obiecujemy brać pod rozwagę:
Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Św. Tomasz z Akwinu
Komunikat: Redakcja informuje uprzejmie, że w żaden sposób nie cenzuruje merytorycznie komentarzy do artykułów. Jedyna ingerencja może polegać wyłącznie na ewentualnym usunięciu słów powszechnie uznawanych za obelżywe lub nieprzyzwoite oraz "mowy nienawiści". System zarządzania witryną (niezależny od nas) jest jednakże skonstruowany w taki sposób, że niektóre wpisy pojawiają się niekiedy z opóźnieniem, czasami - z nieznanych nam przyczyn - znacznym. Choć nie ma w tym naszego działania - przepraszamy zirytowanych. Jednocześnie informujemy, że większość nowych tekstów ukazuje sią najpierw na górze strony głównej, w dziale OSTATNIO NADESŁANE, by nieco później - na ogół następnego dnia - trafić do właściwego działu merytorycznego. Komentarze wpisane do OSTATNIO NADESŁANYCH nie są ze względów technicznych przenoszone w nowe miejsce.
| POLECAMY | |
|
Dołączył do nas Jan Winiecki. Szukajcie jego felietonów w prawej szpalcie. Sławek Popowski: kapitalny esej o Gorbaczowie; arcyciekawe! Stefan Bratkowski zastanawia się: czy możemy zbudować solidny ustrój Na stronie KULTURA uruchamiamy rubrykę PRÓBY LITERACKIE. Czytajcie Mikołaja Fajfera. W witrynie pojawiło się Ilustrowane Radio Niny Nowakowskiej. Obejrzyj, posłuchaj! Chcesz zostać dziennikarzem? Nie wiesz, jak pisać? Poczytaj rady fachowca... Ważne przemyślenia George'a Friedmanna: prognoza na nasze stulecie Zajrzyj do działu CYWILIZACJA. Jest co poczytać i obejrzeć! Obejrzyj naszą telewizję (tak, tak - uruchomiliśmy własną). A w niej gościnnie EuroparTV! Nie wiesz co to? Ważny tekst dr Andrzeja Ehrlicha o (nie)sprawności zarządzania w Polsce. Są przykłady! Dr Ehrlich pisze także o pracy tłumacza
|
|
|
PONADTO... |
|
|
Stefan Bratkowski otworzył nowy cykl błyskotliwych porad dla tych, którzy nie wiedzą, że nic się nie da zrobić |
|
|
Jacek Pałasiński podejmuje gorący temat o gazie |
|
|
Ernest Skalski o Gorbaczowie
|
|
|
Sławomir Popowski |
|
|
Aleksander J. Wieczorkowski demoluje Telekomunikację Polską oraz Netię |
|


