Roma Przybyłowska: Sierpniowe odliczanie…
„Ogórki“ obrodziły latoś niczym granaty... Istny wysyp hitów, zaskoczeń, intryg, strajków, pałacowych wojenek, nawet „puczu“ i historycznych prowokacji. Albo coś „wybucha“, albo w napięciu zaczyna się nowe odliczanie: najpierw do 15 (co to będzie: anty-Madonna w kraju Radyja), potem do 17 (wpłacą - nie wpłacą?), to znów do 30 do ostatnich godzin (co z tą delegacją katarską?), do 31 (czy w jednej „kolebce pomieści się dwóch Lechów"?) i coraz bardziej nerwowo do 1 września (czym jeszcze zaszokuje think-tank Putina?).
Repeta z historii
Niezależnie od bieżączki, polski sierpień ma taki ładunek historii, że sam jeden mógłby być reprezentatywną próbką naszych dziejów i wizytówką naszej tożsamości. W jego kronikach mamy niemal „wszystko, co nasze“ (w r.b. doczekało się pokaźnych rocznic):
- (65) Powstanie Warszawskie, z miastem obróconym w perzynę i z hekatombą ofiar;
- (95) Wybuch I Światowej, dziś zapomnianej, ze stratami kilku milionów ludzi, która jednak przyniosła niepodległość Polski po z górą 120 latach
- (89) Największa zwycięska bitwa (po milionie wojaków z obu stron), która zawróciła bolszewicki pochód na Europę (ta tej drobnej przysługi chyba nie zauważyła);
- (89) ekstra - jako „cud nad Wisłą“ – bo mamy to w genach, łącznie z odbieraniem zasług (wówczas Piłsudskiemu) i „wtrącaniem się“ matematyków, którzy zdołali rozkodować łączność sowieckich dowódców - drobiazg;
- (70) Traktat dwóch wielkich potworów (Hitler-Stalin), ustalający, jak rozszarpać Polskę;
- (20) Pierwszy polski niekomunistyczny premier i demokratyczny rząd – po pół wieku od utraty wolności;
- (29) Porozumienia Sierpniowe - część polskiego „patentu“ na obalanie reżimów – czyli rewolucja bez przemocy, zakończona umową, w której reżim de facto podpisał akt swej upadłości (ze skutkami dla całego obozu „demoludów“); i dzień później -
- (70) Strzały na Westerplatte, rozpoczynające apokalipsę II Światowej oraz „nową cywilizację“: pieców, łagrów, holokaustu i polowania na człowieka.
Niezły PAKIET jak na jeden miesiąc. Więc i stosowny „sposób bycia“. Skazujący na: heroizm, walkę o przetrwanie, straceńczą odwagę i spryt, fantazję i cierpliwą mądrość, determinację, brawurę i poświęcenie. Na dramaty i tragedie. Nie bez podłości, kłótliwości, fanfaronady i groteski… Gdy inne narody zwykle smakują ostatnie oddech lata – nas Historia zwykle stawia przed egzaminami najwyższej próby. Z jedną opcją: SPROSTAĆ. Potem czcić, przeżuwać i nieść to w sobie „for ever“. Choroba? Tak nam się zdawało. Ale, nie – to koniecznosć. Mimo wielu kroków ku pokojowej integracji - w umysłach wciąż jeszcze wegetują wojenne poplony. Widać to choćby po tym, jak nasi sąsiedzi wciąż się zmagają ze spadkiem historii. Jedni - szukają ratunku w hodowaniu cierpień i krzywd własnych, które nie są błahe, ale w innej skali znaczą tyle, co „zadrapania“ w porównaniu z łamaniem rąk i nóg; drudzy – wprost w fałszowaniu faktów historii i szukaniu winy w innych. Warto pamiętać, że niewybrzmiałe resentymenty jak i odwieczne interesy - szukają tylko innych zależności i - stosownie do czasu – mutują.
Co do nas, po sierpniowym repetytorium tyle przynajmniej trzeba z tego wynieść, że nie stać nas na bezmyślność… Przeciwnie – jesteśmy skazani na wielkość. Nie mam tu na myśli jakichś „mocarstwowych“ błazenad, czy innych form narodowej megalomanii. Chodzi o: wysoką kulturę społeczeństwa, odpowiedzialność elit, powagę państwa, siłę gospodarki, sprawność i prestiż armii, otwartość i szacunek dla innych (najlepsza forma szacunku dla siebie). Żeby choć zacząć od minimum – rezygnacji z małości i groteskowych wojenek, które w Rodzinie Europejskiej pozbawiają nas rangi poważnego partnera.
Kamień na szaniec… generał na orbitę.
Sierpień dał okazję do wielu refleksji w tej materii. 65. „wybuch“ Powstania – bez wygwizdywania bohaterów i nadmiaru celebry – obiecywał spokój i jakieś zmądrzenie. Nikt nie przypuszczał, że za parę dni miasto Ghazni… zacznie brzmieć po polsku, a dzielny kapitan z marszu dołączy do tych, co „czwórkami do nieba...“ Świetny chłopak. Na zdjęciu uderza inteligentna, sugestywna twarz, bystre przenikliwe oczy, zaczepne spojrzenie… Kolejny kamień na szaniec. „Na wojnie, jak na wojnie“ – mawiało się kiedyś, ku pokrzepieniu. Ale dziś to widać nie przystoi. Skoro nawet dowódca, obyty ze stratami, pęka jak cywil i wali publicznie cały magazynek z pretensjami w głowy zwierzchności… stojąc u nóg kapitana. Intencje można zrozumieć. Ale nie formę i łatwe do przewidzenia szkody. Nawet mnie, osobę cywilną do szpiku – zmierziło. Sympatia, jaką budzi generał-wiarus, jego zasługi i „szczyre“ intencje, nie skreślają zasady podstawowej: jeśli czegoś oczekiwać od dowódcy, to emocjonalnej równowagi i świadomości skutków. Ale zupka się wylala. A bohater (bez ironii) ze swego nieopanowania zrobił sobie - cnotę i zapełnił tym media. Są rzeczy, o których się nie paple de publicis. Do takich należą: tajemnice firmy, kontrakty w czasie negocjacji, a przede wszystkim stan armii (zwłaszcza jej braki). Jeśli jest tak źle – rzuca się tę prawdę na stół w ścisłych profesjonalnych gremiach. A gdy nie wystarcza – dorzuca się dymisję. Rzucił – niestety żer politykom. Na tę ponętną materię nie bez satysfakcji rzuciły się różne siły, szukające okazji do „ożywienia“ sceny i zarobienia paru punktów. Także zmagające się z obsesją „ogórków“ - media. Toteż w kilka dni obraz naszych sił zbrojnych w kraju i na misji osiągnął stan „katastrofy“ – nic, tylko wywiesić białe flagi. Czy chodzi o zaproszenie talibów lub innych drapieżników? A w dowództwie NATO – gdzie, zdaje się, chcemy mieć coś do powiedzenia – czy doda nam to powagi i prestiżu?
Panuje przekonanie, że to koszty konieczne, jeśli chce się coś zmienić. Słowem, generał-kamikadze musiał się poświęcić. Otóż nie musiał. Prawda jest taka, że dowódca wojsk lądowych zdymisjonował się sam – wbrew oczekiwaniom. Zrobił to po okazaniu wielkoduszności Prezydenta i szefa MON, co było absolutnym wyjątkiem. Ale widać bardziej potrzebny był generał skłócony z resortem, traktujący ministra wręcz wzgardliwie. Jak na kraj cywilizowany - zachowanie wręcz egzotyczne i nie do pojęcia w świecie dyscypliny. Chimeryczny dowódca - to sprzeczność sama w sobie. Przynajmniej minister okazał większy spokój. Trudno pojąć, skąd u wojskowego wapory kapryśnej primadonny? Czyżby znalazł w tym swoje nowe emploi, a może polubił media?
Syndrom afgański
Ofiara była o tyle niekonieczna że, zanim generał otworzył usta – dwa dni wcześniej premier, zostawiwszy prezydentowi „Cud nad Wisłą“ (choć cuda to jego specjalność) - poleciał do Ghazni. Nie po to, żeby zjeść żołnierską zupkę. Ale by, uczciwszy kapitana, zasięgnąć języka i uczciwie porozmawiac. Skoro przyciął fundusze – on mógł je zwolnić. Wyszło też na jaw, że za przewlekłymi procedurami stoją relikty myślenia IV RP - najlepiej zakonserwowane w antykorupcyjnych psychozach i lękach, które paraliżują zamówienia i przetargi do granic sensu.
Premier – co było widać - wrócił zdeterminowany, świadom słabych stron naszego obozu, z wolą, by go doposażyć, a procedury trochę rozkuć. Mówił to publicznie. Stąd uchwalony przez rząd w trybie ekspresowym „pakiet afgański“ - ponad miliard zł na dodatkowy sprzęt, a to nie same słowa. JEDNAK zasadnicze pytania, o dalszą koncepcję misji stabilizacyjnej, stoją przed dowództwem NATO. Zmieniająca się sytuacja wymaga zmiany taktyki, a może i strategii. Wojny z al-Kaidą, fundamentalizmem talibów i złotodajnymi plantacjami opium nie da się wygrać, robiąc to na pół gwizdka – także nie samym świstem kul. Nasze decyzje mogą być jedynie funkcją ogólnej (lepszej) strategii. Czy talibowie to nasz problem? - pytają rezolutne mądrale. A czy jest w naszym interesie, żeby NATO wycofało się z kwitkiem, jako siła nieskuteczna i przegrana? Zwłaszcza, że jakby traci swój impet…
Serial (na żywo) „Gra generałem“ miał parę odcinków i zaskoczeń, ale ten „w cywilu“ – nie jest chyba ostatni? Można już śmiało kręcić odcinek „Gdzie jest generał?“ którego pierwszym posiedzeniou komisji ds obronności - poświęconego sprawom, które mu lexą nan sercu – czemuś się nie zjawił. Jeszcze o nim usłyszymy. Szkoda postaci i rogatej duszy. Bywało, że stawał sztorcem wobec szefa BBN, chociaż był z wyboru Palacu. Teraz jednak ktoś doszedł do wniosku, że warto by go oswoić i przyswoić (stąd tyle kokieterii w zachowaniu prezydenckiego ministra). Popularny dowódca zawsze się przyda. Zwłaszcza, że Prezydent za mianowaniem generałów z „obcych“ inspiracji raczej nie przepada.
W Belwederze i Katarze - bez cudów
W Święto Wojska Polskiego (rocznicę Cudu nad Wisłą) źadnych cudów nie było. Kilku generałów in spe - zgodnie z oczekiwaniem - nominacji nie dostało. Nad ich życiorysami „trzeba jeszcze popracować“, a nawet się „wgryzać “ – jak to wcześniej objaśniał szef BBN, min. Szczygło. Z czego wynika, że prezydent już złapał formę. Choć jeszcze niedawno działy się rzeczy zaskakujące: ni stąd ni z owąd uchwalił „kosz świadczeń“ min. Kopacz (sama nie mogła uwierzyć), a to zaklepał pakiet antykryzysowy (zamiast odłożyć do nowego kryzysu), to znów mając dobrą okazję nie zganił rządu … Zaczynał być nieobliczalny. Dotąd było wiadomo, czego się spodziewać i na co w żaden sposób nie wolno liczyć. I dalsze zaskoczenia: udzielił nominacji, przyjął nawet kilku dyplomatów i listy uwierzytelniające… Choć to nie łowcy autografów, z jego podpisów cieszyli się jak dzieci. Były już obawy, że Pierwszy Urząd w kraju robi się nieprzewidywalny.. Ale spoko. Wróciło do normy.
Ostatnio każdego dnia absorbuje nas wyliczanka „wpłacą – nie wpłacą?“ Do pierwszego terminu najbardziej zagrożony był szejk Al Grad, każdego dnia wyliczany jak zawodnik na deskach... Z upływem czasu stało się jednak jasne, że to już nie Katar, a… Grypa. Nie wyklucza się udziału świńskiej. Jakkolwiek wątek listów słanych do Kataru przez Tow. Ochrony Stoczni jest traktowany jak kiepskie alibi, to zwrócę uwagę, że Katarski fundusz nie biegał za stoczniami – dał się z trudem namówić w kontekście ewentualnego zapotrzebowania na gazowce. Ale gdy okazało się, że nawet Polska Żegluga Morska kupuje statki w Chinach, bo o 30 % tańsze – to i pod turbanem rzednie mina. Przy tym ktoś, kto ma wyłożyć kasę – nie jest obojętny na żadną plotkę. A to nie było od cioci Kloci, lecz oficjalne pisma od zarejestrowanego Towarzystwa, które w nazwie ma słowo „stocznie“, a donosi (dwukrotnie), o nieprawnie zawłaszczonym majątku stoczni i brudnych aferach. Świński wirus z Polski (kto wie, czy infekcja nie pochodzi z kraju również handlującego gazem), wysłany z donosem, popartym egzegezą Koranu (pomysł o. Dyrektora, przyjaciela autorów listu?), wrócił do Polski w postaci przypływu wątpliwości. Na marginesie warto zauważyć, że w kraju, gdzie nie było rzeczy ohydniejszej od donosu – ten gatunek intrygi doznał dziwnej nobilitacji, a co najmniej minimum przyzwolenia (?). Nagany dla rządu, że nie miał okazji przebierać w kupcach jak w ulęgałkach i nie znalazł bardziej napalonego na stocznie - to trzepanie śliny. Kto żyw (z opozycji i związków) śpieszy, co by tu jeszcze skopać, wytknąć, zarzucić (PiS - 150 razy) i roztrąbić o upadku stoczni i porażce rządu (SLD)… zamiast poczekać jeszcze tych parę chwil. Mieliśmy już w stolicy demonstrację związkowców ze stoczni remontowej, zaliczyliśmy kilka „serii“ wygłaszanych w upojeniu przez polityków. Teraz pod oknami premiera w Sopocie rozbija się związkowy obóz, z całym arsenałem sztuk ulicznych (łącznie z paleniem kukły…), czemu przewodzi szybkostrzelny Guzikiewicz. W kolebce pojawią się jeszcze bardziej bitne szwadrony. Zdumiewające, jak ten związek, pod historyczną nazwą, nieugięcie pracuje przeciw własnym interesom. Wszystkie opony, kołatki, świece dymne i rymowane „obelżywki“- nie mówiąc już o palonych kukłach – walą w nich samych jak bumerang. Mają już nasze współczucie, spec-ustawę, po co im powszechna niechęć? Rząd co najwyżej nie pokocha. I tak swoje robi, ale inwestorów to raczej nie zwabi, za to może porazić. W banalnych krajach, gdzie nie ma „kolebek“, gdzie związek nie wtrąca się do kontraktów handlowych, nie przepłasza inwestorów i klientów, nie dyktuje, a załoga nie pali opon i kukieł partnerów, z którymi chce rozmawiać – może byłby to łatwiejszy problem. Choć doprawdy starczy załamanie rynku na usługi stoczniowe. Ponoć zjawił się jakiś cień delegacji w turbanach-niewidkach… Odliczamy już ostatnie godziny?
We władaniu kiczu
Trudno nie zauważyć, jak kicz, nie tylko polityczny i wojskowy, ale też gospodarczy i obyczajowy, wcina się w nasze życie i organizuje zbiorową świadomość, przesłaniając istotę sytuacji i sprawy ważniejsze. Tak było z okazji przyjazdu Madonny… do kraju kultu maryjnego i w zasięg Radyja M. Tego nie wymyśliłby grafoman, ale życie potrafi. Sytuacja jak z komedii rodzajowej. Wszystkie stacje żyły w paroksyzmie wydarzenia – wydawało się, że nie ma już na świecie sprawy ważniejszej. Polska oddychała wizją zderzenia dwóch kultów z różnych światów, z szansą profanacji (z powodu kiczowatych odniesień religijnych). Sama myśl o zestawiewniu „królowej popu“ z Królową Korony - Panią naszej Historii pozwalala niektórym oczekiwać zbiorowych konwulsji. I co? Przeszło bokiem, a nawet obyło się bez egzorcyzmów dyrektora Radyja. Kultowi Orędowniczki w naszym kraju nic nie jest w stanie zaszkodzić.A artystka już odłączona – z naszej sieci elektrycznej - teraz zagraża kabale. Przynajmniej jeden z ładunków (kicz oburzenia) został rozbrojony.
Są kicze groźniejsze. Manipulowanie historią, tak, by samemu w to wierzyć. Przypomina o tym rocznica dogadania się dwóch potworów w kwestii sposobu rozszarpania i podzielenia się Polską - co zadecydowało o utracie wolności na lat 70. Wobec nowych wątpliwości, czy byli siebie wzajem warci, oto detale ich poetyki: po jednej stronie łapanki, egzekucje bezbronnych, obozy zagłady, więzienia, tortury, wywózka na roboty i brak żywności; po drugiej – zbiorowe morderstwa, kazamaty, tortury, wywózki do łagrów na Sybir i koszmarny głód. Z obu stron - wojna, zniszczenie i straszliwy terror. A po wojnie - przez ponad pół wieku sprezentowany przez oswobodziciela totalitarny „socjalizm“.
Kicz dzisiejszy ma kształt zalotów do Eryki. Po stronie drugiej mamy formy znacznie ambitniejsze: najpierw zarzut wywołania wojny poprzez nie ustąpienie Hitlerowi „korytarza“ (byłoby bliżej do Moskwy), potem „historyczny dokument“ w rosyjskiej tv, odkrywający widzom jak to tajnie się zmawiał min. Beck z Hitlerem (układ był tak tajny, że… wogóle nie powstał) Prezentowany w tej roli „pakt nieagresji“ podpisało z Niemcami kilka państw – jak wiemy bez skutku. A pakt Ribentrop-Mołotow to właśnie „pakt agresji“. Mamy jednak ewenement wyższej rangi: fałszowaniem zajmuje się „ Komisja o walki z fałszowaniem histoirii“ a jej członkini historyczka Narocznicka dokonała transformacji biednych obozów jenieckich czerwonoarmiejców w1920 r. (karmiono ich tak jak resztę Polski, dzięki amerykańskiej pomocy żywnościowej, kierowanej przez Hoovera) na obozy typu Auschwitz, a odgrzała tezę współodpowiedzialności Niemców za Katyń. Jak na kraj wybitnej dyplomacji – to infantylne kuriozum. Tak upierają się dzieci.
Jednakże Rosja to nie tylko kremlowska TV z neo-imperialną propagandą. Ale też – heroiczna „Nowaja gazieta“, wspaniale elity intelektualne i całkiem nowy ton wypowiedzi patriarchów Cyryla i Hilariona. Podobnie jak Niemcy to nie Erika. Większość Niemców bliższa jest temu, co myśli mądra (choć wijąca się) pani kanclerz. A najlepiej odrobili lekcje z historii niemieccy intelektualiści - list 140-u wręcz proponuje, by za początek wojny uznać datę Paktu Ribentrop-Mołotow. Pięknym akcentem jest nowy list biskupów niemieckich i polskich.
Zaprosił Lech – Lecha, a Tusk – Putina
Przy rozrzutności sierpniowych wątków – w tym samym dniu przypadła jeszcze jedna okrągła rocznica, tak jakby Historia robiąc milowy krok – chciala coś spointować. W rocznicę podpisania Paktu pół wieku później (a 20 lat temu) zdarzył się cud – jeszcze dziś zdumiewający: polski kontraktowy parlament powołał pierwszego niekomunistycznego premiera – człowieka wolnego, który niebawem pojechał na rozmowy do Moskwy już nie jako wasal, ale jak suweren. Nie byliśmy jeszcze w NATO, w UE, w kraju były wojska radzieckie i inne służby specjalne, rosyjscy rezydenci wywiadu… a jednak Tadeusz Mazowiecki zaskoczył gospodarzy Kremla. I to jego rząd zrobił największy skok polityczny i cywilizacyjny - przeprowadził nas ze świata opresji, iluzji gospodarczej i systemu rozdzielczo-nakazowego – do gospodarki rynkowej, do Polski samorządnej, wolnej i demokratycznej (choć to był proces).
A wszystko się zaczęło w Gdańsku, gdzie szykuje się kolejna uroczystość w kolebce – i być może kolejna przepychanka. Tegoroczna uroczystość pod Gdańskimi Krzyżami – będzie tym ciekawsza, że zapowiada się coś, co było nie do pomyślenia: Lech zaprosił Lecha (a jeszcze rok temu, w katedrze, na znak pokoju nie podał mu ręki). Wprawdzie zaprosił odważnie dopiero na rok przyszły, na 30-lecie, Wąsal jednak przymówił się o tegoroczne święto. Jako główny heros 10-milionowego ruchu, który zmienił Polskę - może aktualnemu prezydentowi (a dawnemu współpracownikowi w Solidarności) „ukraść przedstawienie“. Zegar więc odlicza Pałacowi dni pelne niepokoju – co zrobić z imiennikiem, kiedy się pojawi… Polska wprawdzie przywykła do wydzierania sobie świąt i miejsc pod pomnikami, ale ciekawe czy „będzie się działo“?
Inny zgoła zegar „tyka“ dla premiera. Za parę dni kończy się termin blednących nadziei na katarski kapitał. Choć byłoby pointą godną sierpnia, gdyby błądząca gdzieś delegacja z Kataru przywiozła milsze zakończenie baśni. Oj, byłoby głupio tym, co psy wieszali… Rząd jednak po przydługim czekaniu na otwarcie sezamu – nie ma łatwo. Zaliczył dodatkowo „pucz“ generalski, walkowerem oddane TVP oraz okołomedialne, bezpłodne tańce. Premier ma przeciw sobie: Putina - który postawił go w sytuacji podwójnej pułapki, Pałac - który nie kwapi się czegoś uzgodnić, „kolebkę“- z jej wojowniczym związkiem z kapralem Guzikiewiczem. Ma też: opozycyjne wilki - które czują mięso, stygnący zapał szeików wraz z ramadanem, zapaść stoczniowego rynku na swiecie i… komisarz Kroes (scenariusz godny Spielberga!). Równocześnie musi przygotować i „unieść“ – wraz z prezydentem - koronną uroczystość na Westerplatte, w 70 lat od rozpoczęcia Drugiej Światowej po raz piewszy w gronie przedstawicieli państw europejskich oraz USA (?) – w tym kanclerz Merkel i premiera Putina (jak by nie było przedstawicieli państw-spadkobierców). Tam dokona się akt wspólnego pokwitowania tej właśnie daty (bo każdy ma własną) oraz wspólnej refleksji nad barbarzyństwem wojen i ich sprawców. Westerplatte – warte jest mszy. I trzymania nerwów na wodzy, by nie dać się sprowokować. Ale też nie dać sobie napluć w fakty. Są orientacje (u nas i na Kremlu), które nie potrafią ukryć, że zależy im, aby uroczystość pomyślaną jako wydarzenie historyczne – zamienić w niewypał. Dlatego robią, co mogą, aby ją zdegradować, wytykając brak najwyższych przedstawicieli kilku poważnych państw. Jakby nie wiedzieli, że po odstąpieniu od umowy o Tarczy – nikt naprawdę podmiotowy ze Stanów nie przyjedzie. Aby tu świecić oczami. Inni zaś wolą chwilowo nie być (life) przy tak napiętych kontrowersjach między Putinem a Historią. Jesteśmy więc świadkami antycznego dramatu i ogródkowej farsy - równocześnie, tyle że we współczesnych realiach.
Po ostatnim wystąpieniu p. Narocznickiej wyłania się pytanie, czy całe to preludium jest po to, by nas obrazić i zerwać wizytę (co byłoby także po myśli połączonej opozycji PiSLD, która kipi z oburzenia, ale czemuś nie w „swojej“ telewizji)? Czy też przygłaska się tę propagandową uwerturę jakąś ćwierć prawdą. To byłoby więcej niż zero. Nie wszystko zaczyna się od dużych kroków. Chociaż na dalszą metę budować na fałszach, to budować na grzęzawisku. Tu biskupi polscy i niemieccy, pisząc swoje wspólne słowo – mają 100 % racji. Czy nie ma podobnych partnerów dla wspólnych refleksji wśród hierarchów prawosławnych Rosji? Wygląda na to, że są – o czym w art. Ernesta Skalskiego i Sławomira Popowskiego.
Jakkolwiek się stanie, cokolwiek powie, lub nie powie Putin - udane czy nieudane obchody na Westerplatte będą politycznym testem czasu. Zobaczymy na co kogo stać. Tak więc spotkanie to nawet bez słowa i przy pewnych wakatach jest wydarzeniem historycznym, zanim się zaczęło.
Tagi:
O nas...
Do redakcji można pisać
na adres studioopinii@gmail.com
Cytat, który obiecujemy brać pod rozwagę:
Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Św. Tomasz z Akwinu
Komunikat: Redakcja informuje uprzejmie, że w żaden sposób nie cenzuruje merytorycznie komentarzy do artykułów. Jedyna ingerencja może polegać wyłącznie na ewentualnym usunięciu słów powszechnie uznawanych za obelżywe lub nieprzyzwoite oraz "mowy nienawiści". System zarządzania witryną (niezależny od nas) jest jednakże skonstruowany w taki sposób, że niektóre wpisy pojawiają się niekiedy z opóźnieniem, czasami - z nieznanych nam przyczyn - znacznym. Choć nie ma w tym naszego działania - przepraszamy zirytowanych. Jednocześnie informujemy, że większość nowych tekstów ukazuje sią najpierw na górze strony głównej, w dziale OSTATNIO NADESŁANE, by nieco później - na ogół następnego dnia - trafić do właściwego działu merytorycznego. Komentarze wpisane do OSTATNIO NADESŁANYCH nie są ze względów technicznych przenoszone w nowe miejsce.
| POLECAMY | |
|
Dołączył do nas Jan Winiecki. Szukajcie jego felietonów w prawej szpalcie. Sławek Popowski: kapitalny esej o Gorbaczowie; arcyciekawe! Stefan Bratkowski zastanawia się: czy możemy zbudować solidny ustrój Na stronie KULTURA uruchamiamy rubrykę PRÓBY LITERACKIE. Czytajcie Mikołaja Fajfera. W witrynie pojawiło się Ilustrowane Radio Niny Nowakowskiej. Obejrzyj, posłuchaj! Chcesz zostać dziennikarzem? Nie wiesz, jak pisać? Poczytaj rady fachowca... Ważne przemyślenia George'a Friedmanna: prognoza na nasze stulecie Zajrzyj do działu CYWILIZACJA. Jest co poczytać i obejrzeć! Obejrzyj naszą telewizję (tak, tak - uruchomiliśmy własną). A w niej gościnnie EuroparTV! Nie wiesz co to? Ważny tekst dr Andrzeja Ehrlicha o (nie)sprawności zarządzania w Polsce. Są przykłady! Dr Ehrlich pisze także o pracy tłumacza
|
|
|
PONADTO... |
|
|
Stefan Bratkowski otworzył nowy cykl błyskotliwych porad dla tych, którzy nie wiedzą, że nic się nie da zrobić |
|
|
Jacek Pałasiński podejmuje gorący temat o gazie |
|
|
Ernest Skalski o Gorbaczowie
|
|
|
Sławomir Popowski |
|
|
Aleksander J. Wieczorkowski demoluje Telekomunikację Polską oraz Netię |
|


