Sławomir Popowski: Gruzińska lekcja rosyjskiego (kremlowskiego)
Tę wojnę przegrali wszyscy. Choć pewnie największymi przegranymi są Gruzini i przede wszystkim prezydent Saakaszwili. Sympatyzując politycznie z Gruzinami, polskie media - nie mówiąc o politykach - chętnie omijały niewygodny fakt, że to właśnie Tbilisi uruchomiło wojenną lawinę. Mogło wezwać najpierw obserwatorów z ONZ, lub Unii Europejskiej bądź NATO, powołując się na wielomiesięczną koncentrację wojsk rosyjskich w pobliżu granic Gruzji. Mogło, ale tego nie zrobiło...
Przegrani Gruzini
Zgoda. Rosjanie, wykorzystując i cynicznie podsycając zamrożone od kilkunastu lat konflikty: gruzińsko-osetyjski i gruzińsko-abchaski, spowodowane separatyzmem Południowej Osetii i Abchazji - nieustannie prowokowali Gruzinów. Ale to Saakaszwili osobiście odpowiada za podjęcie awanturniczej w gruncie rzeczy decyzji. I nie oszukujmy się: była to operacja przygotowywana bardzo starannie, z rozmysłem...
Teoretycznie Saakaszwili miał do tego prawo: Południowa Osetia formalnie pozostaje częścią Gruzji. Ale czy to usprawiedliwia użycie rakiet typu „grad” (współczesny odpowiednik znanych z II wojny światowej pocisków „katiuszy”), a także artylerii i czołgów do ostrzału Cchinwali? Skutkiem jest kompletna porażka militarna Gruzji, zniszczona infrastruktura kraju i groźba jego definitywnego podziału. Polityczne uregulowanie sporu z Abchazami i Południowymi Osetyjczykami było trudne i wręcz niemożliwe już przed feralnym piątkiem, 8 sierpnia. Dziś wydaje się to jeszcze mniej prawdopodobne.
Wreszcie, sam Saakaszwili. W warunkach wojny, gdy zagrożona były suwerenność kraju, Gruzini murem stanęli za swoim prezydentem. Ale gdy opadnie pył wojenny, pytanie o cenę tego konfliktu powróci nieuchronnie. Saakaszwili będzie musiał na nie odpowiedzieć, a rachunek bez wątpienia zostanie wystawiony.
Cienka czerwona linia
Paradoksalnie tę wojnę przegrała i Rosja. Odniosła sukces militarny: siły gruzińskie zostały rozbite, infrastruktura wojskowa zniszczona, władze w Tbilisi straciły kontrolę nad strategicznie ważnym wąwozem kodorskim w Abchazji i musiały wycofać wszystkie swoje jednostki z Osetii Południowej... A jednak politycznie Kreml przegrał tę batalię. I to na wszystkich frontach.
Rosja przekroczyła „cienką czerwoną linię”: dziś na Zachodzie już nikt, choćby nawet bardzo tego chciał, nie może mieć wątpliwości co do prawdziwych, imperialnych celów strategii politycznej Moskwy. Jeśli jeszcze do niedawna można było stwarzać pozory, że następca Putina, uchodzący za liberała Dmitrij Miedwiediew, poprawi wizerunek Rosji - to tego rodzaju nadzieje, jak się wydaje, na długi czas zostały teraz pogrzebane. Miedwiediew podpisał decyzję o rozpoczęciu „operacji przymuszania do pokoju”, firmując swoim nazwiskiem jawną agresję i brutalne działania wojsk rosyjskich, eufemistycznie określane na Zachodzie jako „nieadekwatne” i „przekraczające granice mandatu sił pokojowych”, pod osłoną którego działały. Tak Miedwiediew stał się faktycznie zakładnikiem rosyjskich struktur siłowych i moskiewskich jastrzębi. I już nikt nie ma wątpliwości, kto i jaką gra rolę w tandemie Miedwiediew-Putin.
Co więcej, jeśli celem Kremla były demonstracja siły i ostrzeżenie skierowane do pozostałych państw post-radzieckich, aby wreszcie zrozumiały, kto jest rzeczywistym gospodarzem na obszarze dawnego ZSRR - to i ten cel spalił na panewce. Działań rosyjskich nie poparł żaden z jego najbliższych sojuszników. Nawet Bat'ko Łukaszenko zachował milczenie i w najgorętszym okresie nawet słowem się nie zająknął w sprawie konfliktu. Mówiąc inaczej: lekcja została odebrana, ale wnioski każdy wyciągnął dla siebie i raczej nie są to wnioski po myśli Moskwy.
Owszem, Rosja próbuje teraz stosować taktykę "ucieczki do przodu". Daje do zrozumienia, że traktuje wojnę na Kaukazie, jako część wielkiej rozgrywki geopolitycznej, która ma określić nowe reguły ładu światowego i - zgodnie z tą taktyką - sprawdza wytrzymałość Zachodu na wypadek nowej "zimnej wojny". Co więcej dość niedwuznacznie sugeruje, że kolejna może być Ukraina... W rzeczywistości Rosja blefuje. Nowa "zimna wojna" także dla niej byłaby katastrofą. Co więcej, prędzej poradziłby sobie z nią Zachód, podczas gdy dla Rosji oznaczałaby ona kolejny raz wybór tej samej ślepej uliczki cywilizacyjnej.
Przegrany Zachód
Ale i Zachód - Europa oraz Ameryka - mogą mówić o porażce. Trudno dziś powiedzieć, jakimi przesłankami kierował się Saakaszwili i na czyje poparcie liczył, na jakie sojusze, a także, kto go umacniał w przekonaniu, że z Rosją nie ma co się patyczkować, trzeba twardo walczyć, bo Zachód i tak pomoże, a w najgorszym przypadku uda mu się doprowadzić do umiędzynarodowienia konfliktu. Faktem jest natomiast, że podejmował on działania bez konsultacji ze swoimi najsilniejszymi sojusznikami, z Amerykanami. I nawet jego najwierniejszy przyjaciel, prezydent Lech Kaczyński, z którym rozmawiał krótko przed rozpoczęciem operacji w Południowej Osetii - podobno dowiedział się o wybuchu konfliktu, gdy gruzińskie działa ostrzeliwały już Cchinwali.
Z punktu widzenia reguł polityki światowej to oznacza tylko jedno: w rejonie tak ważnym, w którym krzyżują się strategiczne interesy Rosji i Zachodu; w rejonie, który można uznać za wrota do naftowego i gazowego basenu Morza Kaspijskiego i Azji Środkowej - Amerykanie (a także Europa) nie do końca kontrolowały sytuację i w pewnym sensie wszyscy stali się zakładnikami polityki Saakaszwilego.
Zachodnie rządy, przede wszystkim europejskie - pisał niemiecki ekspert Ingo Manteuffel - dość późno zrozumiały, że nie wystarczą same apele o przerwanie konfliktu. W rezultacie nie potrafiły dostatecznie szybko wysłać w rejon działań wojennych delegacji swoich pośredników, zaś nadzwyczajny szczyt w sprawie wojny na Kaukazie - zresztą na wniosek premiera Tuska - udało się zorganizować z kilkutygodniowym opóźnieniem, gdy Moskwa zdążyła już oficjalnie uznać dwie separatystyczne republiki. W ten sposób - twierdzi Manteuffel - kryzys wokół Południowej Osetii stał się jednoznacznym dowodem słabości Unii. Podzielona - nie umiała do tej pory wypracować wspólnej i skutecznej strategii wobec krajów Europy Wschodniej, a zwłaszcza wobec Rosji. I to się teraz mści.
Są politycy - nie ma polityki
Wreszcie, Polska. Po raz kolejny okazało się, że prezydent Lech Kaczyński i premier Donald Tusk nadają na zupełnie różnych falach i nie jest to tylko - jak twierdzi część komentatorów - rezultatem trwającej nieustannie kampanii prezydenckiej, lecz skutkiem przyjęcia zupełnie odmiennych wizji polityki zagranicznej.
Prezydent Kaczyński po uszy zaangażował się w konflikt gruzińsko-rosyjski i - nie licząc się z niczym, a przede wszystkim z wyważonym stanowiskiem rządu polskiego - starał się maksymalnie podgrzewać emocje. Słuchając jego wystąpienia na wiecu w Tbilisi, a także późniejszych wypowiedzi - można było odnieść wrażenie, że, po pierwsze - uważa Rosję za największego, odwiecznego wroga Polski i Europy, a po drugie - gotów jest zrobić wszystko, aby postawić rząd własnego kraju wobec faktów dokonanych. W wywiadzie dla PiSowskiej „Rzeczpospolitej” Kaczyński z rozbrajającą szczerością przyznał, że marzy mu się utworzenie w ramach UE (a właściwie - biorąc pod uwagę obecność Ukrainy - na obrzeżach Unii) bloku państw, swego rodzaju Unii-bis, a może NATO-bis - które pohamują imperialne zapędy Rosji. Bo przecież - zdaniem Kaczyńskiego - wiadomo, że Unia to Paryż i Berlin, więc nie ma co nawet myśleć o tym, by w jakikolwiek sposób wystąpiły przeciwko interesom Moskwy.
Jest to program jasny i zrozumiały, a nawet atrakcyjny dla znaczącej części pisowskiego elektoratu - a chyba i nie tylko pisowskiego - otwarcie odwołującego się do tradycyjnych stereotypów Rosji jako odwiecznego wroga Polaków.
W kategoriach czysto emocjonalnych tego typu program można nawet zrozumieć, tyle że z prawdziwą polityką i dyplomacją nie ma on niczego wspólnego. I pewnie dlatego, w najbardziej gorącym okresie, siła sprawcza tak buńczucznych oświadczeń i wystąpień polskiego prezydenta była praktycznie żadna. Zignorowały je nie tylko stolice europejskie (w których prezydent Kaczyński już zapracował na opinię polityka, powiedzmy, ekscentrycznego, drażniącego i mało przekonywującego), ale również Moskwa, która zaledwie odnotowała gruzińską wyprawę Kaczyńskiego.
Być może to miał na myśli premier Tusk, tłumacząc, dlaczego polecił ministrowi Sikorskiemu, by towarzyszył prezydentowi w jego „solidarnościowej" podróży do Gruzji, bo chciał w ten sposób "uniknąć politycznych niespodzianek". Mówiąc inaczej, językiem prostym, nie dyplomatycznym: by prezydent nie narobił głupstw... Sęk w tym, że misja specjalna Sikorskiego skończyła się niepowodzeniem; prezydent Kaczyński powiedział, co powiedział; nawarzył piwa, które i tak będziemy musieli wypić... A osad pozostał. Plus - ważna informacja dla reszty naszych partnerów: że w Polsce są dwa konkurujące ośrodki polityki zagranicznej, czyli że Warszawa nie ma żadnej.
Na szczęście, później, w ostatniej chwili udało się jakoś zażegnać poważny kryzys i na "gruziński szczyt" Unii do Brukseli polecieli i prezydent, i premier. Ale nie oszukujmy się: ciąg dalszy nastąpi. Zwłaszcza, że prezydent - jak twierdzą jego najbliżsi doradcy i sympatyzujący z PiS komentatorzy - „złapał wiatr w żagle" i teraz będzie budować swój wizerunek rzekomego, opatrznościowego męża stanu Europy Wschodniej, co powinno mu zapewnić reelekcję, a bratu triumfalny powrót do władzy. I tyle. Część polskiej publiczności pewnie uda się na to nabrać, ale nie nazywajmy tego dyplomacją.
Co dalej?
Z konfliktu wokół Południowej Osetii i pięciodniowej wojny gruzińsko-rosyjskiej wynika jednoznacznie, że dotychczasowa strategia Ameryki i Europy wobec Moskwy musi ulec zmianie. Nie da się dłużej udawać i kunktatorsko przymykać oczu na coraz bardziej brutalne działania Rosji, usiłującej - zgodnie ze swoimi imperialnymi, wielkomocarstwowymi ambicjami - przebudować ład światowy, powstały po rozpadzie Związku Radzieckiego.
Po Gruzji - jak się wydaje - Zachód już to zrozumiał, ale ciągle jeszcze jest za wcześnie mówić o jakiejkolwiek nowej, spójnej polityce wobec Moskwy. I to jest dziś największa słabość Zachodu. Można oczywiście przyjąć maksymalnie radykalną koncepcję powstrzymywania Rosji (do której praktycznie namawia m.in. prezydent Kaczyński), ale to grozi powrotem do „zimnej wojny”, czym ani Europa, ani Ameryka, nie są dziś zainteresowane. Pozostaje więc to, co najtrudniejsze: mozolne budowanie wzajemnych relacji, solidarna i stanowcza obrona wspólnych, europejskich interesów i wartości oraz ich egzekwowanie w praktyce.
Wreszcie - przeciwdziałanie wszelkim próbom rozbicia europejskiej jedności, dzielenia jej na narodowe rezerwaty, co Moskwa dotąd skutecznie potrafiła wygrywać, a inni bardzo jej w tym pomagali. I wbrew pozorom nie chodzi tu tylko o Gazociąg Północny, czy Południowy, ale o wszystkich, którzy blokując na przykład ratyfikację traktatu lizbońskiego i wewnętrzną reformę Unii, praktycznie działają w interesie Rosji i są jej najskuteczniejszymi „agentami wpływów”. W jakimś sensie czyni to również nasz prezydent i jego prawicowe zaplecze polityczne, które nigdy nie chciało Unii (w przeciwieństwie do unijnej kasy) i najchętniej, pod byle pretekstem, pogrzebałoby traktat lizboński. Dla Moskwy to znacznie ważniejsze i cenniejsze. Można nawet darować i przemilczeć gromkie słowa, ostre gesty oraz grymasy, tupanie nogą oraz straszenie "blokiem sarmackim", czego i tak nikt nie traktuje poważnie. A wystarczy szpilka, aby przekłuć ten nadęty balon.
Tagi:
O nas...
Do redakcji można pisać
na adres studioopinii@gmail.com
Cytat, który obiecujemy brać pod rozwagę:
Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Św. Tomasz z Akwinu
Komunikat: Redakcja informuje uprzejmie, że w żaden sposób nie cenzuruje merytorycznie komentarzy do artykułów. Jedyna ingerencja może polegać wyłącznie na ewentualnym usunięciu słów powszechnie uznawanych za obelżywe lub nieprzyzwoite oraz "mowy nienawiści". System zarządzania witryną (niezależny od nas) jest jednakże skonstruowany w taki sposób, że niektóre wpisy pojawiają się niekiedy z opóźnieniem, czasami - z nieznanych nam przyczyn - znacznym. Choć nie ma w tym naszego działania - przepraszamy zirytowanych. Jednocześnie informujemy, że większość nowych tekstów ukazuje sią najpierw na górze strony głównej, w dziale OSTATNIO NADESŁANE, by nieco później - na ogół następnego dnia - trafić do właściwego działu merytorycznego. Komentarze wpisane do OSTATNIO NADESŁANYCH nie są ze względów technicznych przenoszone w nowe miejsce.
| POLECAMY | |
|
Dołączył do nas Jan Winiecki. Szukajcie jego felietonów w prawej szpalcie. Sławek Popowski: kapitalny esej o Gorbaczowie; arcyciekawe! Stefan Bratkowski zastanawia się: czy możemy zbudować solidny ustrój Na stronie KULTURA uruchamiamy rubrykę PRÓBY LITERACKIE. Czytajcie Mikołaja Fajfera. W witrynie pojawiło się Ilustrowane Radio Niny Nowakowskiej. Obejrzyj, posłuchaj! Chcesz zostać dziennikarzem? Nie wiesz, jak pisać? Poczytaj rady fachowca... Ważne przemyślenia George'a Friedmanna: prognoza na nasze stulecie Zajrzyj do działu CYWILIZACJA. Jest co poczytać i obejrzeć! Obejrzyj naszą telewizję (tak, tak - uruchomiliśmy własną). A w niej gościnnie EuroparTV! Nie wiesz co to? Ważny tekst dr Andrzeja Ehrlicha o (nie)sprawności zarządzania w Polsce. Są przykłady! Dr Ehrlich pisze także o pracy tłumacza
|
|
|
PONADTO... |
|
|
Stefan Bratkowski otworzył nowy cykl błyskotliwych porad dla tych, którzy nie wiedzą, że nic się nie da zrobić |
|
|
Jacek Pałasiński podejmuje gorący temat o gazie |
|
|
Ernest Skalski o Gorbaczowie
|
|
|
Sławomir Popowski |
|
|
Aleksander J. Wieczorkowski demoluje Telekomunikację Polską oraz Netię |
|


