Stefan Bratkowski: Owszem, możliwe!

2009-11-24 18:46

Dedykuję tym wszystkim komentatorom, którzy ogłosili bez chwili zastanowienia, że to kompletnie nierealne i niemożliwe.

Pozwolę sobie powyższych adresatów poinformować, że projekt proponowanych przez  premiera zmian w Konstytucji omawiano bardzo szeroko, i to od dość dawna, na forum Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”. Gdyby któryś z Panów interesował się polskim życiem intelektualnym, dawno by się z tymi propozycjami zapoznał. Choćby poprzez Internet. Inicjatywa, przypomnę, wyszła od trzech członków Rady Programowej DiP, byłych prezesów Trybunału Konstytucyjnego, Marka Safjana, Jerzego Stępnia i Andrzeja Zolla. Z ich autorytetem profesjonalnym wypadałoby się telewizyjnemu konstytucjonaliście nieco liczyć, miast komentować, że „demokracja uwiera”. Politycy, mądrzący się w ślad za nim bez żadnego merytorycznego przygotowania, niczym nie zaskoczyli - byli jak zwykle nastawieni wrogo, a bałamutnie, przypisując intencje politycznie pokrętne lub prostackie, nawet nie orientując się, komu.   

Środowisko DiP zabierało głos w sprawach naszego państwa, kraju i społeczeństwa już w czasach daleko mniej komfortowych, nie oglądając się na ryzyko. Świadome konfliktów na tle kompetencyjnym w gronie naczelnych władz państwa, świadome, że dalsza zwłoka w naprawie defektu naszej konstytucji może Polskę zbyt wiele kosztować, Konwersatorium DiP zaproponowało te zmiany wyłącznie z poczucia społecznego obowiązku, bez nadziei, że pozyska dla nich zwolenników w którejś partii. Proponowane zmiany są tylko zmianami na rzecz zdrowego rozsądku. I - przyzwoitości wobec obywateli. 

Poparcia ze strony Platformy Obywatelskiej najmniej można się  było spodziewać wobec więcej niż prawdopodobnego zwycięstwa Donalda Tuska w wyborach prezydenckich - dlaczego miałby ograniczać swoją władzę? To poparcie było dla nas miłą niespodzianką, bo liczyliśmy raczej na większe zainteresowanie ze strony PiS - przy perspektywie prawie pewnej porażki w wyborach prezydenckich. Prywatnie dodam, że nie braliśmy już pod uwagę SLD, jako że wydaje się robić, co może, by znaleźć się poza sejmem. Podobnie choć z innych przyczyn - PSL, chcąc być dobre w każdym zestawie, nie zauważa, jak traci na powadze i wiarygodności.  

Premier nie ukrywał źródła inspiracji i jak większość obserwatorów naszej sceny potraktował sprawę b. poważnie. Po jego przemówieniu jednak już w pierwszych wypowiedziach polityków natychmiast „zadymiło” nieuczciwością. Owemu konstytucjonaliście nie miał kto przed kamerami zwrócić uwagi, że równowaga władz w tradycji ich konstytucyjnego trójpodziału nie dotyczy stosunków wewnątrz władzy wykonawczej, lecz stosunków między władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. On sam, tj. konstytucjonalista, nie raczył zaś wspomnieć, że kosztowne, bezpośrednie, powszechne wybory prezydenta zainstalowano w Polsce dla doraźnych potrzeb politycznych, nie w imię żadnej „suwerenności narodu”, lecz po to, by mógł zostać prezydentem Lech Wałęsa. Cóż się dziwić, że panowie politycy tym bardziej poczuli zew, by wejść na ścieżkę zadymy. 

Nie ukrywam, że w gronie Konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość osobiście wykazuję akurat najmniej entuzjazmu dla obecnej Konstytucji. Mam ją za akt prawny zredagowany nieprecyzyjnie, chaotycznie, z lukami pojęciowymi, które nie przystoją Konstytucji (nie zna ona takich rutynowych pojęć konstytucyjnych jak „wolność słowa” czy też „wolność zrzeszania się”); nie winię autorów, moich akurat w sporej części przyjaciół – cud, że w ogóle do czegoś doszli, gdy walka szła o każde słowo.                                                                                                                                

W tym trybie nasz ustrój zbudował w praktyce aż trzy rządy: radę ministrów, kancelarię premiera i kancelarię prezydenta. Ten ostatni - „nad-rząd”, tylko z władzą przeszkadzania, z dublującymi gabinet rządowy ministrami, sekretarzami i podsekretarzami stanu, z osobnym ministerstwem bezpieczeństwa narodowego w postaci BBN, z kilkuset pracownikami, od czasu Wałęsy pochłania olbrzymie, coraz większe pieniądze, dziś - dobrze ponad pół miliarda zł rocznie. Podczas gdy – co wytknął pierwszy przed laty prof. Marek Drozdowski – prezydent Mościcki miał 40 osób kancelarii cywilnej i 20 wojskowej, ja zaś dodam, że miał i prerogatywy nieporównywalnie szersze, bo wydawał rozporządzenia z mocą ustawy (tak promulgował prawo, które było dziełem największych prawników Polski, nie posłów; to była inna koncepcja władz państwa, bliższa ustrojowi prezydenckiemu). 

Propozycja DiP, czyli naszych trzech byłych Prezesów Trybunału Konstytucyjnego, nie ma nic wspólnego z koncentracją władzy – wbrew zarzutom, którymi huczą krytycy. Jest podyktowana pragmatyką rządzenia, wiążącą kompetencje z odpowiedzialnością. Dziś temu, co odpowiada za efekty rządzenia, brakuje pełnych kompetencji, a ten co ma ich w zbędnym nadmiarze (weto wobec decyzji Sejmu i Senatu), za nic nie odpowiada. Propozycja naprawcza jest bardzo umiarkowana i mniej kosztowna. Wybór prezydenta (bez uprawnień do blokowania pracy rządu) przez Zgromadzenie Narodowe - jest prostszy, tańszy (o setki mln zł) i nie kwestionuje woli suwerennego narodu, wyrażonej w wyborach do Sejmu. Którą to wolę Sejm wyraża, powołując Rząd.  

Proponowana zmiana uwolni od paraliżu pracę organów wykonawczych. Konstytucjonalista winien był zaznaczyć, że poprzednimi razy dla uwolnienia pracy rządu od paraliżu trzeba u nas było wojskowego zamachu stanu, którego dokonał marszałek Piłsudski w roku 1926, a w historii naszej „siostrzycy” Francji - zamachu stanu generała de Gaulle’a w roku 1958. Skromna, proponowana teraz operacja jest wersją pokojową tamtych zamachów stanu, choć tym razem nie przeciw „nadwładzy” parlamentu, tylko przeciw niedoróbkom w twórczości prawno-ustrojowej. Pierwsze polskie projekty Konstytucji w latach 1917-1919 kładły, wspomnę z przekory, szczególny nacisk na efektywne działanie organów wykonawczych, dopiero przepychanki polityków po roku 1920 zrodziły samoblokujący się układ Konstytucji Marcowej 1921 r. Oparto ją na fatalnych wzorach Trzeciej Republiki Francuskiej, a nie na rodzimej tradycji Konstytucji Trzeciego Maja, która ustanawiała skuteczny rząd. I warto podkreślić, że to Konstytucja Trzeciego Maja likwidowała wielowiekową już chorobę naszą, czyli paraliż władzy wykonawczej, instalując konsekwentnie jak w USA zasady pełnego podziału władzy.  

DiP nie zaproponował  w sensie ustrojowym niczego nowego. Nie odwołam się do ustroju Wielkiej Brytanii, gdzie królowa jest głową władzy wykonawczej, powołuje i odwołuje premiera (głowę większości w Izbie Gmin), ratyfikuje umowy międzynarodowe, ale nie wtrąca się do rządzenia, w praktyce pełni głównie funkcje reprezentacyjne. Zbliżony ustrój - bez króla - w języku konstytucjonalizmu nazywa się dzisiaj „kanclerskim”, obowiązuje bowiem wzorcowo bardzo blisko nas, w Republice Federalnej Niemiec. To rząd pani kanclerz Merkel decyduje o rządzeniu Niemcami, a nie prezydent Niemiec, skądinąd człek mądry, zasłużony, dobrej woli, otoczony powszechnym, międzynarodowym szacunkiem, były prezes związku komunalnych kas oszczędności Niemiec, wielki fachowiec, którego radbym, gdybym mógł, zaprosić do Polski, by opowiedział o skutecznych instytucjach drobnego kredytu, gromadzących drobne nawet oszczędności…  

Co do liczebności posłów i senatorów, sam tylko piszący te słowa od zarania naszej odrodzonej demokracji dopominał się o jej zmniejszenie. Nie ma argumentów za tym, by niespecjalnie zamożny kraj, liczący 38 mln obywateli, utrzymywał 460 posłów, jeśli trzystu milionom obywateli Stanów Zjednoczonych wystarcza Kongres z 435 deputowanymi. Senat USA liczy stu senatorów i nasz Senat tyleż samo. Bardzo jesteśmy rozrzutni. Dosyć byłoby jednego posła na 200 tysięcy mieszkańców i dosyć byłoby 50 senatorów (po jednym na dawne „małe” województwo). Znów pół miliarda zł z naszych kieszeni rocznie mniej.  

Grzegorz Miecugow podczas pierwszego spotkania po wystąpieniu premiera zadał przybyłemu konstytucjonaliście najprostsze pytanie w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych: czy zna swego posła? Oczywiście, nie znał. A znał by go na pewno, gdyby go wybierał w systemie wyborów większościowych w jednomandatowym okręgu wyborczym.. Myślę, że jest to najprostszy argument za – przynajmniej - ordynacją mieszaną. Nie ukrywam, co do mnie, że jestem od początku za jednomandatowymi okręgami wyborczymi, systemem po prostu uczciwszym – bez posłów ze zwycięskiej listy partyjnej, wybranych kilkuset głosami (bo i tacy byli). Zwolennicy jednomandatowych okręgów wyborczych zebrali w swoim czasie blisko milion podpisów! 

Krytycy ogłosili, że proponowane zmiany są niemożliwe, zanim cokolwiek przeczytali. Otóż są możliwe. Art. 125 ust. 2 Konstytucji upoważnia bowiem większość sejmową do rozpisania referendum, a postawić ono może pytania o takim mniej więcej sensie: Czy chcesz sprawnego rządu, któremu nie pęta rąk nadmiar kompetencji prezydenta? Czy chcesz  tańszego Sejmu i Senatu, liczącego mniej posłów i senatorów? Czy chcesz tańszego urzędu prezydenta z ograniczonymi uprawnieniami i mniejszą liczbą urzędników? Czy chcesz głosować w wyborach na osoby kandydatów, a nie na listy partyjne?  

Może perspektywa nieuchronnej porażki w takim ogólnokrajowym referendum skłoni mówiących byle co - do zastanowienia. Zwrócę uwagę, że jeśli nawet nie uda się przeprowadzić rozsądnych zmian teraz, to po wyborze nowego prezydenta nowa większość sejmowa może je przeprowadzić, a wybrany w powszechnych wyborach bezpośrednich prezydent może złożyć urząd, by poddać się wyborom zgodnym ze zmianami w Konstytucji – lub zaproponować kogoś innego. Czekanie jednak na taką procedurę – znowu z milionami zł na wybory powszechne prezydenta – byłoby marnowaniem czasu i pieniędzy.  

Polska w obecnej sytuacji nie ma tego czasu tyle, by nadal tolerować  nieskuteczność rządów. Musimy odrabiać  zaległości cywilizacyjne i wyjść z finansowego dołka, by dołączyć  do czołówki gospodarczej Europy. Wiele czasu zabrała nam historia. Zmarnowaliśmy dwa lata na kuriozalna przygodę z Czwartą RP. Nie ma sensu odkładać usprawnienie mechanizmu rządzenia aż do przyszłej kadencji  Ktokolwiek w przyszłości będzie trzymał ster rządu, musi mieć warunki, by skutecznie sprawować władzę wykonawczą. Za jej wyniki bierze odpowiedzialność przed narodem wedle Konstytucji nie prezydent, a premier. Dalsze utrzymywanie szczeliny, w którą może wchodzić - i niweczyć efekty pracy - tocząca się walka polityczna lub ambicje personalne (bo i to możliwe), jest właśnie sensu pozbawione. Jest przyzwoleniem na destrukcję. 

Takie racje przyświecały  środowisku DiP – z którego wyszła inicjatywa. Dalszy ciąg zależy od tego, jak ją przyjmą szersze kręgi naszej elity umysłowej i nieobojętnego rozumnego społeczeństwa. Tego samego, które wielekroć sygnalizowało zniecierpliwienie „buksowaniem kół” w miejscu i niekończącymi się zatargami lub udaremnianiem wysiłków. Od udziału tych środowisk w rozpoczynającej się ogólnokrajowej debacie będzie zależało przeprowadzenie tych dość prostych rozwiązań.  

W kwestii rzeczy niemożliwych: ostatnie 30 lat ukazało, ile z nich stało się  możliwe. Ta nie jest najtrudniejsza. Wszystko zależy od WOLI SUWERENA – czyli nas, obywateli. 

Stefan Bratkowski 

członek Rady Programowej Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość” 

Wyszukiwanie

Obiecujemy starać się spełniać to oto piękne wezwanie:

Panie zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.

Św. Tomasz z Akwinu




Od redakcji 

Redakcja uprzejmie informuje, że wszystkie opublikowane w witrynie artykuły mogą być komentowane wyłącznie za zgodą Autora tekstu. Stosowny odnośnik do zbiorczej strony na korespondencję jest pod każdym artykułem, którego Autor nie życzy sobie komentarzy "pod spodem". Komentarze nie są cenzurowane merytorycznie, jednakże  sformułowania rasistowskie i antysemickie oraz wulgaryzmy i drastyczna "mowa nienawiści" są usuwane. Nie przyjmujemy komentarzy ani listów anonimowych (minimum jawności: podanie nazwiska i adresu piszącego do wyłącznej wiadomości redakcji). 

Osoby, pragnące na naszych łamach opublikować artykuł, proszone są o nadsyłanie dokumentów w postaci edytowalnej (czysty tekst lub dokumenty Worda albo OO) na adres studioopinii@gmail.com. Pod tym samym adresem prosimy kierować wszelkie uwagi o witrynie i listy do redakcji.

Informujemy uprzejmie, że ta witryna nie jest blogowiskiem, lecz redagowaną gazetą internetową.

Nieliczna redakcja zmuszona jest do wyboru licznie nadsyłanych tekstów i nie jest w stanie każdorazowo uzasadniać decyzję nie wykorzystania nadesłanej propozycji. Decyzja z praktycznych względów musi być ostateczna i nieodwołalna, dyskusji na ten temat nie zdołamy prowadzić.

Redakcja zastrzega sobie prawo zmian formalnych w zaakceptowanym do publikacji tekście, w szczególności dodania śródtytułów, zmiany tytułu, koniecznych zmian stylistycznych, gramatycznych i ortograficznych oraz doboru ilustracji – z braku czasu i mocy przerobowych - bez uzgadniania z Autorem. Redakcja zobowiązuje się nie wypaczać myśli Autora.

 

 

 

 

Ernest Skalski poleca swój esej

BIEDNI I BOGACI III RP

 

Nowa pozycja: esej Mirosław Malcharek: 

Apage, satanas

Z notatnika amatora-egzorcysty

Clip to Evernote