Stefan Bratkowski: Pochwała handlu, czyli o cudach
Jak to było…
Dziś wszystko, w czym żyjemy, wydaje się istnieć „od zawsze”. Mało kto nawet pamięta, mało kto sobie wyobraża, jak to było dwadzieścia lat temu, kiedy Polska zaczynała swój powrót do normalności. Przypomnę jak było – swoim tekstem ze stycznia 1991 r. z pochwałą handlu. Tak, bo trzeba wtedy było reklamować handel…
Zdarzyło się to w 1955 roku w Austrii uwolnionej od radzieckiej obecności: w ciągu niewiele ponad miesiąca martwy, ciemny, smutny radziecki Wiedeń przekształcił się w rozświetloną, tętniącą handlem Europę.
Prawda: Wiedeń miał sklepy. Ale, tak czy siak, dlaczego u nas - zapyta ktoś - nie wystarczyło przeskoczyć do gospodarki wolnorynkowej, by osiągnąć efekt przynajmniej zbliżony? Dlaczego jakoś nie widać w pełni tego wymarzonego kapitalizmu, którego-śmy się spodziewali, idąc do wyborów w czerwcu 1989? No bo miało być dużo sklepów, dużo towarów i niskie ceny, tymczasem towarów niby dużo, ale coraz droższe, zaś sklepów jeszcze mniej niż było, bo część z nich się zamyka i miesiącami stoją martwe. Likwiduje się biurokratyczne struktury, jedną za drugą, i - nic. Prywatyzuje się i - nic. Kapitalizm jakiś taki ciągle ubogi, obwoźny, siermiężny...
Ale też to jest już właśnie kawałek kapitalizmu i rynku. Na "Skrze", na Stadionie Dziesięciolecia, pod Domami Centrum, na chodnikach ulic. Tam, gdzie się handluje. Nie tam, gdzie tylko płaci się miliony za możliwość uprawiania handlu, a na handel już nie ma.
Przy czym w znacznej mierze to my sami, poprzez wybrane przez nas władze lokalne, tak to zmajstrowaliśmy, że nie ma tam handlu, gdzie powinien być, że nie zdarza się "cud", który powinien się zdarzyć jak w Wiedniu.
Mówiąc nawiasem - jeden cud, cud pełnych półek już się zdarzył, dzięki Balcerowiczowi i Mazowieckiemu. Tylko za szybko przyzwyczailiśmy się do niego. Żeby go docenić, trzeba jechać tam, za granicę, gdzie w sklepach nic, gdzie ludzie boją się swego krajowego pieniądza i gromadzą zapałki jako rezerwową walutę na rok 1991...
x
W prywatyzacji handlu odnotowaliśmy już, można chyba tak podsumować, wszelkie możliwe błędy. Piszę to bez ironii i bez satysfakcji, chociaż akurat od pierwszej chwili po Czerwcu gwałtowałem na łamach prasy o to, by zaczynać od odbudowy handlu.
Podkreślam: od odbudowy. Nie chodziło o samą tylko prywatyzację i samo zniesienie biurokratycznych czap. Przyjmuję do wiadomości, że nie było czasu i że nikt się na tym nie znał. Więc może teraz? Dziś, kiedy na "nie" wiemy już prawie wszystko...?
x
Zaczniemy od rewelacyjnych komunałów.
Może to kogoś zaskoczy, ale dla rynku nie wystarczy prywatna własność. Rynek zaczyna się od handlu; samo już zresztą pojęcie "rynku", przypomnę, jest pojęciem z handlu - po to robiono "rynki" w miastach średniowiecza, by można tam było handlować (mówiąc nawiasem, handel przenośny, obwoźny, ze straganami rozstawianymi w miejscach dogodnych dla handlu, to nic chorego, ani zdrożnego; to akurat początki, prehistoria handlu; "sklep" oznaczał pierwotnie piwnicę, magazyn towarów, a nie lokal służący sprzedaży).
Warto głosić pochwałę handlu. Bo w naszej części Europy, na wschód od Łaby, gdzie przez wieki dominowało rolnictwo, zawsze taka pochwała brzmi nieco przekornie. Handel jako instytucję życia społecznego co najwyżej u nas tolerowano (albo i wprost... nie tolerowano, jak przez ostatnie 45 lat). Co tu dużo mówić - ostatnią w języku polskim historię handlu napisano przed stu laty! A dziś wcale nie jest lepiej, niż w czasach, gdy pisał Korzon. Mamy setki doktoratów z historii literatury. Ani jednego z historii handlu... Dlatego i mało kto z ekonomistów na nim się rozumie.
Tymczasem świata nie ciągnie do przodu żaden "rozwój sił wytwórczych" (czego sam się musiałem oduczać latami własnych studiów nad historią gospodarki!). To handel jest lokomotywą cywilizacji. Handel, czyli możliwość sprzedaży, ciągnie produkcję. Za handlem idzie postęp. Tak zresztą w gospodarce, jak i w ustrojach politycznych - toż demokrację urodziły starożytne republiki kupieckie!
x
Czy to nie śmieszne wbijać nabożnie uczniakom do głów podczas lekcji historię "merchants-adventurers", podziwiać rolę kupców poszukiwaczy przygód w narodzinach imperium brytyjskiego, a odnosić się z pogardą do dzisiejszych polskich "handlarzy", tych "Żydów Eurazji", którzy wśród nie mniej barwnych przygód uczą handlu Europę Wschodnią i Azję Północną...?
Nie ja ich odkryłem w tej roli; to, jak zawsze, niezmordowany wszędobylski Józef Kuśmierek, któremu jeden z owych "przemytników", co to są "zakałami w stosunkach międzynarodowych", oświadczył z dumą:
- Panie, tam, na końcu Azji, nikt na przedmieściu Singapuru czy Hongkongu nie wiedział o istnieniu Polski, o Mickiewiczu ani o Szopenie, a teraz wywiesza się tabliczki: "Tu się mówi po polsku". To myśmy do tego doprowadzili!
Lokują pieniądze poza Polską, bo się boją własnego kraju. Polska też się ich boi. Uważa ich za brudną pianę początków kapitalizmu. Odmawia im statusu kupców i miana "kupców"; Polska nie chroni ich, przeciwnie, raczej wyśmiewa i bawi się, kiedy który z nich padnie ofiarą skretyniałego systemu ceł i innych "realnie-socjalistycznych" ograniczeń, dzielących od siebie kraje ciągle socjalistyczne, ciągle obce samej idei wolnego handlu. Tymczasem bez wolnego handlu nie będzie żadnego postępu, żadnej gospodarki rynkowej (kiedy tłumaczyłem to sympatycznym intelektualistom z sąsiedniego kraju, wydałem się im również... teoretykiem!).
Mądry Turek, Turgut Oezal (po amerykańskich uczelniach i amerykańskiej praktyce), kiedy jeszcze nie był prezydentem Turcji, a tylko jej premierem, stwierdził, że na wszystkich granicach Turcji panoszy się przemyt; ten lokalny, drobny, przygraniczny, i równie dobrze - wręcz hurtowy, na międzynarodową skalę; przy kosztach walki z nim rosnących z roku na rok. Ale Turgut Oezal, który miał instalować w Turcji porządny kapitalizm, wiedział, że wolna przedsiębiorczość zaczyna się od wolnego handlu. I zniósł po prostu - jednostronnie! - cła na wszystkich swoich granicach (zakazy obejmują tylko to, czego nie wolno wozić nigdzie). Powiedział nam z uśmiechem podczas rozmowy:
- „...I tak zmieniliśmy niebezpiecznych, ściganych przemytników w szanownych, porządnych kupców, którzy lepiej, niż ktokolwiek inny, orientują się, skąd co warto przywieźć i dokąd wywieźć. To im w sporej mierze zawdzięczamy wzrost naszego eksportu”.
Za to Polska swoich importerów i eksporterów nie lubi nadal. Toleruje co najwyżej.
x
Dzięki prywatnemu handlowi banany w Polsce są tańsze (przeliczając na dolary), niż w Berlinie, choć się je wozi tak samo kosztownymi truckami z Hamburga - na znacznie dłuższej trasie. I to zmysł handlowy niedawnych biurokratów z Pekpolu obdarzył stolicę ruchomymi eleganckimi sklepami mięsnymi.
Dlaczego więc nie ma cudu en gros i wszędzie?
Spróbujmy przyjrzeć się naszemu handlowi tak, jak ja go widzę. Ponieważ w moim rozumieniu to jest ta szansa dla młodych ludzi, którzy chcą uciekać, którzy nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Więcej - nigdy młodzi ludzie w Polsce nie stali przed tak niezwykłymi szansami, nigdy nie było dla nich tyle miejsca. Nie tylko dla nich. Także dla wielu spośród zdesperowanych prawdziwych bezrobotnych (piszę umyślnie o "zdesperowanych i prawdziwych", gdyż ogromny procent bezrobotnych woli brać zasiłki i uprawiać prywatny indywidualny handel, niż dać się gdzieś "zatrudniać").
To wszystko jak w słynnym starym dowcipie o tym, jak Bata posłał agenta handlowego do Afryki, by zbadał tamtejszy rynek na buty. Po tygodniu agent telegrafuje: "nie ma tu żadnego rynku na buty stop wszyscy chodzą boso". Bata leci sam i następnego dnia jego ludzie w Żlinie odbierają telegram: "Szykujcie nowe wzory stop szykujcie maszyny i ludzi stop nieograniczony rynek na buty stop wszyscy chodzą boso".
Zamiast biadać nad wzrostem bezrobocia, zbadajmy po prostu naszą strukturę zatrudnienia.
x
Oto liczby, których nikt nie bierze pod uwagę.
W krajach wysoko rozwiniętych pracuje w handlu kilkanaście procent ogółu zatrudnionych. W Japonii - nawet ponad dwadzieścia, gdyż Japonia chroni swój drobny handel przed konkurencją supermarketów (na uruchomienie supermarketu w danej dzielnicy trzeba nie tylko zgody większości mieszkańców, ale i małych kupców-detalistów z tej okolicy!). Jak jest w Polsce?
Jak jest, nie sposób ocenić (liczba zarejestrowanych spółek i innych przedsiębiorstw niewiele mówi, bo wpis nie oznacza rozpoczęcia praktycznej działalności, a znowuż wielcy hurtownicy dzisiejszego "przemytu" nie wchodzą czasem w żadne rejestry poza policyjnymi). Możemy jednakże zanalizować to, co było. A już w samym Roczniku Statystycznym na rok 1989 znajdziemy dość informacji o dzisiejszych i jutrzejszych szansach.
Zatrudnionych było w Polsce ogółem w roku 1988 (średnio) 17.128.800. W tym w handlu - 1.477.400, czyli - 8,6%. W rzeczywistości - jeszcze mniej, bo z tego niecałego półtora miliona trzeba odliczyć 527,8 tys. grupy dość szczególnych pracowników handlu wewnętrznego w gospodarce tzw. „uspołecznionej", tych zatrudnionych w kierownictwach "przedsiębiorstw" i ich "administracji", czyli - po prostu - biurokracji "realnie-socjalistycznego" handlu. Proporcja zresztą układała się tak, że w owym "uspołecznionym" handlu wewnętrznym stu pracowników na stanowiskach "robotniczych", czyli takich, co to sami sprzedawali, wozili, nosili w magazynach, orało na 76,5 ludzi w biurokracji! Innymi słowy, każda panienka za ladą, przerzucająca dziennie po parę ton, musiała sama utrzymać 3/4 biurokraty i już choćby dlatego nie mogła dobrze zarabiać; na dobitek te trzy czwarte dostawało minimum dwa razy tyle co ona...
Kiedy odliczymy biurokrację, otrzymamy zatrudnionych w handlu - 949,6 tysięcy. Czyli - 5,5 % ogółu pracujących Polaków. Dla informacji: w tym niecałym milionie zaledwie 220,8 tys. to byli wówczas ajenci oraz pracownicy handlu prywatnego, tj., jak go zwał Rocznik Statystyczny, "nieuspołecznionego".
Te 8,6% i te 5,5% informują, że strukturę zatrudnienia w Polsce mieliśmy całkowicie zwichniętą, by nie powiedzieć - chorą. I jeśli nawet przyjąć, że większość ludzi z dotychczasowej biurokracji handlu da się obrócić w czynnych handlowców (wielu już się pokazało z najlepszej strony!), to dla normalnej cywilizacji trzeba handlowi dużo ponad milion nowych, dodatkowych ludzi. Tylko dla 15% w strukturze zatrudnienia; bo przy handlu drobnym, który dość długo musi górować w Polsce, będziemy raczej bliżsi strukturze japońskiej - co będzie oznaczało zapotrzebowanie nie na milion, lecz na prawie dwa miliony!
Trzeba nam nie dziesiątków, nie setek, lecz setek tysięcy nowych właścicieli sklepów i sklepików, restauracji i restauracyjek, kawiarni i kawiarenek, warsztatów szewskich czy krawieckich, księgarni i antykwariatów, itd. itp. - po to, by normalnie żyć. Do tego trzeba setek tysięcy młodych i nie młodych, za to ambitnych i energicznych ludzi.
Oczywiście - niczego nie musimy. Możemy blokować handel tak, jak to robimy do tej pory - dziesiątkami dodatkowych biurokratycznych (bezprawnych!) utrudnień.
x
Wolny handel zawsze toruje sobie drogi mimo wszelkie przeszkody. Nie daje mu się dostatecznie tanich pomieszczeń stałych? Przerzuca się na klasyczny handel obwoźny, straganiarski. Nęka się go nadmiernymi podatkami? Rozwija się na bazarach, gdzie musi tylko opłacić miejsce. W ostatecznym rachunku na próbach dojenia handlu przez administrację zawsze traci klient, który musi potem sfinansować wszelkie obciążenia, wkalkulowywane w ceny. Dlatego obrona wolnego handlu, odbudowa handlu, jego rozwój, wręcz leży w interesie nas wszystkich.
Rozumiem, że gminom brakowało pieniędzy, więc się wzięły za sprzedawanie handlowych metraży. Zgoda, niech będzie, Balcerowicz winien. Nie dał na budżety. Ale może to nie Balcerowicz?
Z przyzwoicie płaconych, umiarkowanych podatków od dostatecznie szeroko rozwiniętego handlu nasze gminy zebrałyby więcej, niż ze sprzedaży lokali w trybie takim, jak sobie mały Jaś wyobraża kapitalizm (taki, babciu, drapieżny, bezwzględny, obliczony wyłącznie na szybki zysk). Co więcej, nie byłoby żadnych, albo prawie żadnych problemów z bezrobociem. Zwłaszcza, że ci sami ludzie z rządu, którzy tak straszyli bezrobociem, uruchomili i uruchamiają coraz więcej najrozmaitszych rodzajów kredytu dla zwalnianych. Kredytów na ich własną przedsiębiorczość.
x
Jeśli kwiaciarenka na bocznej uliczce i równie maleńki obok sklepik spożywczy mają płacić czynszu miesięcznie za metr kwadratowy dokładnie tyle samo, co przestronny sklep w najruchliwszej części śródmieścia Warszawy, to coś tu się komuś pomieszało. A już pomysł licytacji lokali sklepowych i magazynowych musiał przy ich obecnym niedostatku wywindować ceny do spekulacyjnego poziomu, ponad możliwości czyjejkolwiek kieszeni.
Znów zajmijmy się procentami i proporcjami... Polska w porównaniu z Europą ma jeszcze mniej sklepów, niż ludzi zatrudnionych w handlu.
Tak: nie trzy razy mniej, ale pięć, sześć razy mniej sklepów i powierzchni magazynów, niż w normalnym kraju o podobnym stopniu rozwoju cywilizacyjnego.
Są przecie całe - do dzisiejszego dnia! - dzielnice Warszawy, gdzie jeden sklep spożywczy przypada na kilkanaście tysięcy mieszkańców! Cóż mówić o małych miasteczkach czy wsiach, gdzie, gdyby nawet sprywatyzować GSy, musiałyby one siłą rzeczy zmienić się w monopolistów handlu - czyli, że sama prywatyzacja niewiele by dała...
x
Więc nie program prywatyzacji, bo to za mało. Program odbudowy i rozwoju handlu. Z szerokim patronatem dla tego drobnego, czyli dla - podstaw handlu.
Co to znaczy? To znaczy, że gminy będą wręcz patronować zawiązywaniu się stowarzyszeń kupców i wciągną do współpracy wszystkich, którzy coś naprawdę wiedzą o handlu; głównie - starych, emerytowanych kupców, ale także doświadczonych ludzi z np. takiego Stowarzyszenia Księgarzy... By z nimi razem poprowadzić konkursową (a z poręczeniami rzetelności od szanowanych obywateli) selekcję tych, których warto objąć opieką i którym będzie warto potem pomóc w uruchomieniu interesu. Egzaminy - z wiedzy o handlu i z podstaw towaroznawstwa w dziedzinie, którą przyszły kupiec wybierze. Serie egzaminów: żeby kandydat mógł podchodzić parę razy.
Podręczniki? Andrzej Bonarski dał się namówić na wydanie paru podstawowych przedwojennych podręczników, pierwsze 10 tysięcy egzemplarzy Tomanka, Górniaka i Ehrlicha oraz buchalterii Maskilejsona już się ukazało przed świętami. A przetłumaczymy i najnowsze pozycje amerykańskie, które też mamy - dzięki pomocy przyjaciół z World Press Freedom Committee z Malcolmem Mallette'm na czele, którzy uzbierali po znajomych uniwersytetach i college'ach kilka pak najaktualniejszych podręczników). "Nowoczesność" (od końca stycznia) będzie sama trochę takim popularnym, dla wszystkich, cotygodniowym podręcznikiem interesów. Przyłączy się pewnie i "Wspólnota", pismo samorządów lokalnych, i Związek Miast, i Związek Małych Miast (bo i taki już działa), i przyszły związek gmin wiejskich. Co do mnie, pomogę, na ile potrafię. Takich, jak ja, jest więcej.
I od razu warto myśleć z wyobraźnią. Ze swoim stowarzyszeniem kupców rozmawiać o stowarzyszeniu kredytu wzajemnego, opartym na zasadach Schulzego z Delitsch lub wielkopolskich (prof. Ochociński z poznańskiej Akademii Ekonomicznej byłby tu idealnym "patronem") - kupcy muszą być samodzielni finansowo jako stan i jako grupa zawodowa.
Dawniej stowarzyszenia kupców patronowały szkołom handlowym. Dziś warto myśleć o możliwie najszybszym przekształceniu - jeśli są - lokalnych liceów i techników "ekonomicznych" w normalne właśnie szkoły handlowe (jest już i wzorzec praktyczny - liceum p. Małeckiego we Wrocławiu!). Jeśli nie ma szkół, zadbajmy o kursy i punkty porad (jakże przydadzą się tu najbardziej wiekowi emeryci!).
Zajmiemy się też odbudową lokalnego kredytu hipotecznego, który w niedalekiej przyszłości może być w rękach władz gminy wspaniałym instrumentem popierania handlu (emisja listów zastawnych na poczet m.in. obciążenia hipotecznego sklepów, które gmina wynajmuje kupcom - tak to z jednego obiektu można mieć równocześnie pieniądze dwa razy...).
Skąd brać sklepy? Jerzy Pawlas na łamach "Gazety i Nowoczesności" podjął był kampanię o nadbudowywanie niższych budynków. Zaangażowaliśmy się w nią głównie dlatego, że jest to najtańszy i najszybszy sposób na głód mieszkaniowy (trzeba trafu, że podobny program, z powodu b. drogich gruntów, podejmuje się właśnie w RFN!). Ale także po to, by partery można było oddać handlowi. Właśnie na sklepy, restauracyjki, kawiarnie, księgarnie itp.
Przyjmijmy też jako zasadę, że od ulicy na parterach nie powinno być żadnych biur; że nawet wysokie urzędy odnajmą (oddadzą) i dozwolą przeróbki swych parterów na sklepy; że różne stare i niestare landary, hale zlokalizowane w poronionych miejscach, odda się handlowi na ośrodki typu shopping-center (nie dom towarowy, tylko wiele prywatnych sklepów pod jednym dachem).
Kredyty?
Słynna amerykańska korporacja Fannie Mae dała wzór kredytu hipotecznego w budownictwie mieszkaniowym. Tak można i kredytować przebudowy dla handlu i nasze nadbudowy. Jeden warunek: ministrowie od przekształceń własnościowych porozmawiają z kimś, kto zna się na budownictwie, by poradził, jak sprywatyzować (całkowicie!) i zdekoncentrować wykonawstwo budowlane mieszkaniowe i tzw. ogólne, jak zrobić to błyskawicznie, zaraz, jeszcze przed sezonem budowlanym - tak, by roboty w 1991 roku stalować już u małych prywatnych przedsiębiorców lub w gildiach rzemieślniczych, taniej, bez kosztów całej biurokracji kabeemów i pebemów...
x
Na "efekt wiedeński" nie można liczyć - przy braku lokali - w ciągu miesiąca. Ale w ciągu roku - tak. Zobaczymy wtedy, jak handel pociągnie za sobą narodziny najrozmaitszych produkcji, których szansy nawet nie podejrzewamy, jak rozkwitną producenci dzisiaj bliscy bankructwa. I - nie do uwierzenia - ceny przy wzroście konkurencji i podaży będą spadały...
Fantastyczne?
Ale realne. Ot, wolny rynek.
Stefan Bratkowski
Pierwsze dni stycznia 1991 r.
Tagi:
Pierwsze komentarze
do niniejszego artykułu znajdują się tutaj
Miejsce na dyskusję
Obiecujemy starać się spełniać to oto piękne wezwanie:
Panie zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Św. Tomasz z Akwinu
Od redakcji
Redakcja uprzejmie informuje, że wszystkie opublikowane w witrynie artykuły mogą być komentowane wyłącznie za zgodą Autora tekstu. Stosowny odnośnik do zbiorczej strony na korespondencję jest pod każdym artykułem, którego Autor nie życzy sobie komentarzy "pod spodem". Komentarze nie są cenzurowane merytorycznie, jednakże sformułowania rasistowskie i antysemickie oraz wulgaryzmy i drastyczna "mowa nienawiści" są usuwane. Nie przyjmujemy komentarzy ani listów anonimowych (minimum jawności: podanie nazwiska i adresu piszącego do wyłącznej wiadomości redakcji).
Osoby, pragnące na naszych łamach opublikować artykuł, proszone są o nadsyłanie dokumentów w postaci edytowalnej (czysty tekst lub dokumenty Worda albo OO) na adres studioopinii@gmail.com. Pod tym samym adresem prosimy kierować wszelkie uwagi o witrynie i listy do redakcji.
Informujemy uprzejmie, że ta witryna nie jest blogowiskiem, lecz redagowaną gazetą internetową.
Nieliczna redakcja zmuszona jest do wyboru licznie nadsyłanych tekstów i nie jest w stanie każdorazowo uzasadniać decyzję nie wykorzystania nadesłanej propozycji. Decyzja z praktycznych względów musi być ostateczna i nieodwołalna, dyskusji na ten temat nie zdołamy prowadzić.
Redakcja zastrzega sobie prawo zmian formalnych w zaakceptowanym do publikacji tekście, w szczególności dodania śródtytułów, zmiany tytułu, koniecznych zmian stylistycznych, gramatycznych i ortograficznych oraz doboru ilustracji – z braku czasu i mocy przerobowych - bez uzgadniania z Autorem. Redakcja zobowiązuje się nie wypaczać myśli Autora.




