Stefan Bratkowski: Prawo niepotrzebne
Prawo prasowe, pochodzące z czasów stanu wojennego, przez 19 lat wolnej Polski nie działało, w praktyce ignorowane i nie używane - mimo tak różnych od siebie rządów. W zasadzie już to powinno wystarczyć jako dowód, że jest po prostu nie potrzebne. Dziennikarz jak każdy człowiek, który swoim słowem publicznym wyrządzą „szkodę” innemu człowiekowi (art. 415 Kodeksu Cywilnego), odpowiada za nią w trybie postępowania cywilnego. Pojęcie „umyślnego naruszenia dóbr osobistych” to również pojęcie z Kodeksu Cywilnego (art. 448); dochodzi się „usunięcia skutków wyrządzonej szkody” poprzez postępowanie cywilne. Nie ma żadnej odrębnej procedury „prawno-prasowej”. Definicja tej szkody nie zależy od żadnego „prawa prasowego” – dzięki sensownemu orzecznictwu nie chronimy osób publicznych przed krytyką, złośliwościami ani kpinami ze strony innych zwykłych obywateli. Kiedy pisałem swego czasu, że niekompetentny premier z niekompetentnym prezydentem nie składają się w kompetentną władzę państwa, nikt mnie nie ścigał – nawet z artykułu 212 Kodeksu Karnego.
Rozumiem, że politycy wszelkich skłonności, a zwłaszcza pewnych określonych skłonności, radzi by mieć jakiś bat na dziennikarzy, żeby choć pomachać groźbami. Ale, pozwolę sobie wypomnieć - nie za to nadstawialiśmy głowy. Miała być demokracja z wolnością słowa – i ma być. Jak stoi w Konstytucji. To tylko sejmowa biegunka legislacyjna, wieloletnie już mnożenie prawa, prowokuje odruch - co by tu jeszcze... uregulować, panowie. W roku 1989 postulowałem powrót do prawa na dzień 1.9.1939, prawa dojrzałego, dzieła prawników europejskiej klasy, wyprzedzającego potrzeby czasu. Usłyszałem – „to chcesz, żebyśmy się wszystkiego na nowo uczyli?”. Odpowiedziałem – „i tak będziecie musieli wszystkiego się na nowo uczyć”. Od tamtych dni krok za krokiem kolejne sejmy przerabiają zmacerowane w „socjalizmie” prawo, w nowej radosnej twórczości partoląc je czasem od nowa (dwie ustawy dla działalności gospodarczej zamiast Kodeksu Handlowego, trzy ustawy zamiast jednego prawa budowlanego, albo art. 35 ust. 2 prawa bankowego, przyznający bankom prawo do administracyjnej egzekucji swych należności mocą własnych decyzji, co przekreśliło powrót weksla i obrotu wekslowego).
Tamto prawo prasowe nosiło wszelkie znamiona regulacji „socjalistycznej”, czyli zawierało normy „puste”, bo choć straszyły, to niczym nie karały ich naruszenia. Pierwszy z brzegu przykład - art. 13 ust. 1: „Nie wolno wypowiadać w prasie opinii co do rozstrzygnięcia w postępowaniu sądowym przed wydaniem orzeczenia w pierwszej instancji”. Minister sprawiedliwości rządu słusznie minionego skazywał publicznie „doktora G.” bez wyroku. I nic mu nie można było z tytułu tego prawa zrobić, zapłacił tylko ośmieszeniem, i to nie w oczach ogółu obywateli; dopiero teraz przegrał proces cywilny. Art. 15 ust. 1 chronił ówczesnego rzecznika prasowego rządu, publikującego pod pseudonimem „Rema”: „Autorowi materiału prasowego przysługuje prawo zachowania w tajemnicy swego nazwiska”. Ten przepis, jawnie skandaliczny, nie działał nawet w prasie „reżimowej”; dziś chroniłby anonimowość pewnego gatunku internautów, tchórzy bez nazwisk, nie bojących się publikować różnych świństw.
Nie trzeba specjalnej procedury cywilnej dla spraw przeciw dziennikarzom. Istotne jest samo orzecznictwo – zmierzające do usunięcia skutków szkody, włącznie z ustaleniem odszkodowania. W USA lub w Anglii bywają te odszkodowania bardzo wysokie. Podobnie może być u nas, wtedy każdy redaktor lub autor zastanowi się nad swoją kieszenią, robiąc jakieś paskudztwo. Także autor-polityk, odpowiadający za insynuacje lub zniesławiające kłamstwa. Kto zaś ogłasza bohatera narodowego agentem bezpieki na podstawie materiałów nader wątpliwej wiarygodności, a w nieukrywanej intencji zniesławienia, powinien zdrowo beknąć. I autorzy, i wydawca – na podstawie art. 441 Kodeksu Cywilnego o solidarnej odpowiedzialności.
Ze zgłoszonych projektów prawa prasowego ten pani Taczkowskiej i ZG SDP ze swą urzędową segregacją dziennikarzy na licencjonowanych, zawodowych itp. może tylko bawić. Dowodzi kompletnej nieznajomości fachu, ani jego obecnych tendencji rozwoju. Z internetem narodziła się nowa sfera uprawiania zawodu, lada chwila zwielokrotnią się dzięki cyfryzacji możliwości emisji telewizyjnej, ale w rozumieniu dziennikarstwa nic się nie zmieniło od czterystu lat, kiedy Holendrzy zaczęli drukować pierwsze wiadomości dla amsterdamskiej giełdy towarowej. Dziennikarstwo od początku swego istnienia było zawodem otwartym. Każdy mógł i i nadal każdy może zostać dziennikarzem z dnia na dzień, tylko nie każdy potrafi zostać dziennikarzem dobrym i szanowanym. Grzegorz Piotrowski (morderca ks. Popiełuszki) może pisać i niekaralne jest być na tyle wstrętnym, bo go drukować. Na odwrót, ani doktorat, ani władza w żadnym stowarzyszeniu nie chronią przed pisaniem wierutnych głupstw.
W demokracji, w gospodarce rynkowej, nie trzeba wymuszać przepisami prawa rzetelności zawodowej dziennikarzy. Jak i nie można mocą prawa ani decyzjami władz zapewnić nikomu ani wiarygodności, ani sympatii, nawet z większością mediów w swoim ręku; antypatyczny premier czy kiepski prezydent najlepiej się o tym przekonali, zwłaszcza, że obcowanie z marketingiem nauczyło odbiorców podejrzliwości. Dziennikarz, gazeta, program telewizyjny, audycja radiowa, blog mogą zaufanie pozyskać tylko sami. Dziennikarstwo wymaga jednego - domniemania przyzwoitości. Dlatego – namawiam: żadnych anonimów (także w Internecie!). Świadczą o unikaniu odpowiedzialności, jeśli nie wręcz o tchórzliwości. Pseudonimy przysługują tylko autorom znanym swej publiczności z nazwiska.
Są zawody, w których trzeba kontrolować kwalifikacje – lekarzy i nawet pielęgniarek, czy też prokuratorów i sędziów, pilotów i kierowców. W dziennikarstwie złymi obyczajami podważa się swą wiarygodność, a z nieuczciwości leczy konkurencja. Dla ochrony wiarygodności zawodu i konkurencyjności polska Izba Wydawców Prasy przygotowała i przyjęła swój Kodeks Dobrych Praktyk, przepisy, których winny się trzymać redakcje tych wydawców i ich dziennikarze (można liczyć, że ten kodeks przyjmą i właściciele mediów elektronicznych). Te przepisy, opracowane przez wydawców wespół z redakcjami i dziennikarzami, dobrowolnie przyjęte, z natury rzeczy są czymś skuteczniejszym niż normy, narzucone z zewnątrz przez polityków, z reguły nie do wyegzekwowania. Ten Kodeks Dobrych Praktyk czyni dodatkowe przepisy prawa – niepotrzebnymi. Jeśli kogoś media pokrzywdzą, a winowajcy udowodni się pogwałcenie tego Kodeksu, przed sądem cywilnym obciąży go to bardziej nawet niż treść powództwa; to murowane wysokie odszkodowanie. Na odmianę ewentualny sąd polubowny, uzgodniony przez strony (wydawcę i pokrzywdzonego), może – i to w szybkim trybie – wymierzyć sprawcy jakąś karę o charakterze społecznym, nie mówiąc o decyzji samego wydawcy...
Karać sądowym zakazem pisania? Trzeba nie znać tej profesji. Urbana karał tak Gomułka i Urban anonimowo publikował w minionym ustroju latami! I nikomu w demokracji nie można zakazać wydawania pisma, prowadzenia radiostacji czy telewizji; karać można tylko naruszenie kodeksu karnego lub innych obowiązującym zakazów prawnych. Dodam, że dziś broniłbym praw Urbana jako wydawcy, jak i prawa ojca Rydzyka do prowadzenia swojego radia, telewizji i gazety (nie na ulgowych warunkach w sferze dochodów i nie bez ich kontroli). Dopóki nie naruszają prawa, nikt im niczego zrobić nie może – poza polemiką i demaskowaniem obcych interesów, którym służy siejący wrogość redemptorysta. Obaj, i Urban, i Rydzyk, nie lubią demokracji, ale demokracja właśnie zapewnia im prawo do tego (Rydzyk może co najwyżej stanąć przed sądem karnym za swoje nie przedawnione antysemickie wycieczki, odpowiednio wysoka grzywna nauczyłaby go rozsądku). Nie możemy też zakazać żadnym gazetom ani innym mediom wchodzenia, co dziś obserwujemy, w krąg klasy politycznej. Teatr polityczny wciąga i pozwala dziennikarzom błyszczeć jako mądrzejszym partnerom premierów i ministrów, eksploatować, a nawet podniecać konflikty w imię „oglądalności”. Konkurencją dla takiego magnetyzmu próżności będą kontakty z najmądrzejszymi ludźmi kraju i fachowcami, sensacje przygód ludzkich w drodze do osiągnięć i atrakcje prawdziwych problemów. To przyjdzie. Z konkurencją. Poczekajmy.
Wymaganie sądowej rejestracji tytułu, na domiar opatrzonej warunkami i karami, ogranicza wolność słowa, to chyba jasne nawet dla jego propagatorów (bo i o to chodzi). Zupełnie wystarczą rejestry w odpowiednich urzędach administracji państwowej, i to wyłącznie dla porządku – żeby nikt cudzego tytułu pisma nie przywłaszczał sobie ani otwarcie, ani podstępną przeróbką, żeby rejestrujący się nadawcy elektroniczni nie wchodzili sobie wzajem w częstotliwości, żeby internetowe gazety i blogi nie używały cudzych tytułów i oznaczeń. Warto natomiast wykluczyć blokadę tytułów bez ich użytkowania, innymi słowy, ukrócić proceder handlu zarejestrowanymi, a nie użytkowanymi tytułami (to samo z patentowaniem nazw w Urzędzie Patentowym). Wymiar sprawiedliwości powinien za to – ścigać kradzieże. Tytuł użytkowany to przedmiot własności (lub posiadania) jak każdy inny.
Dobrą wiarę polityków sprawdziłoby uwzględnienie wniosków Izby Wydawców Prasy w sprawie art. 212 kk, pozwalającego prokuraturze ścigać krytykę, a nawet dziennikarzy sadzać do więzienia, oraz wniosków w sprawach innych antydziennikarskich artykułów, naruszających zasady konstytucyjne. Jeśli sejm tego wszystkiego nie anuluje, dziennikarze będą wiedzieli, co myśleć o stosunku klasy politycznej do wolności słowa. Miejmy nadzieję, że te przepisy nasz sejm usunie – jednogłośnie. W zakłopotaniu, że nie zrobił tego wcześniej.
Tagi:
O nas...
Do redakcji można pisać
na adres studioopinii@gmail.com
Cytat, który obiecujemy brać pod rozwagę:
Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Św. Tomasz z Akwinu
Komunikat: Redakcja informuje uprzejmie, że w żaden sposób nie cenzuruje merytorycznie komentarzy do artykułów. Jedyna ingerencja może polegać wyłącznie na ewentualnym usunięciu słów powszechnie uznawanych za obelżywe lub nieprzyzwoite oraz "mowy nienawiści". System zarządzania witryną (niezależny od nas) jest jednakże skonstruowany w taki sposób, że niektóre wpisy pojawiają się niekiedy z opóźnieniem, czasami - z nieznanych nam przyczyn - znacznym. Choć nie ma w tym naszego działania - przepraszamy zirytowanych. Jednocześnie informujemy, że większość nowych tekstów ukazuje sią najpierw na górze strony głównej, w dziale OSTATNIO NADESŁANE, by nieco później - na ogół następnego dnia - trafić do właściwego działu merytorycznego. Komentarze wpisane do OSTATNIO NADESŁANYCH nie są ze względów technicznych przenoszone w nowe miejsce.
| POLECAMY | |
|
Dołączył do nas Jan Winiecki. Szukajcie jego felietonów w prawej szpalcie. Sławek Popowski: kapitalny esej o Gorbaczowie; arcyciekawe! Stefan Bratkowski zastanawia się: czy możemy zbudować solidny ustrój Na stronie KULTURA uruchamiamy rubrykę PRÓBY LITERACKIE. Czytajcie Mikołaja Fajfera. W witrynie pojawiło się Ilustrowane Radio Niny Nowakowskiej. Obejrzyj, posłuchaj! Chcesz zostać dziennikarzem? Nie wiesz, jak pisać? Poczytaj rady fachowca... Ważne przemyślenia George'a Friedmanna: prognoza na nasze stulecie Zajrzyj do działu CYWILIZACJA. Jest co poczytać i obejrzeć! Obejrzyj naszą telewizję (tak, tak - uruchomiliśmy własną). A w niej gościnnie EuroparTV! Nie wiesz co to? Ważny tekst dr Andrzeja Ehrlicha o (nie)sprawności zarządzania w Polsce. Są przykłady! Dr Ehrlich pisze także o pracy tłumacza
|
|
|
PONADTO... |
|
|
Stefan Bratkowski otworzył nowy cykl błyskotliwych porad dla tych, którzy nie wiedzą, że nic się nie da zrobić |
|
|
Jacek Pałasiński podejmuje gorący temat o gazie |
|
|
Ernest Skalski o Gorbaczowie
|
|
|
Sławomir Popowski |
|
|
Aleksander J. Wieczorkowski demoluje Telekomunikację Polską oraz Netię |
|


