Tajemnice chmury obliczeń
Założyłbym się (gdyby istniał sposób rozstrzygnięcia tego zakładu), że dla większości Czytelników tego artykułu termin „chmura obliczeń” jest całkowicie obcy. Z jednej strony – szkoda, bowiem dotyczy on jednego z najnowszych trendów w szalenie przecież ważnych dla naszej cywilizacji technologiach informacyjnych; z drugiej – bardzo dobrze, bo zdaniem niżej podpisanego jest to termin mylący i źle skonstruowany. Tak czy tak – warto o nim pogadać. Z obu powodów.
Zacznijmy od tej drugiej strony. „Chmura obliczeń” to bardzo niefortunny przekład angielskiego (a właściwie amerykańskiego) „cloud computing”. Niby rzeczywiście „cloud” to chmura, zaś „computing” – obliczanie, ale przekład jest kompletnie bez sensu.
Chodzi o zjawisko polegające na tym, że coraz powszechniej nasz domowy – czy też służbowy – komputer spełnia rolę wyłącznie pewnego urządzenia końcowego jakiegoś wielkiego systemu komunikacyjno-obliczeniowego.
Niegdyś żyliśmy w izolacji
Kilkadziesiąt lat temu, w epoce przedinternetowej, komputer był maszyną w pewnym sensie „kompletną” i izolowaną od reszty świata: przechowywaliśmy w nim wszystkie swoje dane i wszystkie służące do ich przetwarzania programy. Potem pojawił się Internet – i nasze dane zaczęły pomału „wyciekać” gdzieś do światowej sieci, do jakichś składnic i repozytoriów. Od dawna już na przykład nie ma sensu przechowywać na domowym dysku twardym setek zdjęć czy nagranych filmów, do tego bowiem doskonale służą takie serwisy, jak Picassa czy YouTube. Coraz powszechniejsze są także „wirtualne dyski”, umożliwiające magazynowanie w ogóle dowolnych plików.
Stosunkowo niedawno pojawił się nowy trend. Już nie tylko dane wywędrowały w świat. Obecnie nie musimy także – przynajmniej w zasadzie – kupować za ciężkie pieniądze programów do ich przetwarzania. Chcemy wykonać obróbkę zdjęć – proszę bardzo: wchodzimy na przykład na witrynę photoshop.com i mamy do dyspozycji za darmo narzędzie, które nawet dość zaawansowanemu fotografowi powinno wystarczyć. Podobne narzędzia umożliwiają nam zdalny montaż wideo, jeszcze inne zastępują (może nie do końca, ale na codzienne potrzeby zupełnie nieźle) Worda, Excela, PowerPointa…
Mamy dziś w Sieci wszystko
Mamy w Sieci kalendarze z możliwością współdzielenia informacji z innymi, mamy bardzo zaawansowane narzędzia planistyczne, niebywałe zupełnie w swej elastyczności bazy danych… I wszystko za darmo. Naprawdę potrzebna jest nam tylko przeglądarka internetowa, jakiś Firefox czy inna Opera – i to tylko wtedy, gdy jesteśmy szalenie wybredni, bowiem kupując komputer w sklepie – z reguły wraz z systemem operacyjnym – już co najmniej jedną przeglądarkę mamy za darmo (na komputerze klasy PC z systemem Windows będzie to Internet Explorer, przy Linuksie dostaniemy do zabawy kilka przeglądarek, na komputerze Macintosh będzie to świetny program Safari).
Nic więcej nie musimy już kupować; niczego nie trzeba pakować na własny dysk twardy. Wszystko załatwimy zdalnie. Co więcej: arkusz kalkulacyjny zbudujemy sobie – powiedzmy – w Kalifornii, wideo umieścimy i zmontujemy gdzieś na serwerze brytyjskim, dokumenty tekstowe zredagujemy wspólnie z kolegami w Hong Kongu, zaś CMS (system obsługujący naszą witrynę internetową) będziemy mieli w Czechach… A pocztę, naturalnie, w Google’u.
I to jest właśnie „cloud computing”. Najlepiej zatem byłoby to przetłumaczyć na polski jako „zdalne przetwarzanie danych” , gdyby nie to, że ten termin już jest zajęty i – choć znaczeniowo bliski – opisuje jednak coś innego. Z kolei dość adekwatne „rozproszone komputerowanie” (bo nie chodzi tu wcale o same obliczenia) brzmi okropnie, więc proponować go nie można. Pewno zatem „chmura obliczeń” czy „przetwarzanie danych w chmurze internetowej” się przyjmie…
Ale to najmniejszy kłopot
Niby wszystko układa się cudownie: za darmo mamy nieograniczone miejsce na dane, za darmo potężne narzędzia do ich przetwarzania…
Jeden z moich dawnych przyjaciół zwykł był jednak mawiać – usłyszawszy, że coś dają za darmo – że natychmiast zapala mu się w takiej sytuacji w mózgu czerwone światełko: ktoś chce mnie okraść; trzeba się tylko zastanowić z czego.
I coś w tym jest rzeczywiście; w każdym razie potencjalne niebezpieczeństwo istnieje.
Wielki guru informatyki, sławny Richard Stallman, jeden z twórców ruchu wolnego oprogramowania, założyciel Free Software Foundation oraz projektu GNU mówi wręcz, że „cloud computing” to głupota, która doprowadzi nie tylko do kłopotów wytwórców sprzętu, ale także spowoduje ogromny wzrost kosztów ich działalności.
Stallman słusznie zauważa, że nowy trend zmusza (lub co najmniej: skłania) ludzi do udostępniania swoich prywatnych danych firmom zewnętrznym. Nie ma żadnej gwarancji (poza słowem szefów takich firm), że dane te nie zostaną nikomu ujawnione ani wykorzystane, choćby w celach marketingowych. Użytkownicy tracą więc kontrolę nad danymi, które są ich prywatną własnością. Właśnie dlatego powinni oni unikać korzystania z takich aplikacji. Stallman powiada: jeśli nie jesteś frajer - korzystaj ze swoich prywatnych danych tylko i wyłączenie na własnym komputerze.
Pomyślcie: rzeczywiście poczta Google (słynny GMail) jest niebywale wygodna. Ogromna, świetnie zorganizowana. Nic nie musisz kasować, wszystko zawsze znajdziesz w mgnieniu oka… Ale i inni, którzy mają dostęp do twojego konta – a informatycy firmy mają taki dostęp z natury rzeczy – także. I gdyby nie analizowali treści twoich listów, to nie widziałbyś z boku strony reklam, które akurat, dziwnym trafem, idealnie pasują do twoich zainteresowań.
Albo aplikacja „Dokumenty Google” czy podobne świetne narzędzia firmy ZOHO: ty jesteś w Warszawie, twój księgowy w Pekinie, dyrektor marketingu akurat w Nowym Jorku – a siedzicie sobie przy odległych o tysiące kilometrów komputerach i pracujecie jednocześnie nad tym samym raportem finansowym. Czy macie pewność, że konkurencja nie ma do tych danych dostępu?
Szefowie firm informatycznych budujących „chmurę” powiadają, że informacje o tobie wykorzystują wyłącznie w formie zagregowanej, nijak nie interweniującej w twoje życie prywatne, statystycznie. Wierzę im. Ale...
Co będzie, jeśli kiedyś zmienią zdanie?
Staniesz przed nimi nagi i bosy. To sytuacja, o której nie napisał Orwell; pewno dlatego, że nie starczyło mu wyobraźni.
Czy znaczy to, że nawołuję do powrotu do sytuacji sprzed paru lat, wydawania tysięcy złotych na kosztowne oprogramowanie i ścibolenia własnych danych na własnych biurkowych komputerach?
Oczywiście: nie. „Cloud computing” to jednak kolosalny postęp. Stallman nie ma racji, choć jego ostrzeżenia są uzasadnione. Nie da się tego jednak powstrzymać. Rzecz w tym, iż korzystać z oferowanych dobrodziejstw należy świadomie. Zdając sobie sprawę z ryzyka; a zatem – stosując na przykład jakieś metody szyfrowania wrażliwych danych, sporządzając regularnie ich kopie zapasowe i tak dalej. Nie musi tego zapewne robić redakcja niewielkiego lokalnego czasopisma, która oparła swą pracę na zasadach zdalnej komunikacji, by oszczędzić – powiedzmy – na kosztach lokalu i oprogramowania swoich maszyn: nic się wielkiego nie stanie, jeśli nawet tekst przygotowywanej publikacji wycieknie do amerykańskiej czy szwedzkiej firmy, z której serwerów zdalnie korzystamy. Ale już pracując nad strategią banku, choćby malutkiego, byłbym bardzo czujny.
Jak ktoś tego nie rozumie – sam będzie sobie w końcu winien. Może się zdarzyć tak, że ta nieszczęsna „chmura obliczeniowa” go udusi.
Tagi:
O nas...
Do redakcji można pisać
na adres studioopinii@gmail.com
Cytat, który obiecujemy brać pod rozwagę:
Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Św. Tomasz z Akwinu
Komunikat: Redakcja informuje uprzejmie, że w żaden sposób nie cenzuruje merytorycznie komentarzy do artykułów. Jedyna ingerencja może polegać wyłącznie na ewentualnym usunięciu słów powszechnie uznawanych za obelżywe lub nieprzyzwoite oraz "mowy nienawiści". System zarządzania witryną (niezależny od nas) jest jednakże skonstruowany w taki sposób, że niektóre wpisy pojawiają się niekiedy z opóźnieniem, czasami - z nieznanych nam przyczyn - znacznym. Choć nie ma w tym naszego działania - przepraszamy zirytowanych. Jednocześnie informujemy, że większość nowych tekstów ukazuje sią najpierw na górze strony głównej, w dziale OSTATNIO NADESŁANE, by nieco później - na ogół następnego dnia - trafić do właściwego działu merytorycznego. Komentarze wpisane do OSTATNIO NADESŁANYCH nie są ze względów technicznych przenoszone w nowe miejsce.
| POLECAMY | |
|
Dołączył do nas Jan Winiecki. Szukajcie jego felietonów w prawej szpalcie. Sławek Popowski: kapitalny esej o Gorbaczowie; arcyciekawe! Stefan Bratkowski zastanawia się: czy możemy zbudować solidny ustrój Na stronie KULTURA uruchamiamy rubrykę PRÓBY LITERACKIE. Czytajcie Mikołaja Fajfera. W witrynie pojawiło się Ilustrowane Radio Niny Nowakowskiej. Obejrzyj, posłuchaj! Chcesz zostać dziennikarzem? Nie wiesz, jak pisać? Poczytaj rady fachowca... Ważne przemyślenia George'a Friedmanna: prognoza na nasze stulecie Zajrzyj do działu CYWILIZACJA. Jest co poczytać i obejrzeć! Obejrzyj naszą telewizję (tak, tak - uruchomiliśmy własną). A w niej gościnnie EuroparTV! Nie wiesz co to? Ważny tekst dr Andrzeja Ehrlicha o (nie)sprawności zarządzania w Polsce. Są przykłady! Dr Ehrlich pisze także o pracy tłumacza
|
|
|
PONADTO... |
|
|
Stefan Bratkowski otworzył nowy cykl błyskotliwych porad dla tych, którzy nie wiedzą, że nic się nie da zrobić |
|
|
Jacek Pałasiński podejmuje gorący temat o gazie |
|
|
Ernest Skalski o Gorbaczowie
|
|
|
Sławomir Popowski |
|
|
Aleksander J. Wieczorkowski demoluje Telekomunikację Polską oraz Netię |
|


