Wojciech Mazowiecki: Po wielkiej wrzawie

2009-11-10 10:48

Publikujemy artykuł członka  zespołu Studia Opinii – wydrukowany w Gazecie Wyborczej – na jeden z najważniejszych tematów dnia: uczciwości dziennikarskiej

 

Po wielkiej wrzawie  

Gdy opadły kurz i podniecenie, widać, że przegranym ostatnich "afer" jest także polskie dziennikarstwo. 

Po dwóch tygodniach walenia w bęben przez gazety, telewizje i rozgłośnie prof. Ireneusz Krzemiński słusznie zwrócił uwagę, że "obraz tak zwanej afery hazardowej, który wykreowały media, najwyraźniej pod dyktando CBA, zdecydowanie wzmacnia negatywne nastawienie do polityki i społecznego współdziałania". I oceniał z goryczą: "Skala tej akcji i jej zatrważająca jednostronność przeraziła mnie" ("Dziennik Gazeta Prawna", 13 października). 

Nie powinniśmy tej krytyki z zewnątrz pozostawić bez odpowiedzi. Dotyka poważnego problemu naszego dziennikarstwa. Jednowymiarowym przekazem nie pierwszy raz współtworzymy atmosferę, w której ludzie zaczynają pogardzać nie tylko politykami, ale i własnym państwem. Październikowy wysyp "afer" i powszechne oburzenie mediów przypominają inny wybuch "moralnego wzmożenia" w mediach i polityce po "aferze Rywina", co zaowocowało totalnym potępianiem III RP jako Rywinlandu. Skończyło się "moralną" rewolucją i "odnowicielską" IV RP. 

O powtórzeniu tego marzy dziś PiS. Patrząc, jak łatwo manipulować dziennikarzami w Polsce, zatrwożenie wydaje się uzasadnione. 

O co chodzi 

Większość dziennikarzy wiernie relacjonowała to, co podrzucały im CBA i PiS, atakując wyłącznie oskarżonych. Kierując się troską - słuszną, ale i zmanipulowaną - o przestrzeganie standardów w obyczajach politycznych, zbyt łatwo dziennikarze uwierzyli w naruszenie prawa bez wskazania dowodów. To media wytworzyły atmosferę pogoni za winnymi. Wróciła trucizna w postaci wiary, że władza to zgnilizna moralna. Potrzeba już tylko Odnowiciela. 

W relacjach z "afer" i w pełnych oburzenia komentarzach umknął fakt kluczowy. Nikt dotąd nie wskazał konkretnego zarzutu z kodeksu karnego: ani politycy, ani bezkrytycznie powtarzający za nimi dziennikarze. Poza wszystko usprawiedliwiającym stwierdzeniem Mariusza Kamińskiego, że zachodzi podejrzenie, iż mogło dojść do przestępstwa. 

Naruszenie obyczaju, z którym mieliśmy do czynienia jedynie przy sprawie hazardowej, to coś  zupełnie innego. Nawet niewyrobionemu dziennikarzowi rozróżnienie prawa i obyczaju nie powinno sprawiać trudności. W przekazie publicznym dominowało jednak domniemanie winy. 

O kogo chodzi, o kogo nie 

Częścią mediów politycy PiS manipulować nie muszą. Należą one do obozu IV RP, czego ich przedstawiciele nie kryją. Wiadomo, o kogo chodzi (publiczne radio i telewizja, "Rzeczpospolita", stary "Dziennik", którego polityczne jądro jest dziś w "Polsce", oraz tygodnik "Wprost"). I wiadomo, czego można się tu spodziewać, co nie oznacza, że te media są z gruntu nieobiektywne. One tylko w sprawach kluczowych sympatyzują z uproszczonym obrazem świata PiS i CBA. 

Chyba nie one przeraziły prof. Krzemińskiego. Ani tabloidy, choć ich wpływ na opinię  publiczną jest niedoceniany. Te żyją z sensacji, tym większego więc dostają amoku, gdy coś brzydkiego zdarza się naprawdę. Przewidywalność obu tych grup nie pozwala mieć wobec nich szczególnych pretensji. 

Problem dotyczy pozostałych ogólnokrajowych mediów komercyjnych. Istotnym ich wyróżnikiem jest to, że nie lubi ich obóz IV RP i że w przeciwieństwie do pierwszej grupy nie są mediami o zabarwieniu ideologicznym. Choć nie są pozbawione sympatii politycznych. Jeśli szukam obiektywnej informacji ukazanej także ze strony, z którą się nie sympatyzuje, to raczej tutaj. Jeśli jej tu nie znajduję, mój zawód jest większy niż wobec pierwszej grupy. 

Co takiego też  się stało 

Trudno przestrzegać standardów dziennikarskich i jednocześnie wedle reguł gry rynkowej zabiegać  o odbiorcę. W codziennych sytuacjach daje się to pogodzić. Kłopot jest w sytuacji niezwyczajnej, wywołanej przez polityków w celu wykorzystania demokratycznych mechanizmów w złej wierze. Manipulacja nie ogranicza się tylko do wykorzystania walki między mediami o zauważalność, choć bez niej byłoby to trudniejsze. Perfidia polega na wywołaniu słusznego oburzenia, którego nie da się powstrzymać. Wtedy każde złośliwe słowo waży i podgrzewa atmosferę. 

Zaczęło się to na pierwszej konferencji Donalda Tuska po opublikowaniu przez "Rzeczpospolitą" części stenogramów podsłuchów z "afery hazardowej". Dziennikarz TVN 24 bezkompromisowo przepytywał premiera. Można było odnieść wrażenie, że nie o odpowiedzi premiera chodziło, ale o powtarzanie pytań i nakręcanie oskarżeń w jego obecności. 

Trąbiący unisono o "aferze wszechczasów" członkowie PiS ani sam Jarosław Kaczyński nie byli tak przekonujący jak ten oskarżający dziennikarz i towarzysząca mu aprobująca bierność tłumu medialnej braci. Coś się w atmosferze wtedy wyczuwalnie zmieniło. Powróciło "wzmożenie moralne". 

Nazajutrz rano Jacek Żakowski wyzłośliwiał się w TOK FM: "Tak se gadali po prostu na cmentarzu: (...) a może by coś się dało gdzieś  skręcić" - komentując tłumaczenia Chlebowskiego na temat podsłuchów, zresztą nie z cmentarza. I orzekał w sprawie tego polityka: "Za to, co opowiada dzisiaj ["Gazecie"], powinien od razu pójść do aresztu". 

Tego samego dnia "Gazeta Wyborcza" na pierwszej stronie przesądzała, że minister sprawiedliwości Andrzej Czuma w Radiu ZET "absolutnie uniewinnił" Chlebowskiego i Drzewieckiego. Nie informując, że jednocześnie skierował zawiadomienie o podejrzeniu przestępstwa do zbadania przez prokuratorów. Nie wspominając o jego zastrzeżeniach, że bez całości źródłowego stenogramu podsłuchów w ogóle nie chce zajmować stanowiska. 

Nikt się nie przejął atmosferą  na konferencji premiera. Przeciwnie, taki ton relacji zdominował  przekazy na dwa tygodnie. Na kolejnej konferencji, 3 października, dziennikarz TVN ruszył z furią do ataku, już przecież  zupełnie usprawiedliwionego, bo na "winnego" ministra sportu. Widowisko było lepsze, bo do dziennikarza oskarżyciela dołączyła redakcyjna koleżanka. Fala ruszyła, z kubła zaczęły się wylewać kolejne "afery", a media się ścigały w ich rozprzestrzenianiu. 

Pierwsze otrzeźwiające głosy przeszły bez echa. Po konferencji ministra sportu Daniel Passent mówił w TVN 24 o "dziennikarskim grillu". Waldemar Kuczyński przestrzegał, że "instytucja dziennikarskiej kontroli może z narzędzia informowania i wydobywania prawdy przekształcić się w narzędzie poniewierania człowiekiem" ("Gazeta Wyborcza", 7 października). 

Tomasz Lis po tygodniu komentował  podobnie: "Najbardziej rozpowszechniony i popularny gatunek dziennikarski to obecnie lincz, a szerzej - wzbudzanie społecznego oburzenia" ("Gazeta", 15 października). Ale wcześniej tak opisywał "aferę hazardową": "Niektórzy eksponowani przedstawiciele władzy najwyraźniej postanowili okiwać państwo dla korzyści, nie wiadomo tylko, czy wyłącznie swych kumpli, czy może swej partii, czy może także swej własnej" ("Gazeta", 8 października). 

Mechanizm manipulacji 

Dlaczego niezależny TVN 24, często krytyczny wobec PiS, mógł z nieprzymuszonej woli narzucić taki ton? Zadziałał mechanizm napędzający media w ogóle, którego politycy nauczyli się używać do manipulowania opinią publiczną. 

W mediach to elementarz. Jeśli mamy newsa, a zwłaszcza takiego, to go "podkręcamy i dmuchamy na maksa". Tego się nie uczy, taki jest klimat w redakcjach: musimy być pierwsi, widoczni, muszą nas cytować (stąd te irytujące wtręty: "jako pierwsi już donosiliśmy"). W nieoficjalnych rozmowach wśród dziennikarzy w dobrym stylu jest się pożalić: "jakżeż my się strasznie ostatnio tabloidyzujemy". By potem robić to samo. 

Nastawienie na zdobywanie materiałów wyjątkowych nie jest czymś złym; przeciwnie, jest istotą tej pracy. Problem zaczyna się, gdy brakuje treści, ale potrzeba wyjątkowości wciąż dominuje bez pokory dla faktów. Liczy się efekt, mniej ważne jest odsiewanie informacji ważnych od sieczki. 

To się zdarza, gdy dziennikarzowi brakuje czegoś nowego i wnoszącego coś merytorycznie do sprawy, a redakcja musi mieć newsa, którego tropem podąży przez chwilę reszta (do następnego pseudonewsa). Dziennikarz liniowy dostaje polecenie szybkiego dorobienia czegoś efektownego. Tak się przerabia newsy konkurencji, przedłuża żywot informacji już używanych i "podrajcowuje" materiały niezawierające niczego nowego. 

Dopinguje nas strach, że konkurencja zrobi to lepiej. Nie robią igrzysk politycy, to my, dziennikarze, mamy im pomóc. Jest konferencja prasowa, którą obsługują wszyscy, to my, właśnie nasza redakcja, musimy na niej zaistnieć w sposób wyjątkowy. I przekaźnik staje się przekazem. 

Dwuznaczności 

"Afera podsłuchowa" to powszechne wołanie o głowę wiceszefa ABW "za wykorzystanie podsłuchów do prywatnych celów". Nikt nie zauważył, że dziennikarz ujawniający "aferę" w "Rzeczpospolitej" też był zainteresowany pogrążeniem przeciwnika w procesie "prywatnym" (tak się nazywa proces urzędnika przeciw gazecie o zniesławienie). Czy dziennikarz może być i stroną konfliktu, i obiektywnym źródłem informacji? Z dokumentów ABW korzystał też w procesach "prywatnych" Jarosław Kaczyński, ale to nie wywołuje moralnej odrazy. 

"Wiadomości" TVP potrafią  sugestywnie pokazać Wojciecha Sumlińskiego jako ofiarę "afery podsłuchowej" i jednocześnie bohaterskiego dziennikarza tropiącego "rewelacje" o morderstwie ks. Popiełuszki. Z pominięciem jego pomówień wobec kierowcy księdza, dzięki któremu w ogóle wiemy o porwaniu. Bez słowa, że Sumliński pracował dla TVP i że to w związku z toczącą się przeciw niemu sprawą karną założono mu podsłuch, na który nadziali się jego koledzy - i stąd cała "afera". 

Czy tylko ja widzę tu wielostopniowy konflikt interesów? 

Początek "afery hazardowej" ujawnionej w "Rzeczpospolitej" też wydaje się  dwuznaczny, bo wszelkie relacje dziennikarzy ze służbami obarczone są ryzykiem manipulacji. Dziwnym trafem materiał propisowskiej służby zdobyła akurat gazeta sympatyzująca z tą partią. W pierwszym odruchu wyraziłem w TOK FM uznanie dla pracy dziennikarskiej (nie zgadzając się z diagnozą). Dziś widzę, że była to moja zła cegiełka w opisanej akcji dziennikarzy. Nie rzucam podejrzeń o sterowanie tą gazetą przez służby, ale uznanie cofam, dopóki nie zrozumiem, jakim cudem redakcja zdobyła te materiały. Bo to jest istotny element interpretacji. 

Wnioski 

Po miesiącu od opublikowania fragmentów podsłuchów hazardowych niewiele więcej wiemy. A przecież wszystko już wiemy... przede wszystkim, że cała władza i PO to "Zbycho, Miro i Grzech". Jeśli fakty źle się układają w efektowną opowieść, redukujemy kontekst, niuans, detal, aby przekaz nie rodził niepotrzebnych wątpliwości u odbiorcy. Jeśli coś jest niezrozumiałe - chętnie dopowiemy bez dowodu, za to ze słówkiem "jeśli" lub "zapewne" dla ostrożności procesowej. 

W ramach źle pojmowanego obiektywizmu tylko niektórzy dziennikarze nieśmiało wtrącali, że "PiS przy okazji kręci lody". By zaraz się zakrzyczeć: "Ale to nie ma nic do rzeczy, sprawa jest poważna". 

A właśnie, że ma. Piętnując to, co rzeczywiście jest złe, trzeba o tym mówić do znudzenia, a nie w proporcji 1 do 100. Przyłóżmy do PiS i podrzucanych przez jego służby materiałów również te kryteria ocen, które Jarosław Kaczyński stosuje tylko wobec przeciwników. 

Pierwsza jego zasada to "cui prodest", czyli komu to służy (w domyśle: ten czyni). Warto się zastanowić, komu i czemu dziś służą "afery". "Wzmożeniu moralnemu" dziennikarzy. "Kryzysowi państwa" i "standardom republiki bananowej" głoszonym przez działaczy PiS. Demonstracjom ludu, jak w Poznaniu, gdzie związkowy pas transmisyjny PiS głosi, że ludzie tracą pracę wskutek "afery stoczniowej". 

 

Zasada druga - uwaga na układ. PiS z CBA i z częścią mediów. Obyśmy w nim znowu, ku własnemu zdziwieniu, wszyscy nie wylądowali. 

Wojciech Mazowiecki 

 


Szanowny Panie Redaktorze,

Z uwagą przeczytałem pański artykuł „Po wielkiej wrzawie” zamieszczony w dzisiejszej Gazecie Wyborczej. Z pańskimi spostrzeżeniami, tezami a zwłaszcza z konkluzją w ostatnim zdaniu zgadzam się i gratuluję zabrania głosu w sprawie otrzeżwienia środowiska dziennikarskiego. Chociaż nie jestem dziennikarzem, chciałbym jednak dodać parę smutnych i niezbyt odkrywczych refleksji mających wpływ - jak sądzę - na rozpowszechnianie się linczu jako gatunku dziennikarskiego na przykładzie obecnej „kropki nad i”.    

"Kropka nad i" w założeniu jest rozmową. W rzeczywistości jest rodzajem chaotycznego przesłuchania zaproszonego gościa dokonywanego w atmosferze nieuzasadnionej niczym agresywności dziennikarza; przerywanie rozmówcy w pół zdania, uniemożliwianie  dokończenia wypowiedzi, itp. przy uporczywym, za wszelką cenę dążeniu do wykrycia sprzeczności w wypowiedziach zdenerwowanego rozmówcy. W takiej atmosferze  łatwo u rozmówcy o pomyłki i utratę wątku co stwarza łatwą okazję do kolejnego ataku przez aroganckiego dziennikarza.  Brak jest spostrzeżeń i konkluzji charakteryzujących rzeczową wymianę pogladów. Tym samym  oferowany jest irytujący spektakl  dziennikarz kontra zaproszony gość. 

Kropka i liczne ostatnio podobne co do formy i metodologii  spektakle lekceważą tych odbiorców, którzy są zainteresowani wypowiedziami i wywodami niezniekształconymi przez agresywne dziennikarstwo, stawiające sztuczną kropkę nad zniekształconym "i". 

Odnosić można wrażenie, że upragnionym celem takiego linczowatego dziennikarstwa jest zdeprecjonowanie i ośmieszenie wypowiedzi gościa redakcji i udowodnieniu powziętej ex-ante własnej tezy - po to tylko żeby dopisać kilka punktów do dziennikarskiej „kariery”. 

Jeśli już koniecznie ze względu na komercyjność, "medialność" i panującą obecnie modę musi być uprawiany ten gatunek, to przynajmniej należy zorganizować program np. "znaki zapytania" gdzie forma i spektakl nie dominują nad treścią.

Jest to szczególnie ważne ostatnio, gdy potrzebne są rzetelnie prowadzone rozmowy na tematy o istotnym znaczeniu dla naszego kraju, a nie żałosne popisy medialności. 

W felietoniku na 8 stronie „Gazety Wyborczej” Monika Olejnik dziwi się i pyta dlaczego Donald Tusk zyskuje, a nie traci w wyniku „afery rządowej”. Odpowiedż jest prosta: może właśnie dlatego, że znacząca liczba osób jest w stanie samodzielnie wyciągać wnioski - czy to intuicyjnie, czy z dozą racjonalizmu. Tylko: jak to jest z tą komercjalizacją, która tak silnie motywuje część środowiska? A może linczujący dziennikarze i ich zwierzchnicy  błędnie określają co jest komercyjne, a co takie nie jest?

Maciej Kalinowski

 

Wyszukiwanie

Obiecujemy starać się spełniać to oto piękne wezwanie:

Panie zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.

Św. Tomasz z Akwinu




Od redakcji 

Redakcja uprzejmie informuje, że wszystkie opublikowane w witrynie artykuły mogą być komentowane wyłącznie za zgodą Autora tekstu. Stosowny odnośnik do zbiorczej strony na korespondencję jest pod każdym artykułem, którego Autor nie życzy sobie komentarzy "pod spodem". Komentarze nie są cenzurowane merytorycznie, jednakże  sformułowania rasistowskie i antysemickie oraz wulgaryzmy i drastyczna "mowa nienawiści" są usuwane. Nie przyjmujemy komentarzy ani listów anonimowych (minimum jawności: podanie nazwiska i adresu piszącego do wyłącznej wiadomości redakcji). 

Osoby, pragnące na naszych łamach opublikować artykuł, proszone są o nadsyłanie dokumentów w postaci edytowalnej (czysty tekst lub dokumenty Worda albo OO) na adres studioopinii@gmail.com. Pod tym samym adresem prosimy kierować wszelkie uwagi o witrynie i listy do redakcji.

Informujemy uprzejmie, że ta witryna nie jest blogowiskiem, lecz redagowaną gazetą internetową.

Nieliczna redakcja zmuszona jest do wyboru licznie nadsyłanych tekstów i nie jest w stanie każdorazowo uzasadniać decyzję nie wykorzystania nadesłanej propozycji. Decyzja z praktycznych względów musi być ostateczna i nieodwołalna, dyskusji na ten temat nie zdołamy prowadzić.

Redakcja zastrzega sobie prawo zmian formalnych w zaakceptowanym do publikacji tekście, w szczególności dodania śródtytułów, zmiany tytułu, koniecznych zmian stylistycznych, gramatycznych i ortograficznych oraz doboru ilustracji – z braku czasu i mocy przerobowych - bez uzgadniania z Autorem. Redakcja zobowiązuje się nie wypaczać myśli Autora.

 

 

 

 

Ernest Skalski poleca swój esej

BIEDNI I BOGACI III RP

 

Nowa pozycja: esej Mirosław Malcharek: 

Apage, satanas

Z notatnika amatora-egzorcysty

Tematy do dyskusji: Wojciech Mazowiecki: Po wielkiej wrzawie

Data: 2010-02-07

Dodał: 60 latek

Tytuł: nowe drogi 1970

panie mazowicki niech pan przeczyta w nowychdrogach z 1070roku co mowi pan general na plenum kcpzpr o wydarzeniach grudniowych

Data: 2010-02-01

Dodał: Patriota

Tytuł: Antypolak Mazowiecki

bardziej zakłamanej (pip...) niż niejaki wojciech jaruzelski, o przepraszam wojciech mazowiecki nie widziałem.

Data: 2010-02-02

Dodał: robotnik

Tytuł: Re:Antypolak Mazowiecki

Widząc ostatnio w TVP Wojciecha M. byłem pewny ze to jakiś SB-ek,a na pewno aktywista PZPR.Człowieku, za sam wygląd dałbym Ci KS-a,a jak jeszcze usłyszałem Twoją gadkę to dziwie się że twój tatuś takiego potwora spłodził.

Data: 2009-11-21

Dodał: Małgorzata

Tytuł: Nareszcie

Dziekuję za artykuł - napawa mnie optymizmem, że dziennikarstwo w Polsce nie zeszło jeszcze całkiem do poziomu znanego z tabloidów. Mieszkając za granicą mam dostęp głównie do mediów internetowych i z powodów przez Pana wymienionych już kilka portali zostało usuniętych z mojej listy zakładek. Nie do przyjęcia jest dla mnie gdy otwieram wiadomość o porażającym tytule "Prezydent do dymisji", a dopiero z treści dowiaduję się, że chodzi o prezydenta klubu szachistów z Trąbek Wielkich. Podobnież niedopuszczalna jest dla mnie manipulacja odbiorcą, szczucie go przeciw komuś lub czemuś czy ewidentna stronniczość. Zasmucający jest fakt, iż do grupy tego typu mediów dołączają kolejne będące jeszcze niedawno rzetelnym źródłem informacji. Zjawisko to jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe - zgadzam się w tym wzgledzie z p. Kalinowskim - założenie, że przytłaczająca część społeczeństwa woli afery i mordobicie jest moim zdaniem błędne, co doskonale pokazuje rosnące z miesiąca na miesiąc zainteresowanie portalem Studia Opinii. Mam nadzieję, że już wkrótce Pana koledzy po fachu opamiętają się i, jeśli nie zrezygnują całkowicie z tej formy dziennikarsta, przynajmniej zaczną również serwować mniej "efekcierskie" a bardziej obiektywne informacje - niech drogi czytelnik, widz, internauta ma szansę sam wybrać, myśleć i wyciągać wnioski.

Data: 2009-11-12

Dodał: Eugeniusz Rosner

Tytuł: Ważny temat

Ruszył Pan niezmiernie ważny temat. Wręcz wart szerokiej debaty. Już wcześniej napisałem do SO o zachowaniach niektórych dziennikarzy w TVN 24. Ale tego nie puścił Stefan. Teraz to się potwierdziło. A przecież jeszcze niedawno była to stacja ciekawa i obiektywna, oraz ogólnodostępna. Nie wiem, jak jest w pańskiej stacji bo nie mam jej w kablówce, ale myślę, że wszelkie podobne zapędy Pan hamuje. Przy okazji - co się dzieje z naszym zawodem? Nawet w naszym gronie jest człowiek, który takie zachowania kiedyś tłumaczył wymogami komercji...
Pozdrowienia

Clip to Evernote