Wojciech Mazowiecki: Po wielkiej wrzawie
Publikujemy artykuł członka zespołu Studia Opinii – wydrukowany w Gazecie Wyborczej – na jeden z najważniejszych tematów dnia: uczciwości dziennikarskiej
Po wielkiej wrzawie
Gdy opadły kurz i podniecenie, widać, że przegranym ostatnich "afer" jest także polskie dziennikarstwo.
Po dwóch tygodniach walenia w bęben przez gazety, telewizje i rozgłośnie prof. Ireneusz Krzemiński słusznie zwrócił uwagę, że "obraz tak zwanej afery hazardowej, który wykreowały media, najwyraźniej pod dyktando CBA, zdecydowanie wzmacnia negatywne nastawienie do polityki i społecznego współdziałania". I oceniał z goryczą: "Skala tej akcji i jej zatrważająca jednostronność przeraziła mnie" ("Dziennik Gazeta Prawna", 13 października).
Nie powinniśmy tej krytyki z zewnątrz pozostawić bez odpowiedzi. Dotyka poważnego problemu naszego dziennikarstwa. Jednowymiarowym przekazem nie pierwszy raz współtworzymy atmosferę, w której ludzie zaczynają pogardzać nie tylko politykami, ale i własnym państwem. Październikowy wysyp "afer" i powszechne oburzenie mediów przypominają inny wybuch "moralnego wzmożenia" w mediach i polityce po "aferze Rywina", co zaowocowało totalnym potępianiem III RP jako Rywinlandu. Skończyło się "moralną" rewolucją i "odnowicielską" IV RP.
O powtórzeniu tego marzy dziś PiS. Patrząc, jak łatwo manipulować dziennikarzami w Polsce, zatrwożenie wydaje się uzasadnione.
O co chodzi
Większość dziennikarzy wiernie relacjonowała to, co podrzucały im CBA i PiS, atakując wyłącznie oskarżonych. Kierując się troską - słuszną, ale i zmanipulowaną - o przestrzeganie standardów w obyczajach politycznych, zbyt łatwo dziennikarze uwierzyli w naruszenie prawa bez wskazania dowodów. To media wytworzyły atmosferę pogoni za winnymi. Wróciła trucizna w postaci wiary, że władza to zgnilizna moralna. Potrzeba już tylko Odnowiciela.
W relacjach z "afer" i w pełnych oburzenia komentarzach umknął fakt kluczowy. Nikt dotąd nie wskazał konkretnego zarzutu z kodeksu karnego: ani politycy, ani bezkrytycznie powtarzający za nimi dziennikarze. Poza wszystko usprawiedliwiającym stwierdzeniem Mariusza Kamińskiego, że zachodzi podejrzenie, iż mogło dojść do przestępstwa.
Naruszenie obyczaju, z którym mieliśmy do czynienia jedynie przy sprawie hazardowej, to coś zupełnie innego. Nawet niewyrobionemu dziennikarzowi rozróżnienie prawa i obyczaju nie powinno sprawiać trudności. W przekazie publicznym dominowało jednak domniemanie winy.
O kogo chodzi, o kogo nie
Częścią mediów politycy PiS manipulować nie muszą. Należą one do obozu IV RP, czego ich przedstawiciele nie kryją. Wiadomo, o kogo chodzi (publiczne radio i telewizja, "Rzeczpospolita", stary "Dziennik", którego polityczne jądro jest dziś w "Polsce", oraz tygodnik "Wprost"). I wiadomo, czego można się tu spodziewać, co nie oznacza, że te media są z gruntu nieobiektywne. One tylko w sprawach kluczowych sympatyzują z uproszczonym obrazem świata PiS i CBA.
Chyba nie one przeraziły prof. Krzemińskiego. Ani tabloidy, choć ich wpływ na opinię publiczną jest niedoceniany. Te żyją z sensacji, tym większego więc dostają amoku, gdy coś brzydkiego zdarza się naprawdę. Przewidywalność obu tych grup nie pozwala mieć wobec nich szczególnych pretensji.
Problem dotyczy pozostałych ogólnokrajowych mediów komercyjnych. Istotnym ich wyróżnikiem jest to, że nie lubi ich obóz IV RP i że w przeciwieństwie do pierwszej grupy nie są mediami o zabarwieniu ideologicznym. Choć nie są pozbawione sympatii politycznych. Jeśli szukam obiektywnej informacji ukazanej także ze strony, z którą się nie sympatyzuje, to raczej tutaj. Jeśli jej tu nie znajduję, mój zawód jest większy niż wobec pierwszej grupy.
Co takiego też się stało
Trudno przestrzegać standardów dziennikarskich i jednocześnie wedle reguł gry rynkowej zabiegać o odbiorcę. W codziennych sytuacjach daje się to pogodzić. Kłopot jest w sytuacji niezwyczajnej, wywołanej przez polityków w celu wykorzystania demokratycznych mechanizmów w złej wierze. Manipulacja nie ogranicza się tylko do wykorzystania walki między mediami o zauważalność, choć bez niej byłoby to trudniejsze. Perfidia polega na wywołaniu słusznego oburzenia, którego nie da się powstrzymać. Wtedy każde złośliwe słowo waży i podgrzewa atmosferę.
Zaczęło się to na pierwszej konferencji Donalda Tuska po opublikowaniu przez "Rzeczpospolitą" części stenogramów podsłuchów z "afery hazardowej". Dziennikarz TVN 24 bezkompromisowo przepytywał premiera. Można było odnieść wrażenie, że nie o odpowiedzi premiera chodziło, ale o powtarzanie pytań i nakręcanie oskarżeń w jego obecności.
Trąbiący unisono o "aferze wszechczasów" członkowie PiS ani sam Jarosław Kaczyński nie byli tak przekonujący jak ten oskarżający dziennikarz i towarzysząca mu aprobująca bierność tłumu medialnej braci. Coś się w atmosferze wtedy wyczuwalnie zmieniło. Powróciło "wzmożenie moralne".
Nazajutrz rano Jacek Żakowski wyzłośliwiał się w TOK FM: "Tak se gadali po prostu na cmentarzu: (...) a może by coś się dało gdzieś skręcić" - komentując tłumaczenia Chlebowskiego na temat podsłuchów, zresztą nie z cmentarza. I orzekał w sprawie tego polityka: "Za to, co opowiada dzisiaj ["Gazecie"], powinien od razu pójść do aresztu".
Tego samego dnia "Gazeta Wyborcza" na pierwszej stronie przesądzała, że minister sprawiedliwości Andrzej Czuma w Radiu ZET "absolutnie uniewinnił" Chlebowskiego i Drzewieckiego. Nie informując, że jednocześnie skierował zawiadomienie o podejrzeniu przestępstwa do zbadania przez prokuratorów. Nie wspominając o jego zastrzeżeniach, że bez całości źródłowego stenogramu podsłuchów w ogóle nie chce zajmować stanowiska.
Nikt się nie przejął atmosferą na konferencji premiera. Przeciwnie, taki ton relacji zdominował przekazy na dwa tygodnie. Na kolejnej konferencji, 3 października, dziennikarz TVN ruszył z furią do ataku, już przecież zupełnie usprawiedliwionego, bo na "winnego" ministra sportu. Widowisko było lepsze, bo do dziennikarza oskarżyciela dołączyła redakcyjna koleżanka. Fala ruszyła, z kubła zaczęły się wylewać kolejne "afery", a media się ścigały w ich rozprzestrzenianiu.
Pierwsze otrzeźwiające głosy przeszły bez echa. Po konferencji ministra sportu Daniel Passent mówił w TVN 24 o "dziennikarskim grillu". Waldemar Kuczyński przestrzegał, że "instytucja dziennikarskiej kontroli może z narzędzia informowania i wydobywania prawdy przekształcić się w narzędzie poniewierania człowiekiem" ("Gazeta Wyborcza", 7 października).
Tomasz Lis po tygodniu komentował podobnie: "Najbardziej rozpowszechniony i popularny gatunek dziennikarski to obecnie lincz, a szerzej - wzbudzanie społecznego oburzenia" ("Gazeta", 15 października). Ale wcześniej tak opisywał "aferę hazardową": "Niektórzy eksponowani przedstawiciele władzy najwyraźniej postanowili okiwać państwo dla korzyści, nie wiadomo tylko, czy wyłącznie swych kumpli, czy może swej partii, czy może także swej własnej" ("Gazeta", 8 października).
Mechanizm manipulacji
Dlaczego niezależny TVN 24, często krytyczny wobec PiS, mógł z nieprzymuszonej woli narzucić taki ton? Zadziałał mechanizm napędzający media w ogóle, którego politycy nauczyli się używać do manipulowania opinią publiczną.
W mediach to elementarz. Jeśli mamy newsa, a zwłaszcza takiego, to go "podkręcamy i dmuchamy na maksa". Tego się nie uczy, taki jest klimat w redakcjach: musimy być pierwsi, widoczni, muszą nas cytować (stąd te irytujące wtręty: "jako pierwsi już donosiliśmy"). W nieoficjalnych rozmowach wśród dziennikarzy w dobrym stylu jest się pożalić: "jakżeż my się strasznie ostatnio tabloidyzujemy". By potem robić to samo.
Nastawienie na zdobywanie materiałów wyjątkowych nie jest czymś złym; przeciwnie, jest istotą tej pracy. Problem zaczyna się, gdy brakuje treści, ale potrzeba wyjątkowości wciąż dominuje bez pokory dla faktów. Liczy się efekt, mniej ważne jest odsiewanie informacji ważnych od sieczki.
To się zdarza, gdy dziennikarzowi brakuje czegoś nowego i wnoszącego coś merytorycznie do sprawy, a redakcja musi mieć newsa, którego tropem podąży przez chwilę reszta (do następnego pseudonewsa). Dziennikarz liniowy dostaje polecenie szybkiego dorobienia czegoś efektownego. Tak się przerabia newsy konkurencji, przedłuża żywot informacji już używanych i "podrajcowuje" materiały niezawierające niczego nowego.
Dopinguje nas strach, że konkurencja zrobi to lepiej. Nie robią igrzysk politycy, to my, dziennikarze, mamy im pomóc. Jest konferencja prasowa, którą obsługują wszyscy, to my, właśnie nasza redakcja, musimy na niej zaistnieć w sposób wyjątkowy. I przekaźnik staje się przekazem.
Dwuznaczności
"Afera podsłuchowa" to powszechne wołanie o głowę wiceszefa ABW "za wykorzystanie podsłuchów do prywatnych celów". Nikt nie zauważył, że dziennikarz ujawniający "aferę" w "Rzeczpospolitej" też był zainteresowany pogrążeniem przeciwnika w procesie "prywatnym" (tak się nazywa proces urzędnika przeciw gazecie o zniesławienie). Czy dziennikarz może być i stroną konfliktu, i obiektywnym źródłem informacji? Z dokumentów ABW korzystał też w procesach "prywatnych" Jarosław Kaczyński, ale to nie wywołuje moralnej odrazy.
"Wiadomości" TVP potrafią sugestywnie pokazać Wojciecha Sumlińskiego jako ofiarę "afery podsłuchowej" i jednocześnie bohaterskiego dziennikarza tropiącego "rewelacje" o morderstwie ks. Popiełuszki. Z pominięciem jego pomówień wobec kierowcy księdza, dzięki któremu w ogóle wiemy o porwaniu. Bez słowa, że Sumliński pracował dla TVP i że to w związku z toczącą się przeciw niemu sprawą karną założono mu podsłuch, na który nadziali się jego koledzy - i stąd cała "afera".
Czy tylko ja widzę tu wielostopniowy konflikt interesów?
Początek "afery hazardowej" ujawnionej w "Rzeczpospolitej" też wydaje się dwuznaczny, bo wszelkie relacje dziennikarzy ze służbami obarczone są ryzykiem manipulacji. Dziwnym trafem materiał propisowskiej służby zdobyła akurat gazeta sympatyzująca z tą partią. W pierwszym odruchu wyraziłem w TOK FM uznanie dla pracy dziennikarskiej (nie zgadzając się z diagnozą). Dziś widzę, że była to moja zła cegiełka w opisanej akcji dziennikarzy. Nie rzucam podejrzeń o sterowanie tą gazetą przez służby, ale uznanie cofam, dopóki nie zrozumiem, jakim cudem redakcja zdobyła te materiały. Bo to jest istotny element interpretacji.
Wnioski
Po miesiącu od opublikowania fragmentów podsłuchów hazardowych niewiele więcej wiemy. A przecież wszystko już wiemy... przede wszystkim, że cała władza i PO to "Zbycho, Miro i Grzech". Jeśli fakty źle się układają w efektowną opowieść, redukujemy kontekst, niuans, detal, aby przekaz nie rodził niepotrzebnych wątpliwości u odbiorcy. Jeśli coś jest niezrozumiałe - chętnie dopowiemy bez dowodu, za to ze słówkiem "jeśli" lub "zapewne" dla ostrożności procesowej.
W ramach źle pojmowanego obiektywizmu tylko niektórzy dziennikarze nieśmiało wtrącali, że "PiS przy okazji kręci lody". By zaraz się zakrzyczeć: "Ale to nie ma nic do rzeczy, sprawa jest poważna".
A właśnie, że ma. Piętnując to, co rzeczywiście jest złe, trzeba o tym mówić do znudzenia, a nie w proporcji 1 do 100. Przyłóżmy do PiS i podrzucanych przez jego służby materiałów również te kryteria ocen, które Jarosław Kaczyński stosuje tylko wobec przeciwników.
Pierwsza jego zasada to "cui prodest", czyli komu to służy (w domyśle: ten czyni). Warto się zastanowić, komu i czemu dziś służą "afery". "Wzmożeniu moralnemu" dziennikarzy. "Kryzysowi państwa" i "standardom republiki bananowej" głoszonym przez działaczy PiS. Demonstracjom ludu, jak w Poznaniu, gdzie związkowy pas transmisyjny PiS głosi, że ludzie tracą pracę wskutek "afery stoczniowej".
Zasada druga - uwaga na układ. PiS z CBA i z częścią mediów. Obyśmy w nim znowu, ku własnemu zdziwieniu, wszyscy nie wylądowali.
Szanowny Panie Redaktorze,
Z uwagą przeczytałem pański artykuł „Po wielkiej wrzawie” zamieszczony w dzisiejszej Gazecie Wyborczej. Z pańskimi spostrzeżeniami, tezami a zwłaszcza z konkluzją w ostatnim zdaniu zgadzam się i gratuluję zabrania głosu w sprawie otrzeżwienia środowiska dziennikarskiego. Chociaż nie jestem dziennikarzem, chciałbym jednak dodać parę smutnych i niezbyt odkrywczych refleksji mających wpływ - jak sądzę - na rozpowszechnianie się linczu jako gatunku dziennikarskiego na przykładzie obecnej „kropki nad i”.
"Kropka nad i" w założeniu jest rozmową. W rzeczywistości jest rodzajem chaotycznego przesłuchania zaproszonego gościa dokonywanego w atmosferze nieuzasadnionej niczym agresywności dziennikarza; przerywanie rozmówcy w pół zdania, uniemożliwianie dokończenia wypowiedzi, itp. przy uporczywym, za wszelką cenę dążeniu do wykrycia sprzeczności w wypowiedziach zdenerwowanego rozmówcy. W takiej atmosferze łatwo u rozmówcy o pomyłki i utratę wątku co stwarza łatwą okazję do kolejnego ataku przez aroganckiego dziennikarza. Brak jest spostrzeżeń i konkluzji charakteryzujących rzeczową wymianę pogladów. Tym samym oferowany jest irytujący spektakl dziennikarz kontra zaproszony gość.
Kropka i liczne ostatnio podobne co do formy i metodologii spektakle lekceważą tych odbiorców, którzy są zainteresowani wypowiedziami i wywodami niezniekształconymi przez agresywne dziennikarstwo, stawiające sztuczną kropkę nad zniekształconym "i".
Odnosić można wrażenie, że upragnionym celem takiego linczowatego dziennikarstwa jest zdeprecjonowanie i ośmieszenie wypowiedzi gościa redakcji i udowodnieniu powziętej ex-ante własnej tezy - po to tylko żeby dopisać kilka punktów do dziennikarskiej „kariery”.
Jeśli już koniecznie ze względu na komercyjność, "medialność" i panującą obecnie modę musi być uprawiany ten gatunek, to przynajmniej należy zorganizować program np. "znaki zapytania" gdzie forma i spektakl nie dominują nad treścią.
Jest to szczególnie ważne ostatnio, gdy potrzebne są rzetelnie prowadzone rozmowy na tematy o istotnym znaczeniu dla naszego kraju, a nie żałosne popisy medialności.
W felietoniku na 8 stronie „Gazety Wyborczej” Monika Olejnik dziwi się i pyta dlaczego Donald Tusk zyskuje, a nie traci w wyniku „afery rządowej”. Odpowiedż jest prosta: może właśnie dlatego, że znacząca liczba osób jest w stanie samodzielnie wyciągać wnioski - czy to intuicyjnie, czy z dozą racjonalizmu. Tylko: jak to jest z tą komercjalizacją, która tak silnie motywuje część środowiska? A może linczujący dziennikarze i ich zwierzchnicy błędnie określają co jest komercyjne, a co takie nie jest?
Maciej Kalinowski
Tagi:
Obiecujemy starać się spełniać to oto piękne wezwanie:
Panie zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Św. Tomasz z Akwinu
Od redakcji
Redakcja uprzejmie informuje, że wszystkie opublikowane w witrynie artykuły mogą być komentowane wyłącznie za zgodą Autora tekstu. Stosowny odnośnik do zbiorczej strony na korespondencję jest pod każdym artykułem, którego Autor nie życzy sobie komentarzy "pod spodem". Komentarze nie są cenzurowane merytorycznie, jednakże sformułowania rasistowskie i antysemickie oraz wulgaryzmy i drastyczna "mowa nienawiści" są usuwane. Nie przyjmujemy komentarzy ani listów anonimowych (minimum jawności: podanie nazwiska i adresu piszącego do wyłącznej wiadomości redakcji).
Osoby, pragnące na naszych łamach opublikować artykuł, proszone są o nadsyłanie dokumentów w postaci edytowalnej (czysty tekst lub dokumenty Worda albo OO) na adres studioopinii@gmail.com. Pod tym samym adresem prosimy kierować wszelkie uwagi o witrynie i listy do redakcji.
Informujemy uprzejmie, że ta witryna nie jest blogowiskiem, lecz redagowaną gazetą internetową.
Nieliczna redakcja zmuszona jest do wyboru licznie nadsyłanych tekstów i nie jest w stanie każdorazowo uzasadniać decyzję nie wykorzystania nadesłanej propozycji. Decyzja z praktycznych względów musi być ostateczna i nieodwołalna, dyskusji na ten temat nie zdołamy prowadzić.
Redakcja zastrzega sobie prawo zmian formalnych w zaakceptowanym do publikacji tekście, w szczególności dodania śródtytułów, zmiany tytułu, koniecznych zmian stylistycznych, gramatycznych i ortograficznych oraz doboru ilustracji – z braku czasu i mocy przerobowych - bez uzgadniania z Autorem. Redakcja zobowiązuje się nie wypaczać myśli Autora.
Tematy do dyskusji: Wojciech Mazowiecki: Po wielkiej wrzawie
—————
—————
—————
—————




