Andrzej Lubowski: W tym chaosie brak metody
Za kolosalną wpadkę zarówno w Ameryce, jak i w Europie zapłacili nie ci, którzy ją sprokurowali i na niej zarobili. To rodzi gorycz i godzi w zaufanie do rządzących
Jeśli katastrofę światowych finansów z jesieni 2008 porównać do ogromnego pożaru, to dziś można powiedzieć, że nie odrobiono lekcji z tej klęski, nie ukarano winnych, ból nie rozłożył się ani równo, ani sprawiedliwie, a ratownicy nie zdali egzaminu.
Akcje ratunkowe po obu stronach Atlantyku przypomniały o pułapkach miraży i życia na kredyt. Pokazały z bliska niesprawność instytucji i liderów w konfrontacji z kryzysem. Dowodzą, że partykularyzmy wypierają z życia zachodnich demokracji zdolność do uczciwego kompromisu - niezbędnego składnika zdrowej demokracji.
Wyzwania, przed którymi stoi dziś świat Zachodu, nie są proste - wymagają wyobraźni, wrażliwości, zdecydowania i determinacji. Aż się prosi o współpracę rządów, pracodawców i pracobiorców. Wszystkich tych składników boleśnie brakuje.
Zawiedli polityczni liderzy
Wybieramy ich nie po, aby przecinali wstęgi, paradowali przed kompanią honorową albo wznosili toasty na bankietach. Wybieramy ich głównie po to, aby podejmowali trudne decyzje w naszym imieniu, chronili nas przed wojną, powodzią i innym nieszczęściem, decydowali, co robić, gdy dramat dotyka cały naród.
Tymczasem po obu stronach Atlantyku jesteśmy świadkami postępującej erozji wiarygodności rządów, które nadchodzącego kryzysu nie dostrzegły. Trzy lata temu pośpieszyły wprawdzie na ratunek, sięgnęły po programy stymulacyjne o skali i charakterze poprzednio niespotykanych, ale ich wysiłki przypominały leczenie kataru u pacjenta z chorobą wieńcową, były bardziej odruchem paniki, niż wynikiem przemyślanego długofalowego planu, zaś rezultaty ich działań okazały się skromniejsze, niż oczekiwano.
I w Ameryce, i w Europie mamy do czynienia z odsuwaniem problemów na jutro. Oto logika: skazanemu przez króla na śmierć pozostaje jedna deska ratunku - ujdzie z życiem, jeśli w ciągu roku nauczy królewskiego konia mówić. Skazaniec zgadza się. Dlaczego? Bo w przyszłości wszystko jest możliwe - odpowiada. - Król może umrzeć, ja mogę umrzeć, a koń może się nauczyć mówić.
Takie było podejście strefy euro do kryzysu, jaki dosięgnął Grecję, Irlandię i Portugalię i zagraża innym krajom. Ugaśmy pożar, podmalujmy fasadę, nie oglądajmy fundamentów. Liderzy największych krajów Unii, Merkel i Sarkozy, stąpają po grząskim polu politycznym w oczekiwaniu wyborów; Obamę torpeduje Tea Party.
Unia wciąż nie znalazła skutecznego sposobu dyscyplinowania suwerennych krajów. Jednocześnie, w imię idei europejskiej solidarności, a naprawdę w imię obrony własnych wielkich banków, unijni mocarze - zawsze za pięć dwunasta, gdy już są na musiku, a tonącemu idą bańki nosem - rzucają mu koło ratunkowe. Nie oznacza to, że nieszczęśnik dopłynie do brzegu.
W Ameryce rozczarowanie stanem gospodarki rozbudziło prawicowy populizm na skalę dawno nieoglądaną. Kandydaci Tea Party nie mają do zaoferowania nic poza sloganami i gniewem wobec Waszyngtonu. Stoją za nią nie tylko nostalgia za dobrymi czasami, które nie wrócą, ale także gigantyczne pieniądze ludzi, którzy poczuli się zagrożeni reformami Obamy. Społeczeństwo - znane z tego, że spora jego część głosuje wbrew własnym interesom ekonomicznym - zalewa koktail ignorancji, demagogii, fanatyzmu i pokerowych zagrywek.
George W. Bush kiedyś zażartował, że jego filozofia polityczna oparta jest założeniu, że niektórych ludzi można mamić bez końca - „i zamierzam się na nich skoncentrować”. Ta filozofia dziś kwitnie. System jest połamany. Reprezentanci zaledwie 10 proc. społeczeństwa USA mogą zablokować każdą ustawę i czynią z tego użytek.
Brzdąc z flagą „Tea Party” i klapkami na oczach na trójkołowym rowerku zbliża się nad krawędź przepaści. Za sobą ciągnie zakolczykowanego słonia - symbol Partii Republikańskiej. Ten z kolei trzyma na postronku zakolczykowanego Wuja Sama - dryblasa z kapeluszem z flagą amerykańską - symbol USA. Ten zaś ciągnie za sobą cały glob ziemski. To karykatura w londyńskim „The Economist”.
W Unii uderza nieumiejętność identyfikowania problemów, które od dawna majaczą na horyzoncie, i radzenia sobie z nimi zawczasu. Kończy się na kosztownym gaszeniu pożarów, które w coraz to innym miejscu wybuchają. Zwykle wysyła się mniej oddziałów, niż trzeba, i o kilka godzin za późno. Mimo frazesów o solidarności brakuje gotowości do dzielenia się bólem.
Jose Manuel Barroso, szef Komisji Europejskiej, mówi, że kryzys ujawnił silne pokusy, aby w trudnych chwilach szukać schronienia w ekonomicznym nacjonalizmie. Zarówno na prawicy, jak i na lewicy pojawiają się małe, ale zyskujące na znaczeniu partie eurosceptyczne. Nawet większym prounijnym partiom coraz trudniej w batalii o głosy pozostać wiernym wizji zjednoczonej Europy i skłonne są one często rezygnować z akcentowania korzyści integracji.
„Robimy robotę Boga”
W myśleniu biznesu szybkie zyski biorą górę nad perspektywą długofalową. Niepostrzeżenie i nieprzyzwoicie często zacierają się granice między przedsiębiorczością a oszustwem. Gdy przed dziesięciu laty przez Amerykę przewaliła się fala miliardowych malwersacji, część winnych wylądowała za kratami. Ale gdy jesienią 2008 na skraju przepaści stanął cały światowy system finansowy, to - choć straty ekonomiczne były nieporównanie większe - obyło się bez prokuratorów i procesów. A to dlatego, że częściej niż prawo gwałcono etykę lub demonstrowano niekompetencję; a za to nie idzie się do więzienia.
Na widok publiczny wystawiona została arogancja elit ekonomicznych, która przybrała monstrualne rozmiary. Rozpowszechniły się zarzuty moralnego bankructwa.
„Wielka maszyna do produkcji spekulacyjnych baniek, wampir opleciony wokół ludzkości, bez opamiętania wsysający wszystko, co smakuje jak pieniądz” - takich określeń doczekał się bank inwestycyjny Goldman Sachs, jeszcze zanim oskarżono go o to, że przebiegłymi metodami pomagał Grekom ukryć skalę zadłużenia. Tymczasem prezes firmy, z tarapatów wybawionej przez rząd, czyli podatnika, rolę swej instytucji ocenił skromnie słowami: „robimy robotę Boga”. A gdy się okazało, że nie wszyscy myślą podobnie, w akcie skruchy przyznał sobie „tylko” 9 mln dolarów - i oczekiwał aplauzu.
Prezesowi brytyjskiego Lloyds Bank, pod którego batutą notowania akcji spadły o 95 proc., rada nadzorcza rok w rok wypłacała milionowe premie, a gdy wiosną 2011 wreszcie zbliżało się rozstanie z geniuszem, oświadczył on, że odejdzie, dopiero gdy - jak podał „Financial Times” - „moje ciepłe paluszki poczują” miliony odprawy.
Słynny inwestor Warren Buffett za głęboko niemoralną uważa w Ameryce sytuację, że to na akcjonariuszy, a nie na szefów i rady nadzorcze firm, które poniosły ogromne straty, spada niemal cały ból finansowy. W Europie w większości przypadków nie zapłacił nawet akcjonariusz francuskiego czy niemieckiego banku, który dokonał błędnej decyzji, ale podatnik irlandzki, grecki czy portugalski.
W gruzach legła dogmatyczna wiara w samoregulacyjne zdolności rynku, w to, że prywatne instytucje wolne od nadzoru państwa same najlepiej poradzą sobie z zagrożeniami. Powtórce przeciwdziałać ma wykluczenie zasady, że wielka instytucja finansowa może liczyć na ratunek tylko dlatego, że jest za duża, by upaść. Takie bowiem „uspołecznianie” porażki zachęca do podejmowania nadmiernego ryzyka.
Reformy zmierzające w tym kierunku posuwają się w Ameryce żółwim tempem. Te dotychczas przyjęte przypominają piłę bez zębów. Dopóki debata toczyła się w Kongresie na oczach milionów podatników, którzy zapłacili za ratunek sektora finansów, bankom było niezręcznie kłócić się o każdy zapis. Ale gdy ideologię przegłosowano, a szczegóły będą się rozstrzygać w zaciszach biurokracji, lobby nie dają za wygraną.
W lawinie nerwowych wiadomości na wierzch wypływają nie analizy, ale głośne opinie. Na przykład agencji Standard&Poor’s obniżająca wiarygodność długu Ameryki.
S&P to ta sama, która kilka lat temu wystawiała świadectwo najwyższej jakości miliardom dolarów śmieciowych obligacji, opartych na pożyczkach hipotecznych bez szansy na spłatę, bo brali je ludzie tacy, jak Jorge, mój ogrodnik, świeżo przybyły z Nikaragui do Kalifornii. Bank pożyczył mu 700 tys. na dom, bez centa własnego udziału. Od S&P Jorge dostał więc AAA, a rząd Ameryki dostaje o oczko mniej. Jorge pieniędzy nie wyczaruje. Ale rząd może je ściągnąć w formie podatków, zaoszczędzić, w najgorszym razie dodrukować.
Ameryce nie groziło i nie grozi bankructwo. To tylko jej właśni awanturnicy polityczni postanowili wymusić nieodpowiedzialne koncesje.
Nie zmienia to faktu, że polityki fiskalnej Ameryki nie da się na dłuższą metę utrzymać bez groźnych konsekwencji dla niej samej i świata. Jej dług publiczny stanowi mniej niż 75 proc. PKB, podczas gdy w strefie euro proporcja ta wzrosła z 69 proc. w 2007 r. do 85 proc. w 2010 r. W Grecji, we Włoszech, w Belgii, Irlandii i Portugalii wskaźnik ten był znacznie wyższy niż w USA. W Niemczech i we Francji przekraczał nieznacznie 80 proc.
Groźne jest jednak tempo, w jakim dług Ameryki pęcznieje. A pęcznieje, bo szybko rosną koszty trzech wielkich programów: emerytury, zdrowie i opieka społeczna. Ich zmiana wymaga rewizji prawa. Najważniejsza jest reforma systemu ochrony zdrowia, bo szybciej niż gdziekolwiek indziej na świecie rosną tu koszty (nie piszę „leczenia”, bo spora ich część nie idzie na leczenie). Ameryka wydaje dziś na służbę zdrowia 17 proc. PKB (w 1980 - 9 proc.). Gdyby przeznaczała taki sam odsetek PKB co Australia, Japonia czy Norwegia, kraje o wyższej średniej życia, to oszczędzałaby ponad jeden bilion dolarów rocznie.
Jak dzielić ten ból?
Sanacja kondycji fiskalnej Ameryki jest możliwa, lecz wymaga zarówno cięć wydatków, jak i podwyżki wpływów podatkowych. Nie musi to oznaczać podwyżek stóp podatkowych, lecz bardziej - zniesienie ulg, które preferują zamożnych i sprawiają, że - jak przyznał Buffett - rzeczywista stopa podatkowa, jaką on płaci, jest niższa niż jego sekretarki!
Kryzys na rynku nieruchomości spotęgował rozpiętości majątkowe Amerykanów, także między grupami etnicznymi. Z analizy Pew Research Center wynika, że od roku 2005 do 2009 średni majątek netto (suma aktywów pomniejszona o długi) latynoskiego gospodarstwa domowego w USA skurczył się o 66 proc., gospodarstwa domowego czarnych o 53 proc., zaś białych tylko o 16 proc. Średnia wartość majątku białej rodziny była 2 lata temu 20 razy wyższa niż czarnej rodziny i 18 razy wyższa niż rodziny latynoskiej. To z grubsza dwa razy więcej niż przed recesją i najwyższa rozpiętość od chwili, gdy tego rodzaju dane zaczęto gromadzić w 1984 roku. Podstawowa przyczyna tych dramatycznych zmian to fakt, że w rodzinach latynoskich i czarnych znacznie większa część majątku przypada na nieruchomości. Biali mieli w portfelu więcej akcji i obligacji. Krach na rynku nieruchomości dotknął ich mniej, jako że spadek notowań na giełdzie nie był tak głęboki jak spadek wartości nieruchomości. Między rokiem 2005 a 2009 majątek netto przeciętnej rodziny Afro-Amerykanów spadł do 5677 dolarów, a rodziny latynoskiej do 6324 dol. W tym samym czasie średni majątek netto białych rodzin skurczył się ze 134 992 do 113 149 dolarów.
Choć przepaść w dochodach między białymi a czarnymi w ostatnich dekadach wyraźnie się skurczyła, to różnice majątkowe pozostają uparcie wysokie. Zaś recesja i krach na rynku nieruchmości tylko te różnice spotęgowały.
Gdy zbankrutowała Islandia i pytano, co różni ją od Irlandii, sarkastyczna odpowiedź brzmiała: „Jedna litera i sześć miesięcy”. Nieprawda. Pomyłka dotyczyła nie tylko czasu. Islandia zmusiła wierzycieli do partycypacji w bólu. Rząd Irlandii natomiast przerzucił cały ciężar na społeczeństwo, a dokładniej - na jego uboższą część. Irlandia zdjęła ze swych banków praktycznie jakąkolwiek odpowiedzialność, zagwarantowała nieograniczone pokrycie wszystkich ich zobowiązań, nie tylko wobec indywidualnych depozytariuszy. Podczas gdy Grecy żyli ponad stan i czasem resztę Europy kantowali, to Irlandię przywiodły na skraj przepaści nie rozbuchane programy socjalne, lecz spekulacja i nieodpowiedzialność wierzycieli.
Przy okazji kryzysu greckiego kanclerz Merkel wielekroć stawiała dyscyplinę fiskalną Niemiec i ich tradycyjną oszczędność za wzór reszcie Europy. Ale jej uwadze zdaje się umykać oczywistość - że aby ktoś miał nadwyżki, ktoś inny musi mieć deficyt, i że za sukcesami eksportowymi Niemiec kryją się mniej wstrzemięźliwe zachowania wielu ich partnerów. I gdy wszyscy nagle zacisną pasa, Niemcy na tym mocno ucierpią, bo spadnie popyt na ich towary.
Nieoczekiwana zmiana miejsc
Kiedyś Ameryka budowała mosty, a Chińczycy produkowali pałeczki do ryżu. 1 sierpnia 2011 r. - tego samego dnia, gdy po żałosnym widowisku Kongres USA uchwalił wreszcie podniesienie pułapu długu - CNN doniósł, że fabryka Georgia Chopsticks w miasteczku Americus w stanie Georgia produkuje pałeczki do jedzenia ryżu na eksport do Chin, po cencie za sztukę, i do końca roku zamierza ich wytwarzać 10 mln dziennie. Ma dużo ludzi i dużo drewna - a tego ostatniego Chinom zaczyna brakować.
Społeczeństwom i elitom świata Zachodu niełatwo przyznać, że zmienia się układ sił. A gdy to przyznają, nie są w stanie rozpoznać, co to konkretnie znaczy i jak łagodzić ból adaptacji do nowych warunków. Podobnie jak elitom brytyjskim sto lat temu trudno było się pogodzić z kresem dominacji imperium, tak bariery emocjonalne, bardziej niż intelektualne, utrudniają dziś Amerykanom i Europejczykom zrozumienie powagi sytuacji.
Nic nie zapowiada powstania nowego modelu gospodarczego, a logika dominującego obecnie nakazuje maksymalizację zysku. Jeśli zatem firma może zarobić więcej dla swych akcjonariuszy poza granicami państwa narodowego, będzie w tamte tereny grawitować. Wszystko, co można zrobić taniej poza Ameryką, Europą czy Japonią - dotyczy to nie tylko przemysłu, ale także części usług - ucieknie na tańsze rynki. Mamy i będziemy mieć do czynienia z olbrzymią transformacją rynków pracy i strumieni handlu.
Beneficjentami globalizacji, przynajmniej na krótką metę, są i będą przede wszystkim kraje o wykwalifikowanej i grubo tańszej sile roboczej - głównie Chiny i Indie, oraz korporacje, które tam się przenoszą. Tracą i tracić będą ci, których praca wędruje za granicę. Niższa cena skarpetek, poduszki czy komputera nie zrekompensuje utraty pracy i przywilejów socjalnych. Nie każdy jest w stanie się przekwalifikować, nie na każde nowe kwalifikacje jest popyt, niewiele z nowych miejsc pracy płaci tyle co miejsca stracone.
Gdyby było tylko tak, że wielkie stare cywilizacje: chińska i indyjska, trzymane przez wieki pod butem, wypierają Zachód i odzyskują należne im miejsce, można by powiedzieć, że oto jesteśmy świadkiem dziejowej sprawiedliwości. Ale sytuacja jest bardziej złożona. Nowe potęgi, rosnące w siłę i dostatek, ale nadal biedne, wciąż potrzebują świata bogatych. Kryzys Zachodu godzi więc w perspektywy rozwojowe Wschodu. Pekin może pomstować do woli - strofować Waszyngton za życie na kredyt - ale jeszcze długo nie znajdzie ani alternatywy dla amerykańskiego rynku, ani dla dolara.
Jałowe, w moim przekonaniu, są debaty na temat tego, czy w batalii o model przyszłości górą jest Ameryka, czy Europa. Oba centra cywilizacji Zachodu znalazły się w kryzysie. Inna jest jego natura po dwóch stronach Atlantyku. Kryzys Europy to zderzenie atrakcyjnych historycznie idei - solidarności i bezpieczeństwa socjalnego - z ograniczonymi możliwościami ich pełnej realizacji. Kryzys Ameryki, jeszcze nie uświadomiony, wynika z niemożności utrzymania tego, co osiągnęła.
Co to znaczy? W Ameryce, której ten proces globalizacji dotknął wcześniej i której brakuje parasola ochronego, jaki zbudowała Europa, już przekłada się on na wzrost nierówności społecznych i kurczenie się klasy średniej. Czy w Europie przyszłości będzie inaczej? Czy są sposoby permanentnego łagodzenia bólu transformacji? Czy grozi nam nawrót protekcjonizmu?
Instytucje polityczne i ich liderzy - ci, od których oczekujemy odpowiedzi na te pytania i propozycji nowych strategii - działają chaotycznie. Nie budzą zaufania, a brak zaufania przekłada się na brak wiary w zdrową przyszłość. A przecież tego, bardziej niż czegokolwiek innego, trzeba nam jak chleba i powietrza.
Tagi:
Miejsce na dyskusję
—————
—————
—————
—————
—————
—————
—————
—————
Obiecujemy starać się spełniać to oto piękne wezwanie:
Panie zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Św. Tomasz z Akwinu
Od redakcji
Redakcja uprzejmie informuje, że wszystkie opublikowane w witrynie artykuły mogą być komentowane wyłącznie za zgodą Autora tekstu. Stosowny odnośnik do zbiorczej strony na korespondencję jest pod każdym artykułem, którego Autor nie życzy sobie komentarzy "pod spodem". Komentarze nie są cenzurowane merytorycznie, jednakże sformułowania rasistowskie i antysemickie oraz wulgaryzmy i drastyczna "mowa nienawiści" są usuwane. Nie przyjmujemy komentarzy ani listów anonimowych (minimum jawności: podanie nazwiska i adresu piszącego do wyłącznej wiadomości redakcji).
Osoby, pragnące na naszych łamach opublikować artykuł, proszone są o nadsyłanie dokumentów w postaci edytowalnej (czysty tekst lub dokumenty Worda albo OO) na adres studioopinii@gmail.com. Pod tym samym adresem prosimy kierować wszelkie uwagi o witrynie i listy do redakcji.
Informujemy uprzejmie, że ta witryna nie jest blogowiskiem, lecz redagowaną gazetą internetową.
Nieliczna redakcja zmuszona jest do wyboru licznie nadsyłanych tekstów i nie jest w stanie każdorazowo uzasadniać decyzję nie wykorzystania nadesłanej propozycji. Decyzja z praktycznych względów musi być ostateczna i nieodwołalna, dyskusji na ten temat nie zdołamy prowadzić.
Redakcja zastrzega sobie prawo zmian formalnych w zaakceptowanym do publikacji tekście, w szczególności dodania śródtytułów, zmiany tytułu, koniecznych zmian stylistycznych, gramatycznych i ortograficznych oraz doboru ilustracji – z braku czasu i mocy przerobowych - bez uzgadniania z Autorem. Redakcja zobowiązuje się nie wypaczać myśli Autora.




