Roma Przybyłowska: Pół kantem, pół serio
Jakie czasy - takie formaty. Polska od tygodnia śledzi „na żywo“ - rozterki i dramaty heroiny marketingu. Suspensu nie brakuje. O samym napadzie nadal nic pewnego - w jakim odbył się świecie: realnym czy wirtualnym. Aktorka, choć stale coś wnosi (pewnie z inspiracji reżysera), robi wrażenie, jakby jej przy tym nie było. Miotana sprzecznościami i pogubiona jak uczniak, jakoś nie przyswoiła, co się tak naprawdę zdarzyło…I kiedy? W sobotę… a może w piątek (jak doniosła Rzplita)? I komu w końcu nieszczęsna ma wierzyć: swoim słowom - czy własnym oczom? Jeszcze gorzej z nami, którzy mogliśmy towarzyszyć jej rozterkom i dość różnym próbom ujęcia faktów, nie będąc w stanie nadążyć z dobrą wiarą za kolejną wersją. Zwłaszcza, gdy jedyny napastnik zaczął się „rozmnażać“, a zadane ciosy – przemieszczać na ciele. Dramaturgia faktów też nie przystawała do zachowań bohaterki. Gwałt zadany nietykalności człowieka był tylko częścią gwałtu dokonanego na logice zdarzeń.
Nie często się zdarza, żeby aktor za reklamowane treści - obrywał osobiście. A już aktorka o puszystym nazwisku, z dużą zdolnością przystosowania poglądów – to prawdziwa rzadkość. Kiedy została niecnie zrepresjonowana, w biały dzień, pod zwyczajnym sklepem, przez nieznanych sprawców – było ciekawe, za którą partię dała… głowę. Tym gorzej, że w ostatnim spocie ufała jeszcze PiS-owi. Mniejsza o partie - na ręczny „dyskurs“ pod budką przyzwolenia nie ma. Jakby nie było - poturbowano kobietę…może nawet opozycjonistkę. Dla reputacji kraju, gdzie podstawowe wolności są (znowuż!) „poważnie zagrożone“, nie jest to błahostka. Kto wie, czy nie minęliśmy już Białorusi… a może teraz już trzymamy kurs na Chiny? Nic dziwnego, że w szczerym odruchu potępienia opinia publiczna zapragnęła dopaść bandziorów, nawet wykształconych „z twarzy“. Toteż, zagryzając paznokcie, oczekiwaliśmy, kiedy bohaterka wreszcie złoży zeznanie, a policja zacznie ścigać. Mijały dni, ale akcja stała w miejscu. Dziwnym trafem aktorkę, sprawną w udzielaniu wywiadów, dopadało gwałtowne zmęczenie, gdy trzeba było złożyć zeznania. 5 dób minęło od napadu zanim dojrzała jako ofiara i policja mogła z nią porozmawiać w zaciszu domowym. Nie wiemy, czy sińce się uchowały, obdukcja – nie bardzo.
W końcu to „kryminal“, a zgodnie z zasadami gatunku, wątpliwości i suspens powinny wciąż rosnąć. Choć trudno się oprzeć wrażeniu, że fakt, który „wyciekł“ do prasy, był jeszcze mocno niedojrzały. Poszedł pod walce – zanim zdołał się wyklarować (stosownie do potrzeb) i obrosnąć w sensowne realia. Nie wszystko da się zapiąć od razu na ostatni guzik...
Czas wreszcie wyjaśnić, że byliśmy świadkami śmiałego eksperymentu z dziedziny reklamy hybrydowej, która jest oryginalnym osiągnięciem pis-aru. Otóż słynny spotowy serial, który z powodu wewnętrznej przemiany bohaterki narobił tyle hałasu – niezauważenie przeszedł w „reality show“ z tą samą aktorką w roli głównej… O ile pierwsza część tej political-fiction była dziełem fachowców i nie wykraczała poza kadry zamówionych klipów, o tyle dalszy tok scenariusza, już w normalnych realiach (jeśli można mówić o normalności), powstawał na żywo - w pełnej improwizacji „reżyserów rzeczywistości“. I wcale nie jest pewne, że został już zakończony. Potwierdzają to nie tylko kolejne korekty, dokonane przez aktorkę w Superstacji, a potem w TVN24 – gdzie zawsze jest coś „nie tak“. Wciąż nie mamy pewności, czy p. Ania wie, w czym gra, i rozróżnia światy: np. kiedy kończy się rzeczywistość filmowo-reklamowa, a zaczyna polityczna gra w „realu“? Budząc sprzeczne wrażenia, zamiast w klimacie współczucia znalazła się „w kręgu podejrzeń“- jak mówi jej ostatni klient. Czy o to chodziło?
Fakt: zrobiła błyskawiczną „karierę“. Nie tak wielką jak rodaczka Sugar-Kowalczyk z filmu „Pół żartem pół serio“, ale nie ma już nikogo (sprawdzałam), kto by nie słyszał o aktorce dwojga słodkich imion jakby stworzonych do kalamburów. Trudno jednak powiedzieć, że budzi sympatę i trudno jej zazdrościć. Nie z powodu siniaków, które w końcu zejdą (jeśli… wzeszły). Ale dlatego, że od pewnego czasu to nie ona gra, lecz nią coś grają. I nie w reklamówkach - a w „realu“. Stąd wrażenie, jakby nie nauczyła się roli i nie znała scenariusza. Możliwe są dwie opcje. Albo jest bezwolnym i bezkrytycznym medium w rękach graczy, uzależnionych od sztuki manipulacji - i trzeba jej współczuć. Albo, kosztując aplauzu na konwencji PiS, poczuła dreszcz powołania do polityki i świadomie weszła do gry na polityczne podwórko. Nie ma łatwo. Akcja, wszczęta z jej udziałem, toczy się w przestrzeni hybrydalnej. Pełna tupetu aktorka wyraźnie się pogubiła. Bo o ile w aktorstwie sobie radzi, o tyle w sztuce szalbierstwa jest kompletnym nowicjuszem. I już widać, ile straciła: sprzedana twarz (także zawodowo), opinia krętaczki, zero wiarygodności – to bodaj gorsze niż epitety mętów, które trwają chwilę. A jest to pewnie miła dziewczyna, której narobiono na głowę. Choć nie ona sama nawarzyła to piwo. Ten, kto bez zahamowań potrafi rozporządzać się czyjąś osobą tak destrukcyjnie – musi się czuć szczególnie wolny...
Wróćmy na pewniejszy grunt: reklamy handlowej. Czy byłby do pomyślenia spot, w którym ta sama aktorka najpierw zachwyca się proszkiem firmy X, a następnie zachwala proszek firmy Y, wybrzydzając na poprzedni? Spece od reklamy odradzą, nie tylko dla odwrotnej skuteczności (z dwóch firm więcej straci ta druga), ale bo i nieuchronny proces z odszkodowaniem na rzecz pierwszej firmy. Czyżby marketing handlowy był uczciwszy niż polityczny? To paradoks, ale handel musi dbać o wiarygodność, by nie szastać pieniędzmi na wysiłki nieskuteczne. Jest jeszcze gorzej, gdy nie dotyczy to proszków, a poglądów. U aktorki dwukrotnie kupowano poglądy (różne – do czego ma prawo), ale zgodnie z psychologią odbioru – teraz może już tylko odstręczać. Dochodzi efekt „nielojalności“, do której aktor nie jest zobowiązany, ale psychologicznie wpada w tę pułapkę, robiąc wrażenie kogoś, kto się „prostytuuje“. To działa podprogowo. Reklama polityczna to usługa najbardziej ryzykowna ze wszystkich. Nie dlatego, że biją, ale dlatego, że „pisze“ po twarzy. Niezależnie od opcji, jaką aktor zachwala… czy gnoi. Udział w tym ostatnim brudzi „for ever“. Już lepiej reklamować czopki.
Jeszcze większym głupstwem było wprowadzenie bohaterki spotu na polityczne wiece – w tej samej roli. To tak jakby pp. Piotr i Marek reklamujący banki (na szczęście dla aktorów, zawsze te same) wzięli udział w posiedzeniach Rady Polityki Pieniężnej lub jęli udzielać rad klientom giełdy. Co prywatnie myślą aktorzy, zwłaszcza na temat tego, co reklamują – nie powinno nikogo obchodzić. Gdzie lokują swoje własne pieniądze - ich sprawa. To nie tylko kwestia ochrony prywatności i „higieny“ umysłu, ale i uczciwości reklamy. Jaką partię popiera aktor, jest jego prywatna sprawą. Może to robić publicznie – jeśli nie zarabia na reklamach politycznych.
Której partii p. Ania ufa osobiście, powinno być jej tajemnicą, chyba że reklamuje staniki, lodówki, albo gra Ofelię…(nie zamierzone). Jej wejście w świat politycznych gier ma złe skutki, nie tylko dla niej. Już kompletnie zatarła się granica między aktorką spotów a bohaterką zdarzeń – co nie jest dobre ani dla polityki, ani dla reklamy. Plątanie ról może sprawić, że p. Ania będzie robić za nową paprotkę „partii-klientki“ (z jak najgorszym skutkiem), zaś reżyser p. Jacek K. sprzedawać bilbordy lub krawaty.
Afera z napadem żyje własnym życiem. Ale nie mogła nawet przesłonić puszczających szwów w charyzmacie wodza. Miała dać pretekst zasadniczym oskarżeniom o represjonowanie opozycji i złe rządy jaczejki, a starczyło ledwo na dwie konferencje Prezesa. Ciekawsze jednak i ważniejsze dla demokracji i klimatu, w jakim żyjemy, są obyczaje stratega i jego macherów. Każdy chwyt okazuje się możliwy i nikogo nie zawstydza. Żadnych zahamowań, cienia refleksji – co do skutków dla życia publicznego. Bo chyba nie jest roztropnie kreować zdarzenia, które powinny być potępione, a na milę cuchną mistyfikacją. Dzięki czemu ofiara zamiast współczucia budzi niechęć i fontannę złośliwości. Nie wiem, skąd się bierze przekonanie, że można i… że to się w końcu nie skumuluje w masę krytyczną?
Obawiam się, że to nie koniec eposu. Przygoda z udziałem p.Cugier-Kotki wskazuje na dalszą eksplorację „eksperymentu“ socjotechniki propagandowej. Jeśli pierwsza próba jest czymś więcej niż wypadkiem przy pracy, będzie budzić dalsze pokusy w wynalazcach. A p. Ania będzie nadal potrzebna. Na razie spija gorycz złej popularności i czeka na resztę scenariusza. Prezes PiS obiecał ochroniarzy i obsługę prawną. Skoro się coś zaczyniło, trzeba toczyć grę dalej. I nie zdziwię się, jeśli aktorka, która połknęła bakcyla polityki i doznała namaszczenia - nie długo oświadczy, że wobec gwałtu na jej poglądach rzuca reklamę i przechodzi do działania. Równie szybkiej kariery w polityce, jak w komediodramie „Pół kantem, pół serio“ raczej jej nie wróżę. Rekultywacja wizerunku może trochę potrwać i nie wiadomo czy się uda.
Nie ma jednak pewności, czy przestrzeń hybrydalna nie rozpełznie się bardziej… osiągając poziom schizofrenii. W tej małej socjotechnicznej kropli odbija się cały nasz polityczny jarmark z jego deformacją i kreatorami na miarę satyrycznej szopki. Ale skoro komuś z tym dobrze – to dobrze mu tak.
Tagi:
Obiecujemy starać się spełniać to oto piękne wezwanie:
Panie zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Św. Tomasz z Akwinu
Od redakcji
Redakcja uprzejmie informuje, że wszystkie opublikowane w witrynie artykuły mogą być komentowane wyłącznie za zgodą Autora tekstu. Stosowny odnośnik do zbiorczej strony na korespondencję jest pod każdym artykułem, którego Autor nie życzy sobie komentarzy "pod spodem". Komentarze nie są cenzurowane merytorycznie, jednakże sformułowania rasistowskie i antysemickie oraz wulgaryzmy i drastyczna "mowa nienawiści" są usuwane. Nie przyjmujemy komentarzy ani listów anonimowych (minimum jawności: podanie nazwiska i adresu piszącego do wyłącznej wiadomości redakcji).
Osoby, pragnące na naszych łamach opublikować artykuł, proszone są o nadsyłanie dokumentów w postaci edytowalnej (czysty tekst lub dokumenty Worda albo OO) na adres studioopinii@gmail.com. Pod tym samym adresem prosimy kierować wszelkie uwagi o witrynie i listy do redakcji.
Informujemy uprzejmie, że ta witryna nie jest blogowiskiem, lecz redagowaną gazetą internetową.
Nieliczna redakcja zmuszona jest do wyboru licznie nadsyłanych tekstów i nie jest w stanie każdorazowo uzasadniać decyzję nie wykorzystania nadesłanej propozycji. Decyzja z praktycznych względów musi być ostateczna i nieodwołalna, dyskusji na ten temat nie zdołamy prowadzić.
Redakcja zastrzega sobie prawo zmian formalnych w zaakceptowanym do publikacji tekście, w szczególności dodania śródtytułów, zmiany tytułu, koniecznych zmian stylistycznych, gramatycznych i ortograficznych oraz doboru ilustracji – z braku czasu i mocy przerobowych - bez uzgadniania z Autorem. Redakcja zobowiązuje się nie wypaczać myśli Autora.




