Roman Czubiński, III r. studiów: Powstanie inne niż wszystkie
Polskie zrywy narodowe doczekały się niezwykle zróżnicowanych ocen. W dyskusji na temat ich celowości daje się zauważyć polaryzacja poglądów. Dyskurs toczy się – mówiąc najogólniej – między tymi, którzy uznają ich wywoływanie za bezsensowną stratę sił, a tymi, którzy twierdzą, że mimo ponoszonych klęsk jednak nam się one per saldo opłaciły. Ci pierwsi podkreślają wywołany powstaniami upust krwi, emigrację najświatlejszych jednostek, regres gospodarczy. Drudzy szermują hasłami podtrzymywania tożsamości narodowej, przypominania Europie o sprawie polskiej, niekiedy nawet „moralnego zwycięstwa”. Oba obozy milcząco wykluczają jednak możliwość sukcesu któregokolwiek z powstań. Nie bez znaczenia jest tu chyba fakt, że obecność w mediach zwycięskiego zrywu wielkopolskiego z 1919 czy śląskiego z 1921 roku jest – w zestawieniu choćby z Powstaniem Warszawskim – praktycznie żadna.
Cel niniejszego tekstu, napisanego z okazji 179. rocznicy wybuchu Powstania Listopadowego, jest trojaki. Postaram się, po pierwsze, wykazać, że – wbrew powszechnemu mniemaniu – nie każda polska insurekcja była beznadziejna i z góry skazana na porażkę. Po drugie, odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Powstanie owo – mimo olbrzymich szans na zwycięstwo – upadło. Po trzecie wreszcie, pokuszę się o próbę odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak mało z tego wszystkiego przebija się do naszej świadomości.
Fakty i mity o Powstaniu
Wokół interesującego nas wydarzenia narosło z biegiem lat wiele mitów. Uformowane nie bez aktywnego udziału byłych jego uczestników, dziś funkcjonują w świadomości społecznej jako niepodważalne dogmaty. To właśnie one sprawiają, że tak wielu stawia Powstanie Listopadowe w jednym szeregu z insurekcją krakowską czy styczniową. Historiografia ostatniego półwiecza obaliła większość z nich, wykazując, że w roku 1831 – inaczej, niż np. w 1846, 1863 czy 1981 – zrzucenie obcej dominacji naprawdę leżało w zasięgu naszych możliwości. Rzecz jasna, zajęcie Moskwy przez polskie wojska nie wchodziło w grę – ale też wcale nie było konieczne dla wybicia się na niepodległość.
I tak: Jerzy Łojek rozprawił się z mitem ogromnej rzekomo przewagi wojskowej Rosji nad Królestwem Polskim. W latach trzydziestych XIX stulecia – na długo przed wprowadzeniem powszechnej mobilizacji, transportu kolejowego i sprawnego systemu aprowizacji – silniejszy był nie ten, kto dysponował większym potencjałem, lecz ten, kto był w stanie szybciej uruchomić go w odpowiednim miejscu i czasie. Tu przewaga leżała bezdyskusyjnie po stronie Polaków, nie inaczej było pod względem wyszkolenia żołnierzy, nowoczesności uzbrojenia i wreszcie – last but not least – zasobów finansowych. Armia rosyjska pozostawała daleko w tyle: o skali jej technicznego zacofania niech świadczy fakt, że – jak zauważył Stefan Przewalski – race, których użyli w bitwie pod Grochowem polscy rakietnicy piesi, były bronią w ogóle Rosjanom nieznaną!
Tenże historyk w opisie tej samej bitwy szeroko opisuje niedołęstwo, jakim popisał się w jej czasie rosyjski wódz naczelny, feldmarszałek Iwan Dybicz. Jego zachowanie chwilami dawało wręcz podstawy do podejrzeń o chorobę umysłową. W toku późniejszych działań jego zdolność dowodzenia nie uległa poprawie, z ulgą przyjęto więc w Petersburgu wiadomość o zgonie feldmarszałka wskutek epidemii cholery (podejrzewano nawet, że jego otrucie zlecił sam car). Z kolei jego następca i imiennik, hrabia Paskiewicz, jeszcze na początku września – a więc w sytuacji radykalnie zmienionej na niekorzyść Polaków – nie dowierzał własnym siłom na tyle, że przed podjęciem szturmu na wały Warszawy zaproponował powstańczym władzom zawieszenie broni w zamian za powrót do statusu Królestwa z 1815 r. (Witold Dąbkowski twierdzi nawet, że zasugerował wówczas możliwość przyłączenia obwodu białostockiego). Upada więc pogląd, jakoby zaprawieni w bałkańskich bojach z Turcją Dybicz i Paskiewicz byli przeciwnikami nie do pobicia.
Kulą u nogi Polaków nie był także stan kadry dowódczej, w tym jej rzekoma „starcza zniedołężniałość”. Jak dowiódł Marek Tarczyński – polscy generałowie nie ustępowali zanadto swoim rosyjskim odpowiednikom ani średnią wieku, ani stanem zdrowia, ani talentem dowódczym, zaś tzw. polotem operacyjnym znacznie nad nimi górowali. Warto jednak zapamiętać następującą uwagę autora: „Najogólniej rzecz biorąc, moralne i psychiczne wartości generalicji jako określonej zbiorowości nie były złe, lecz brakowało jej przede wszystkim zapału, entuzjazmu dla idei rewolucyjnej walki o niepodległość”.
Z kolei Jan Ziółek na podstawie szczegółowej analizy źródeł do historii gospodarczej ustalił, że wysiłek mobilizacyjny ludności pozwolił w dużym stopniu naprawić skutki przedpowstaniowej polityki władz, unikających lokowania w Królestwie fabryk broni i amunicji. W sierpniu 1831 r. działały już – i wciąż zwiększały produkcję – wytwórnie karabinów, dział, amunicji oraz prochu, zaspokajające w dużym stopniu potrzeby armii. To nie brak broni spowodował klęskę militarną, lecz błędy militarne – o których niżej – uniemożliwiły rozwój produkcji broni.
Po naświetleniu zjawisk, które – wedle potocznego mniemania – były wewnętrznymi przyczynami upadku Powstania, pora na omówienie uwarunkowań zewnętrznych. Spotyka się często pogląd, że w razie dalszych sukcesów polskiej ofensywy Rosjanom przyszłyby w sukurs wojska austriackie i pruskie. Okazuje się, że wcale nie jest to oczywiste. Józef Dutkiewicz pisze, że nasza insurekcja nie tylko nie doprowadziła do zacieśnienia współpracy cara z cesarzem austriackim i królem pruskim, ale przeciwnie – przynajmniej czasowo wstrzymała go na drodze do reaktywowania Świętego Przymierza. Dopóki Mikołaj I miał ręce związane wojną z Polakami, nie mógł narzucić pozostałym mocarstwom swojej dominacji. Na czoło odnowionego paktu w naturalny sposób wysunąłby się wówczas faktyczny kierownik polityki austriackiej, książę Klemens Lotar von Metternich, do tego zaś car nie chciał dopuścić. Ponadto rosyjska dyplomacja przez cały czas przedstawiała Powstanie jako wewnętrzną sprawę Imperium Rosyjskiego, Mikołaj I nie mógł zatem skorzystać z pomocy sąsiadów w jego stłumieniu bez poważnego nadszarpnięcia swojego prestiżu na arenie międzynarodowej.
Sceptycy podnoszą często fakt, że żaden z naszych zaborców nie życzył sobie sąsiedztwa z niepodległym państwem polskim. Czy aby na pewno żaden? Rozpocznijmy nasze rozważania od Austrii. Stosunki państwa Franciszka I Habsburga z carstwem Mikołaja I były na przełomie lat 20. i 30. XIX w. dalekie od idylli. Kością niezgody była tzw. kwestia wschodnia, stopniowo nabrzmiewająca aż do rozstrzygnięcia w postaci wojny krymskiej w latach 1853-56. Fakt, że do jej wybuchu było jeszcze daleko. W gestii powstańczego rządu leżało jednak jego przyspieszenie, a już co najmniej pogłębienie austriacko-rosyjskiego konfliktu tak, by Wiedniowi choćby ze względów taktycznych zaczęło się opłacać wspieranie dążeń Warszawy do niezależności. W jaki sposób – powiemy niżej.
Trudniejsza była sprawa z Prusami. W przypadku państwa Hohenzollernów nie było mowy o jakiejkolwiek z Polakami zbieżności interesów. Nic więc dziwnego, że rząd Fryderyka Wilhelma III od początku, jak tylko mógł, szkodził Powstaniu. Na wieść o Nocy Listopadowej zarekwirowano w Berlinie zdeponowane tam kwoty, których właścicielem był Bank Polski. Oddziałom rosyjskim pozwalano maszerować przez pruskie terytorium, dostarczano im wszelkiej pomocy (z rekrutem włącznie), jakiej tylko żądali carscy dowódcy. Bezwzględnie i dość skutecznie odcięto walczące Królestwo od płynącej z zachodu Europy (gdzie poparcie opinii publicznej dla Polaków było tak silne, jak nigdy przedtem i długo potem!) pomocy finansowej i materiałowej. Aż tyle – i tylko tyle! Dlaczego król pruski nie wystąpił zbrojnie przeciw powstańcom, zagrażającym przecież jego żywotnym interesom? Nie mógł tego uczynić z kilku powodów. Jak stwierdził Henryk Kocój, znaczna część oddziałów pruskich była zajęta na zachodzie, przygotowując się do odparcia spodziewanego ataku ze strony Francji. Duże siły wiązało też Wielkie Księstwo Poznańskie, w którym liczono się poważnie z możliwością buntu. Jeśli dodamy, że panoszenie się roznoszącej cholerę armii carskiej budziło wśród mieszkańców wschodnich prowincji coraz groźniejszy sprzeciw – którego władze nie mogły tak całkiem lekceważyć – otrzymamy wystarczające wytłumaczenie niepodjęcia przez Prusy antypolskich działań militarnych. Wyliczone wyżej czynniki pozwalają mniemać, że – po ewentualnej decyzji ogólnoeuropejskiej konferencji o uznaniu niepodległości Królestwa – Berlin wyczerpałby swój arsenał środków sprzeciwu, odmawiając nawiązania z Warszawą stosunków dyplomatycznych...
Uwaga o konferencji pozwala płynnie przejść do kolejnego punktu. Podkreśla się w literaturze, że niepodległościowe dążenia Warszawy były sprzeczne z ładem wiedeńskim oraz z tworzącą jego ideowe oparcie zasadą legitymizmu. Że organizacja konferencji na wzór londyńskiej, która uznała niepodległość Belgii, nie była w przypadku Polski możliwa; że naszej niepodległości nikt w Europie de iure nie uznał. W rzeczy samej: nie uznał, bo nie było czego uznawać! Skoro kierownictwo Powstania nie ogłosiło deklaracji niepodległości, skoro nie odrzuciło już na wstępie ustaleń wiedeńskich tak, jak uczynili to Belgowie – o cóż mieć pretensje do rządów europejskich mocarstw? Powstańcze elity na własne życzenie zdegradowały polsko-rosyjskie zmagania do rangi wewnętrznej sprawy imperium rosyjskiego, a cel walki ograniczyły do… zapisanej w wiedeńskich uchwałach końcowych autonomii Królestwa. Słowem – do konserwacji stanu prawnego sprzed wybuchu Powstania! Wytycznych takich – które resztki sensu utraciły po styczniowej detronizacji Mikołaja I – uparcie trzymała się polska dyplomacja. Nie bez znaczenia było też zdumiewające kunktatorstwo wojskowych – ale o tym niżej.
Niezrealizowany zysk jest stratą
Akapity powyższe poświęcono tym wytłumaczeniom klęski Powstania, które w świetle współczesnych badań okazują się błędem lub mistyfikacją. Pora odpowiedzieć na pytanie o prawdziwą przyczynę jego upadku.
Za punkt wyjścia posłużą słowa jednego z najlepszych polskich agentów dyplomatycznych, przebywającego w Londynie Aleksandra Walewskiego. Tak oto streszcza je Dutkiewicz: „Nie uzyskamy tutaj nic z litości, możemy być wspomożeni, gdy będziemy silni”. Zawierający to stwierdzenie list nosi datę 22 VII 1831 r. Nie brakowało ani militarnych, ani dyplomatycznych sposobów nadania siły zabiegom Walewskiego i jego współpracowników. Niestety, w ciągu ośmiu poprzedzających wysłanie listu miesięcy w trudny do wytłumaczenia sposób zmarnowano większość ku temu sposobności.
Najłatwiej jeszcze zrozumieć utratę szansy, jaką dawała obecność w Warszawie wielkiego księcia Konstantego. Według Łojka należało carskiego brata pojmać i ogłosić (za jego zgodą lub bez niej) pretendentem do petersburskiego tronu. Krok taki momentalnie zepchnąłby przeciwnika do defensywy, wytrącając mu z rąk większość atutów. Przeciwko Mikołajowi I zwróciłaby się nie tylko wewnątrzrosyjska opozycja, ale i europejskie kręgi legitymistyczne (wszak to Konstanty, jako starszy brat, powinien był odziedziczyć berło zamiast niego!). Wojna toczyłaby się w głębi terytorium Rosji, Królestwo zostałoby więc odciążone gospodarczo. Polskie wojska regularne, przy wsparciu oddziałów wystawionych przez mieszkańców Litwy i Ukrainy (i prawdopodobnie Korpusu Litewskiego), zapewne bez większych problemów osiągnęłyby wschodnią granicę Rzeczypospolitej po II rozbiorze. Dalsze walki miałyby na celu już tylko opanowanie terenów utraconych przed rokiem 1793. W rzeczywistości jednak nie tylko Konstantemu, ale i towarzyszącym mu oddziałom pozwolono (bez rozbrojenia) opuścić terytorium Królestwa. Można tłumaczyć to brakiem politycznego doświadczenia spiskowców Nocy Listopadowej – trudno wszak wymagać tak szerokich horyzontów od młodzieży, której sprzysiężenie miało początkowo charakter… związku zawodowego.
Późniejszych zaniechań już jednak tłumaczyć tym nie sposób. Czytając opis dyktatury gen. Józefa Chłopickiego autorstwa Jana Skarbka, trudno oprzeć się wrażeniu, że generał – tak pięknie wsławiony później pod Grochowem – większość swojej energii obracał na osłabianie potencjału militarnego Powstania. Dążenie do wytargowania ustępstw bez walki okazało się mrzonką: 7 I 1831 r. car zażądał kapitulacji. Dopiero wtedy, jak stwierdził Wiesław Majewski, postawa dyktatora uległa zmianie; przedtem jednak stracono ponad miesiąc, w czasie którego armia mogła ulec znacznej rozbudowie. Nie wykorzystano też realnie istniejących szans przeniesienia kampanii na wschód. Polski plan strategiczny był – jak podaje Wojciech S. Mikuła – miękki i defensywny, w dodatku chaotycznie przygotowany (nie wyznaczono nawet ostatecznej linii odwrotu).
Gdy mimo tego po bitwie pod Grochowem Rosjanie wstrzymali ofensywę, wydawało się, że sprawy weszły w końcu na dobry tor. Niestety, nadzieje te zniweczył nowy wódz naczelny, gen. Jan Skrzynecki. O ile zdania na temat pozostałych sztabowców były i są podzielone, o tyle działania tego dowódcy oceniają historycy jednoznacznie negatywnie. Skrzynecki twierdził, że wojnę można prowadzić jak menueta: to ustępować przed prącym naprzód przeciwnikiem, to znów, manewrując, zmuszać go do cofania się. Zgodnie z tą kuriozalną koncepcją trwoniono energię i czas na ruchy bezsensowne, marnując wspaniałe okazje do działań zaczepnych. Nawet kwietniowa ofensywa na szosie brzeskiej – której sukcesy, jak skonstatował Dutkiewicz, „spowodowały całkowite rozwianie mitu o przewadze rosyjskiej armii” – została w pół drogi wstrzymana przez naczelnego wodza bez dającego się wytłumaczyć powodu. Akurat wtedy, kiedy na zachodzie czekano na ukoronowanie polskich sukcesów decydującym ciosem – Skrzynecki zwrócił się do rządu z propozycją... zawieszenia broni i nawiązania rokowań. Apogeum jego destrukcyjnych działań było zatrzymanie mającej niemal stuprocentową pewność sukcesu wyprawy na gwardię. Wówczas to, jak pisze Bronisław J. Umiński, „wszyscy, cała armia – do ostatniego szeregowca – zdali sobie sprawę, że właśnie Wódz Naczelny zrobił wszystko, by nie dopuścić do zwycięstwa”.
Za punkt przełomowy powszechnie uważa się stoczoną 26 maja bitwę pod Ostrołęką. Ale i później istniały szanse na polskie zwycięstwo w wojnie, niestety – zaprzepaszczone w ten sam sposób. Modelowy przykład stanowią opisane przez Ziółka niemrawe działania gen. Antoniego Giełguda. Dowódca połączonych sił polskich na Litwie tak długo zwlekał w pierwszych dniach czerwca z opanowaniem Wilna, aż wypuścił z rąk wspaniałą ku temu okazję. A przecież zajęcie tego miasta przez Polaków odcięłoby armię rosyjską od Petersburga i całego zaplecza, skazując ją w razie nieopuszczenia Królestwa na unicestwienie! Skończyło się – jak wiemy – internowaniem korpusu w Prusach, przy której to okazji nieudolnego dowódcę zastrzelił zdesperowany podkomendny. Błędy, podobne popełnionym przez Giełguda, długo by wyliczać. Wielkim towarzyszyły małe: tu nie rozbrojono osaczonego oddziału nieprzyjacielskiego, gdzie indziej zaniechano zniszczenia przed wycofaniem magazynów z żywnością i prochem.
Skrzynecki utracił stanowisko dopiero 11 sierpnia 1831 r. Utrzymał się na nim tak długo dzięki protekcji księcia Adama Jerzego Czartoryskiego, w polskim życiu politycznym postaci bezsprzecznie czołowej. Działalność tego arystokraty w dobie powstania, przy całym szacunku dla jego zasług wcześniejszych i późniejszych, należy, niestety, ocenić surowo. Nie bez powodu – jak podaje Alina Barszczewska-Krupa – planując na emigracji stworzenie syntezy dziejów Powstania, w listach do współpracowników ujawniał książę zamiar pisania prawdy, lecz „czasem niecałej”. Z jego to namowy nie ujawniono zarekwirowanej w Belwederze tajnej korespondencji. Odpisy dokumentów, przysyłane wielkiemu księciu Konstantemu przez cara, rzucały jaskrawe światło m. in. na oszustwa, jakich dopuszczała się rosyjska dyplomacja wobec Austrii. Nie trzeba chyba dodawać, że w polskim interesie leżało skłócenie Wiednia z Petersburgiem poprzez przedstawienie owych odpisów cesarskiemu rządowi. Fakt istnienia wspólnego wroga prawdopodobnie skłoniłby Habsburgów do bardziej lub mniej aktywnego wsparcia Polaków. Zastanawia fakt, że nie wykorzystano atutu posiadania tych dokumentów nawet wówczas, gdy wysłannicy Czartoryskiego proponowali polską koronę austriackiemu księciu Karolowi.
Po upadku Warszawy wszystko poszło siłą rozpędu: nasilającym się dezercjom szeregowców towarzyszył całkowity już upadek morale wyższego korpusu oficerskiego. Zaniechano obrony prawego brzegu Wisły, zaprzepaszczono istniejące jeszcze po utracie stolicy szanse na zwrot zaczepny, a w końcu nawet na honorową kapitulację. A przecież – mimo wszystkich wyliczonych powyżej błędów, z których wiele zakrawa wręcz na sabotaż – polscy żołnierze przekraczający granice austriackie i pruskie byli liczniejsi od tych, którzy rozpoczynali walkę w lutym 1831 r. Daje to wyobrażenie o ogromie potencjału, który był do dyspozycji powstańczych elit, mógł posłużyć do wybicia się na niepodległość – został jednak przez dysponentów roztrwoniony…
Tak zwana „nieudolność” wojskowego i cywilnego kierownictwa Powstania wynikała ze strachu. Częściowo był to – jak wykazano powyżej, nieuzasadniony – lęk przed konfrontacją z imperium rosyjskim. Część historyków formułuje jednak pogląd, iż co najmniej równie silna była obawa przed… sukcesem. Zachowawczo nastawieni przedstawiciele elit trafnie chyba przewidywali, że niepodległe państwo polskie przystąpi po swym okrzepnięciu do reform społecznych, idących w kierunku demokracji i egalitaryzmu. A takich przemian, zwłaszcza gdy w grę wchodziła struktura własności ziemi, konserwatyści bali się jak ognia. Jak pisze cytowany już wyżej Tarczyński: „Opieszałość w działaniu, brak pewności itp. wynikały w większej części z określonych poglądów politycznych, niż z braku umiejętności”. Łojek idzie dalej, zarzucając wręcz polskim elitom zdradę i abnegację narodową. Wtóruje mu Umiński, domyślający się istnienia „grupy oficerów, która przerodziła się w juntę stawiającą sobie za cel zakończenie Powstania – za wszelką cenę i wszelkimi środkami”. Nie będziemy tu formułowali tak ostrych sądów – brakuje wszak bezpośrednich dowodów, a szacunek dla zmarłych nakazuje dobrze ważyć słowa. Poprzestańmy więc na stwierdzeniu, że powszechne wśród przywódców Powstania przekonanie o nieuchronności jego klęski odegrało rolę samospełniającej się przepowiedni.
Skąd ten fatalizm?
W powstańczych manifestach, programach, rotach przysięgi – przewijało się jak refren zdanie: „odcinamy się od nienawiści do narodu rosyjskiego”. Tego kursu trzymali się Polacy także i na emigracji, co wystawia im chwalebne świadectwo zwłaszcza na tle zachodnich demokratów (w ich wypowiedziach Rosjanin bywał wręcz podczłowiekiem). Jak jest w tej mierze dzisiaj – widzimy, słyszymy. Przegrana Powstania i wywołane nią antypolskie represje caratu były bez wątpienia jedną z przyczyn tego regresu.
Właśnie powszechna dziś wśród Polaków antyrosyjskość wobec państwa rosyjskiego wydaje się – paradoksalnie – tłumaczyć ich fatalistyczną postawę. „Powstanie upadło, bo upaść musiało – wróg był zbyt silny...” – tak oto streścić można wyjaśnienie, które przeciętnego rodaka zadowala w zupełności. Skąd bierze się ten dziejowy determinizm? Moim zdaniem leży u jego źródeł nie co innego, jak ugruntowane przez pokolenia kompleksy wobec wschodniego sąsiada. A także zrozumiała, choć z dojrzałością niewiele mająca wspólnego, niechęć do obarczania postaci z kanonu narodowych bohaterów odpowiedzialnością za ewidentne nawet błędy. O ileż łatwiej przerzucić całą winę na znienawidzonego „Ruskiego”, który – w przeciwieństwie do nich – wykonał w 1831 r. swoją robotę solidnie...
Poglądy dominujące wśród laików, choć wyprowadzone z innych przesłanek, podziela niejeden zawodowy historyk. Wielu wybitnych badaczy dziejów polskiego wieku XIX przejawia – o ile mi wiadomo – tendencję do generalizowania problemu. Zgodnie z takim podejściem, wszystkie co do jednej próby odzyskania niepodległości drogą insurekcyjną można mierzyć tą samą miarą, niezależnie od miejsca, czasu i okoliczności towarzyszących każdej z nich. Albo więc za każdym razem wzniecenie powstania było racjonalne i uzasadnione, albo absolutnie każda próba chwycenia za broń przeciwko zaborcy zasługiwała na potępienie. Łatwo chyba wskazać tkwiący w takim rozumowaniu błąd. Insurekcję można przecież wywołać w warunkach sprzyjających bądź niesprzyjających, szanse na jej zwycięstwo mogą być duże albo znikome – te zaś, które istnieją, można wykorzystać rzetelnie lub byle jak. Gdyby było inaczej, to czy wspomniane na wstępie powstania: wielkopolskie i warszawskie nie zakończyłyby się tak samo?
W innym za to punkcie nie sposób uczonym tym odmówić racji. Przez cały prawie wiek XIX ziemie polskie – mimo niesprzyjających warunków politycznych – intensywnie rozwijały się gospodarczo. W parze z modernizacją rolnictwa i przemysłu szły przemiany świadomości, które powoli, ale stale przekształcały anachroniczną społeczność szlacheckich Sarmatów w nowoczesny naród. Żadnemu z zaborców nie udało się tego procesu powstrzymać. Kilkadziesiąt lat po upadku Powstania Listopadowego spotkało się w Petersburgu dwóch Polaków, bawiących tam akurat w interesach. Jeden z nich zwierzył się rodakowi z gnębiących go obaw co do przyszłości sprawy narodowej. Otrzymał od rozmówcy piękną, metaforyczną odpowiedź: „Niedługo, a Polska spadnie jak dojrzałe jabłko z rosyjskiej jabłoni”.
Dojrzałość... Czy to nie jej właśnie najbardziej zabrakło uczestnikom Powstania? Nie tylko tym zachowawczym, którzy – być może – ponad niepodległość przedkładali carskie gwarancje utrzymania starego ładu. Także tym liberalnym oraz lewicowym z Towarzystwa Patriotycznego, którzy nie potrafili zorganizować skutecznej opozycji wobec konserwatywnych przywódców, o wyłonieniu nowych spomiędzy siebie już nie wspominając. Gdyby udało się odzyskać suwerenny byt, społeczeństwo zyskałoby znacznie korzystniejsze warunki, by dojrzewać – ale czy można było, wobec tak nisko rozwiniętej świadomości narodowej, pokonać zaklęty krąg?
Można dysponować poważną siłą militarną, ekonomiczną, mieć wspaniały – mówiąc po dzisiejszemu – PR, a w dodatku trafić na niesłychanie pomyślną koniunkturę międzynarodową. Na nic to jednak, jeśli zabraknie dojrzałości. Wszystkie wcześniej wymienione atuty można zawdzięczać obcym – do niej jednej trzeba dojść samemu. Chyba to właśnie jest najważniejszą nauką, płynącą z przebiegu i upadku Powstania Listopadowego.
Roman Czubiński
Korzystałem z następujących opracowań:
- Barszczewska-Krupa A., Emigracja i kraj. Wokół modernizacji polskiej świadomości społecznej i narodowej 1831-1863, Łódź 1999.
- Łojek J., Szanse Powstania Listopadowego, Warszawa 1986.
- Melak S. [red.], Powstanie Listopadowe. 170. rocznica. Zamek Królewski, Sesja Naukowa, Warszawa 2000.
- Trzeciakowski L. [red.], Powstanie Listopadowe a problem świadomości historycznej, Poznań 1983.
- Zajewski W. [red.], Powstanie Listopadowe 1830-1831. Dzieje wewnętrzne, Militaria, Europa wobec powstania, Warszawa 1990.
Tagi:
O nas...
Od lewa do prawa - stale aktualizowany przegląd politycznych i naukowych wydarzeń krajowych oraz wybór felietonów dziennikarskich. The World Opinion - stale aktualizowany przegląd wydarzeń i opinii światowych (ang.).
Do redakcji można pisać
na adres studioopinii@gmail.com
Znajdziesz nas także pod adresami:
studioopinii.org
studioopinii.net
studioopinii.eu
studioopinii.com
oraz (zawsze czynny):
Cytat, który obiecujemy brać pod rozwagę:
Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Św. Tomasz z Akwinu
Komunikat: Redakcja informuje uprzejmie, że w żaden sposób nie cenzuruje merytorycznie komentarzy do artykułów. Jedyna ingerencja może polegać wyłącznie na ewentualnym usunięciu słów powszechnie uznawanych za obelżywe lub nieprzyzwoite oraz "mowy nienawiści". Większość nowych tekstów ukazuje sią najpierw na górze strony głównej, w dziale OSTATNIO NADESŁANE, by nieco później - na ogół następnego dnia - trafić do właściwego działu merytorycznego. Komentarze wpisane do OSTATNIO NADESŁANYCH nie są ze względów technicznych przenoszone w nowe miejsce.
|
POLECAMY |
|
|
|
|
|
|
|
|
Stale publikują m. in. |
|
| Stefan Bratkowski | |
| Roma Przybyłowska | |
| Ernest Skalski | |
|
Andrzej Lubowski (USA)
|
|
|
|
|
| Mirosław Malcharek | |
|
Bogdan Miś |
|





W tej - czyli lewej - szpalcie znajdziecie zawsze charakterystyczny kolaż-rysunek Mirka Malcharka, który stanowi swoiste wrota do kolejnego jego komiksu (?) politycznego. Nowość co tydzień!



