Sławomir Popowski: Pośmiertne polowanie na Kapuścińskiego

Sławomir Popowski: Pośmiertne polowanie na Kapuścińskiego

Przez ostatnie dwadzieścia lat, aż do śmierci, najgorszym słowem, epitetem jaki słyszałem z ust Ryszarda na określenie różnego rodzaju kreatur było: "to są straszni ludzie". Niekiedy dodawał jeszcze: "i niebezpieczni". Z jego ust nigdy nie padło żadne przekleństwo pod ich adresem, choć samo się narzucało... Myślę, że - gdyby żył - tak samo nazwał by autorów tej nagonki, jaką za sprawą książki Artura Domosławskiego "Kapuściński non-fiction", rozpętano w ostatnich tygodniach wobec jego osoby. Autora, który nadużył zaufania jego oraz rodziny, pewnie również. 

Nie czytałem książki Domosławskiego i mam coraz mniejszą ochotę na jej lekturę. Znam ją  tylko w co "smaczniejszych" fragmentach, ujawnianych w ramach znakomicie zorganizowanej akcji promocyjnej i marketingowej, prowadzonej wg. klasycznej zasady, że nic tak dobrze się nie sprzedaje, jak skandal. Zresztą, może tylko o to właśnie chodziło - o kasę? Bo jakoś trudno mi  uwierzyć w szczerość deklaracji autora, nieustannie podkreślającego, że uważa Kapuścińskiego za swojego mistrza i mentora, a siebie - za jego młodszego przyjaciela i ucznia. I właśnie dlatego, w imię prawdy, będzie tropił jego rzekome konfabulacje; dochodził, czy piesek Cesarza miał prawo siusiać na buty dostojników, ile kochanek miał autor "Hebanu", jakie relacje łączyły go z córką i jak to umiejętnie kreował swój mit. Nie mówiąc już o teczkach SB i o tym, jak skutecznie poruszał się w środowisku komunistycznych notabli oraz w PRL-owskich labiryntach władzy.  

Fakt, Domosławski robi to inteligentnie, ale przyjęta metoda jakoś dziwnie przypomina mi klasyka gatunku - mgr Zyzaka. Podobnie, jak i on ruszył w Polskę i świat, by odszukać dawnych znajomych i "przyjaciół", o których pewnie inaczej nikt by nie pamiętał, a teraz dał im możliwość odreagowania dawnych żalów, kompleksów i pretensji.  Może więc to właśnie on, mgr Zyzak, jest jego rzeczywistym mentorem i mistrzem? Ale dlaczego w takim razie miałby się tego wstydzić? Bo Zyzak sprzedaje się gorzej niż Kapuściński?

- Dla mnie jedno jest pewne: Ryszard nigdy by takiej książki nie napisał. O nikim. Domosławski, który przez wiele lat bił pokłony Kapuścińskiemu, a po jego śmierci - wkradł w łaski żony, by uzyskać dostęp do najbardziej prywatnych notatek i listów, aby na koniec, z miną niewiniątka i trzepocząc rzęsami, ogłosić światu "prawdę" o swoim - jak zapewniał - Mistrzu i Nauczycielu, najzwyczajniej, choćby nie wiem, jak się zaklinał - napluł na jego pamięć...  

I ożywił upiory. Pamiętam jesień 2006 roku. Lustracyjni inkwizytorzy przebierali nogami i ślinili się na samą myśl, że lada moment dopadną Ryszarda teczkami… A on im zrobił psikusa i parę miesięcy później umarł. Do dziś nie mogą mu tego darować, że taką zabawę im zepsuł. Więc teraz nadrabiają opóźnienia. "Każdy wybitny pisarz przez całe życie maluje swój portret różniący się od jego życia. Właśnie z tego powodu Kapuściński bał się lustracji... Kapuścińskiego życie szybko nauczyło cynizmu" - To nadtytuł i tytuł tekstu z gazety "Polska. The Times", do której przeszła spora grupa sympatyków lustracji i IV RP z dawnego "Dziennika". I jeszcze wytłuszczonym drukiem: "podczas egzaminów wstępnych na polonistykę Kapuściński cytował wiersze o Stalinie". A zaraz potem wezwanie i oskarżenie w jednym: "W Polsce obowiązuje zmowa milczenia. Nie chcemy znać prawdy o naszych bohaterach". Następnego dnia ta sama gazeta idzie za ciosem. Już na pierwszej kolumnie reklamuje swój tekst z trzeciej strony: "Ubarwione życie Kapuścińskiego. Zmyślił historię o ojcu, który miał uciec z transportu. W obawie przed CIA sam ocenzurował "Szachinszacha". No i to najgorsze: "Podpisał zobowiązanie o współpracy z SB", uważał PRL za swoją i nie krył, że ma serce po lewej stronie. (Po prostu horror – SP). - I nie ma najmniejszego znaczenia, co jest tu prawdą, a co fałszem, jaki był kontekst.  "Domosławski - pisze "Polska. The Times"  - zaczął swą książkę od opisu uśmiechu Kapuścińskiego. I od początku nie miał wątpliwości, że był on maską mającą przysłonić jego prawdziwe oblicze. Oblicze człowieka, który ciągle żył w strachu, który miał zadziwiająco mało (jak na swoje sukcesy) pewności siebie. Skąd to się brało? Na to Domosławski odpowiedzi nie znalazł".  

Ale przecież pytanie było tylko retoryczne. Domosławski - wg gazety - sam to wyjaśnił: bo - podobno - nie naciskany sam wyrzucił z "Szachinszacha" fragment dotyczący CIA, a wszystko dlatego, że "jako dawny współpracownik wywiadu... musiał się liczyć z tym, że jeśli oskarży CIA, agencja może oddać cios. I znokautować". Po drugie zaś - gdy pojawiły się pogłoski o jego lustracji - miał "skurczony ze strachu dzwonić po znajomych i pytać, czy ktoś nie słyszał, cóż to chcą mu wyciągnąć". - A mnie w tym momencie trafia szlag. Byłem wówczas częstym gościem u Ryszarda. Przyjaźniliśmy się blisko 20 lat. Był w kiepskiej formie. Cierpiał z powodu stawów biodrowych, których nie można było zastąpić endoprotezami (stan serca nie pozwalał na operację) i po paru minutach siedząc, musiał się położyć na kanapie i w tej pozycji kontynuowaliśmy rozmowę... No, ale przecież - jak się teraz dowiaduję - kładł się i kurczył ze strachu... Pytanie tylko, czy przed "teczką", czy przed IV RP, która znów o sobie przypomina i puka do drzwi? 

W komentarzu redakcyjnym Piotr Zaremba stawia pytanie: ile wolno ciekawym? Pisze: "w kraju, gdzie historyka Zyzaka, abstrahując od jego błędów, za biografię Wałęsy strofował z najwyższych trybun premier, zagrożeni kłopotami będą także umiarkowani poszukiwacze typu Domosławskiego". Wynika więc z tego, że Domosławski to tylko taki umiarkowany Zyzak.  

A "ile wolno ciekawym?" - Odpowiadam: wolno wszystko, byle nie czynić krzywdy innym, także ich pamięci. Bo, choćby nie wiem jak się zaklinali ci, którzy głośno krzyczą: "prawda" oraz że "tylko prawda nas wyzwoli" - nie wszystko jest na sprzedaż. Za tymi okrzykami, kryją się często ludzie, których Kapuściński nazywał najbardziej dosadnie, jak tylko potrafił: "to straszni ludzie. I niebezpieczni". Polowanie trwa... 

Alicja Kapuścińska wystąpiła do sądu o wstrzymanie rozpowszechniania książki Domosławskiego. To nie jest żadna cenzura prewencyjna, ani atak na wolność słowa, ale jej święte prawo, gwarantowane przez Kodeks Cywilny, gdy naruszane są jej dobra osobiste. Ma powody, aby z tego prawa skorzystać. 

Sławomir Popowski

Tematy do dyskusji: Sławomir Popowski: Pośmiertne polowanie na Kapuścińskiego

Data: 2010-06-14

Dodał: Stanisław Bartkowski

Tytuł: "Cesarz" to książka fałszywa i nieprawdziwa.

W "Cesarzu" Kapuściński bez cienia krytycyzmu powtórzył propagandę reżimu Mengistu, która była intensywnie powtarzana w okresie przed i po obaleniu Haile Selassie. Tę propagandę Kapuściński włożył w usta jakichś fikcyjnych postaci, uzupełniając to jeszcze własnymi zmyśleniami i kanfabulacjami.
Przecież "Cesarz" nie dzieje się w jakiejś fikcyjnej rzeczywistości, ale odnosi się do konkretnego kraju i konkretnej postaci historycznej. To że jest to czarnoskóry monarcha egzotycznego kraju przecież wcale nie oznacza, że można swobodnie kłamać i przeinaczać na jego temat. W ten sposób wyrządza się krzywdę pamięci tej osobie.
Kapuściński po prostu posłużył za tubę propagandową reżimu Mengistu, jednej z najbardziej brutalnych i ludobójczych dyktatur XX wieku. Wielki wstyd.

Data: 2010-03-16

Dodał: trans-atlantyk

Tytuł: mistake

Pomyłka. Burdalmamą powinna być szefowa działu promocji i PR w Świecie Książki. A jest nią pani Dorota Nowak, wcześniej przez 13 lat asystentka Kapu, córka największego "przyjaciela" Kapu Jerzego Nowaka. To jaka rola może być dla pani Teresy?

Data: 2010-03-10

Dodał: Sławomir Jankowski

Tytuł: Udzielmy głosu oskarżonemu

UDZIELMY GŁOSU OSKARŻONEMU


Zabierając głos w dyskusji, jaka toczy się głównie na łamach „Gazety Wyborczej”, ale i szerokim echem rozchodzi się po całej Europie i pewnie dociera jeszcze dalej, sadzę, że jeśli się debatuje o książce Artura Domosławskiego o Ryszardzie Kapuścińskim, jeśli się stawia pod osądem publicznym życie i cały dorobek twórczy autora Lapidariów, należy dać szansę wypowiedzi, obrony zarówno Ryszardowi Kapuścińskiemu, jak i tym wszystkim, którzy książki Artura Domosławskiego nie chcą przeczytać. Żyjemy w wolnym kraju, mamy wolny rynek i nikogo nie wolno zmuszać - po pierwsze – do zaglądania do życia intymnego, rodzinnego innych, a po drugie – do nabijania kasy zarówno wydawnictwu, które to robi, jak i autorowi. Szczególnie, jeśli przy tym ma się zasadnicze wątpliwości co do intencji, jakie kierowały Arturem Domosławskim podczas pisania biografii, która wedle Alicji Kapuścińskiej biografią miała nie być, ale też nie miała być hagiografią.

Nie odbierajmy nikomu prawa do odkrywania Ryszarda Kapuścińskiego na własny rachunek. Niekoniecznie przy pomocy książki Artura Domosławskiego.

A zatem pozwólmy zabrać głos oskarżonemu, Ryszardowi Kapuścińskiemu. Bo bodaj najcięższym i jedynym - według mnie - poważnym zarzutem, jaki postawił mu Artur Domosławski, jest pomówienie autora Jeszcze jednego dnia życia o konfabulowanie, sprzeniewierzenie się warsztatowi reportera, czyli jednym słowem, oskarżenie Kapuścińskiego o to, że nas czytelników w zamierzony sposób okłamywał. Jako świadomy nie-czytelnik książki Domosławskiego, do czego prawa nikt nikomu nie może odmówić, mogę jedynie przytoczyć to, co powiedział o swoich tekstach – właśnie: TEKSTACH – sam Ryszard Kapuściński.

Wychodzi na to, że przez te wszystkie lata autor Cesarza był po prostu źle odczytywany, skoro teraz co niektórzy zamierzają nawet zmieniać nauczanie o nim. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Sadzę, że bardzo znamienną odpowiedzią dla tej dyskusji, choć jest ich w dorobku Kapuścińskiego o wiele więcej, miedzy innymi film Filipa Bajona „Poszukiwany Ryszard Kapuściński” z roku 1998, będzie wywiad-szkic, jaki przeprowadził z nim Wojciech Giełżyński w roku 1978, jeszcze przed ukazaniem się Wojny futbolowej i Cesarza, a po Jeszcze jednym dniu życia. Ukazał się on pierwotnie w „Ekspresie reporterów”, a w 2008 roku został przedrukowany w tomie wydanych przez Agorę Dzieł zebranych mistrza: Wojna futbolowa. Postscriptum.

I – wbrew pozorom – jeśli chodzi o zawód reportera poglądy, refleksje, wspomnienia miał Kapuściński przez lata niezmienne, czego przykładem może być zdanie, które pojawia się w szkicu, a następnie niemal w identycznej formie pisarz powtarza we wspomnianym filmie: „Jest tyle rzeczy do załatwienia, żeby dostać się na front, a pierwszą linię, że w ogóle nie mam czasu myśleć o strachu, który mnie tam czeka.”
Zauważmy, że obie produkcje dzielą dwie dekady.

Jeśli nie-czytelnicy książki Domosławskiego nie mają prawa do ocenia jego książki, chociażby, po odłamkach, jakimi poraniła nie tylko najbliższe otoczenie mistrza, tak samo – jeśli mamy być uczciwi - nie-czytelnicy książek Kapuścińskiego – nie powinni po lekturze książki Domosławskiego oceniać dziennikarza XX wieku. Bo po prostu stawiają fałszywe tezy. Na przykład o tym, że Kapuściński stał na cokole pomnika. Kapuściński był gwiazdą reportażu, to prawda, ale moim zdaniem nigdy nie pchał się na pomniki.

Busz po polsku, Gdyby cała Afryka…, Kirgiz schodzi z konia, Chrystus z karabinem na ramieniu, Jeszcze jeden dzień życia, Wojna futbolowa, Cesarz, Szachinszach, Notes, Lapidaria, Imperium, Heban, Podróże z Herodotem, Prawa natury, Ten inny, Autoportret reportera, Rwący nurt historii, Dałem glos ubogim, Spacer poranny, O książkach, ludziach i sztuce, Nieznane zapiski, Zapiski szpitalne – ilu ludzi przeczytało ten zestaw książek i tekstów Kapuścińskiego, i o Kapuścińskim (a to jest prawdziwy fenomen – książki napisane niejako za Kapuścińskiego i o Kapuścińskim), i dodatkowo zapoznało się z innymi wypowiedziami pisarza, czy to w postaci wywiadów prasowych, wieczorów autorskich, czy też kiedy bywał bohaterem filmów dokumentalnych?

Ale wróćmy do wspomnianego szkicu, zatytułowanego: Czterokrotnie rozstrzelany, w którym Wojciech Giełżyński pisze na wstępie: „Pośród reporterów, którzy ostro, jak pierwsza liga (ale liga angielska) walczą o prestiżowe lokaty […] można rywalizować o miejsca od drugiego do trzydziestego. Co rok są przetasowania, ale „Kapusta” jest zawsze najwyżej, można by nim handlować w Peweksie, czyli za dolary.
No chyba, zazdrościmy mu: przeżyć i talentu ich opisywania. Ale to nie jest zazdrość zawistna. Pewnie dlatego, ze nigdy nie pcha się pod jupitery, jest jakby zakłopotany swoją popularnością, wyciszony, każdemu życzliwy.[…] Nawet plotki o nim są dobroduszne. Na przykład, że adoruje go cały pułk pisujących panienek, ale żadna nie okazała się na tyle wytrwałą, by dłużej niż półtorej godziny słuchać o różnicach taktycznych ugrupowań ZAPU i ZANU w ruchu wyzwoleńczym Zimbabwe.”

A zatem Ryszard Kapuściński na pewno był gwiazdą w latach siedemdziesiątych, lecz nie przypomina tu postaci z pomnika.

Następnie Giełżyński i Kapuściński na przykładzie ostatniej wówczas książki emigranta z Pińska, Jeszcze jednego dnia życia, dyskutują właśnie nad teorią reportażu, jakie są szkoły reportażu, co wolno reporterowi, a co nie, mówią, jak każdy z nich pracuje. Żałuję, że nie mogę przedrukować w całości tej części szkicu; w każdym razie w pewnej chwili Kapuściński zdradza: „Całą faktografię wojny [w Angoli] przekazywałem przecież dzień po dniu w korespondencjach dla agencji prasowej, więc swój obowiązek informacyjny spełniłem. Kiedy siadłem do pisania książki, nie zajrzałem nawet do tego pliku korespondencji, nie korzystałem z żadnych notatek, zaledwie kilku skrawków własnych depesz z Angoli użyłem w charakterze literackiego ozdobnika. Pisałem o tym, co mi się najmocniej wbiło w pamięć, nie bacząc na kalendarz, na szczegóły. Chciałem przekazać zapamiętany obraz wojny, być może tu i tam pomijając sprawy ważne, eksponując drugoplanowe, i to obraz najprawdziwszy, bo własny, przeżyty, utrwalony w moim osobistym doświadczeniu.”

Czy Kapuściński coś tu ukrywa, oszukuje? Książki po prostu pisze po godzinach swojej właściwej reporterskiej pracy. I są to po prostu książki, teksty, o czym za chwilę.

Wojciech Giełżyński zauważa:
„To są cechy literatury a nie dziennikarstwa.”
Na to Kapuściński: „To, jak się określa moje pisanie, zupełnie mnie nie interesuje. Nie zastanawiam się, czy to, co napisałem, jest reportażem, komentarzem, sprawozdaniem, literaturą, czy czymkolwiek innym. Chcę coś przekazać i w trakcie pisania staram się nadać relacji możliwie najlepszą formę. Piszę po prostu teksty i nie dbam, do jakiego należą gatunku.”
W.G.: „Ta koncepcja i mnie odpowiada, jednak do pewnej granicy: do granicy fikcji. Ona określa przedział między reportażem, a literaturą.”
R.K.: „Nie stosuję fikcji „wymyślonej”, nie potrafię nic wymyślić. Ale to, co się dzieje w moich odczuciach, nie jest przecież fikcją, lecz czymś niezwykle konkretnym, najprawdziwszym.”

Podczas wojny w Angoli, kiedy autor Jeszcze jednego dnia życia jechał na południe, o czym pisze w książce, pojazd, którym podróżował został ostrzelany.

W.G. pyta: „Czemu tej sceny nie opisałeś w Jeszcze jeden dzień życia?”
R.K.: „Myślałem, czy jej nie włączyć, ale popsułaby dramaturgię reportażu frontowego. Strzelanina była na początku. Tymczasem kulminacyjny punkt tragedii nastąpił później: śmierć Carlotty. Zrezygnowałem z opisu potyczki ze względu na prawidła konstrukcji, żeby nie było dwóch grzybków w tym barszczu. Koniec końców, to była banalna potyczka [a Carlotta była niebanalna – dop. S.J.], jakich co dzień rozgrywało się kilkadziesiąt. Co z tego, że akurat mnie tam mogli ubić?”
W.G.: „Zgadzam się, że w reporterskiej relacji trzeba często rezygnować ze smakowitych, nawet ważnych momentów, które jednaj nie <<siedzą>> w całości.”
R.K.: „Ja to nazywam obróbką rzeczywistości. Żeby bardziej podkreślić jej plastykę, jej wyrazistość, coś się odejmuje.”

Dalej Kapuściński deklaruje, że nie wymyśla, że gdyby umiał to robić, pisałby powieści.

Na to W.G. zdaje się jeszcze głębiej drążyć: „Czy dopuszczasz możliwość lekkiego zdeformowania biegu faktów, na przykład poprawienia chronologii dla uzyskania lepszego efektu poznawczego lub artystycznego?
R.K.: „Tak, można tak robić: rozbudować rzeczywistość, ale biorąc autentyczne elementy z tejże rzeczywistości. To czasem pomaga oddać jakiś głębszy sens. Wszystko zależy, jak się to robi, czy to siedzi w danych realiach, w klimacie, czy też jest sztuczne, wymyślone, zbujane. To się od razu wyczuwa. Czytelnik wyczuwa. Każde wydumane ozdobienie, upiększenie, dodanie grozy brzmi jak fałsz. Ale nie ma też sensu przesadzać z faktograficzną precyzją.”

Po czym Kapuściński czyni rozważania, między innymi, na temat amerykańskiej szkoły reportażu, gdzie reporter na miejscu zdarzenia ma za zadanie zebrać całą masę, nawet najdrobniejszych szczegółów, na przykład z jakiego materiału była zrobiona brama pałacu, a następnie przesłać je do centrali, gdzie sporządza się wycyzelowaną notatkę, depeszę, artykuł. On jednak uważa, „że zamulanie tekstu tysiącami szczegółów jest zbędne, chociaż nie wolno szczegółami gardzić, bo niektóre są bardzo ważne, czasem zasadnicze dla przekazania jakiegoś obrazu, sceny.”

Dalej Wojciech Giełżyński opowiada, jak pracuje w czasie reporterskiej podróży, że każdego wieczora, choćby nie wiem jak był zmęczony sporządza przez godzinę, półtora, bardzo szczegółowe notatki, z których potem może zaledwie jedna dziesiąta zostanie wykorzystana w napisanym tekście. Kapuściński odpowiada: „To i ja chciałbym robić, ale nie mam czasu. Wykonuję właściwie dwa zawody: korespondenta i reportera. Ten pierwszy jest ważniejszy, bo po to jeżdżę, żeby nadawać wiadomości, pisanie reportaży jest moim zajęciem na wpół prywatnym. Wieczorne notatki – to są moje codzienne depesze do PAP. Jestem ten „czarnoroboczyj” korespondent agencyjny, z tej najczarniejszej armii pracy, jaka jest w dziennikarstwie . Dzień w dzień muszę zebrać materiał, usiąść i napisać go na maszynie, potem sperforować na teleksie, jeśli mam teleks, potem doczekać się łączności z Warszawą – i rano jestem nieprzytomny, i jeszcze nie mam pewności, czy ten materiał w ogóle doszedł do centrali. Jeżeli to się powtarza następnego dnia, następnego i następnego, to ja już nie mam siły, żeby jedno słowo zapisać dla siebie.”

Następnie Kapuściński opowiada o cenzurowaniu przez samego siebie swoich niektórych wiadomości, dlaczego to robi, że bywają przechwytywane przez innych, może przez wywiady, itd. - bardzo ciekawe wywody, zachęcam do lektury; choć być może jedynie pośrednio wpisują się w temat niniejszego artykułu, to przecież tło jest jakże ważne dla pracy Kapuścińskiego jako korespondenta wojennego.

Mamy i powrót naszego bohatera do wczesnych wierszy. Tak je wspomina:
„…Pisałem bardzo złe wiersze, w bardzo zresztą złym okresie startowałem, na szczęście nie wydałem żadnego tomiku. Na szczęście, bo mógłby teraz to ktoś wyciągnąć i miałby zabawę. Odszedłem szybko od poezji, to był taki rodzaj produkcyjnej majakowszczyzny, schodkami się pisało i z patosem.” Identyczne słowa padają 28 lat później, w… 2006 roku, podczas wieczoru promocyjnego tomiku wierszy Prawa natury.

Z tego co słyszę, najwyraźniej Artur Domosławski postanowił się zabawić. A przy tym mówienie, że coś odkrywa, że biografia jego autorstwa jest demaskatorska, jest moich zdaniem mało prawdziwe. Po prostu idzie o krok dalej, niż wielu miłośników i znawców twórczości mistrza chciało pójść.

I jeszcze coś o niby pomnikowym Kapuścińskim:

W.G.: „Jesteśmy widocznie nabzdyczone smutasy. Ja z urodzenia, ty od tych swoich rozstrzeliwań. Dziwne, ze nie wpadliśmy w alkoholizm.”
R.K.: „Ale wypić lubimy. I inne miłe rzeczy lubimy.”
[…]
W.G.: „No to napijmy się.”
R.K.: „Nie mogę. Antybiotyki. Jeszcze się leczę z afrykańskich świństw.”

Zawiodło niestety autora tomu reportaży Kirgiz schodzi z konia najprostsze, trzecie z odkrytych przez niego praw: „należy ufać ludziom. Trzeba wierzyć każdemu człowiekowi, którego się spotyka.” Każdemu, byle nie Domosławskiemu. Okazało się nieprawdą, że „Jeśli nawet [człowiek] jest całkowicie zdemoralizowany, to odezwanie się do jego dobrej strony przynajmniej go zneutralizuje.”

I tak o to z wolna zbliżamy się do zakończenia szkicu autorstwa Wojciecha Giełżyńskiego. Coś o samotności.

R.K.: „Umiejętność życia w samotności, oswojenia samotności, jest najtrudniejszą rzeczą w zawodzie reportera.”
W.G.: „Z upływem lat ona doskwiera coraz mocniej. Zaczyna się czuć, ze samotność jest czymś jedynie realnym.”
R.K.: „Coraz trudniej ją oszukać krótkotrwałymi przyjaźniami, chwilami euforii, przypadkowym wesołym towarzystwem albo sensacyjną przygodą .”

I jeszcze coś, co Kapuściński również bardzo często powtarzał: „Ja nie wierzę w możliwość zupełnie chłodnego opisywania spraw, które się dzieją, bez osobistego ich udziału, bez wewnętrznego przekonania, ze tym opisywaniem coś próbuję zmieniać.”

„Nie ma obiektywnego opisu” – chciałoby się za mistrzem spointować – i jeszcze raz przypomnieć, jaką wagę przywiązywał do roli pamięci i co napisał o pamięci. A że czasami mogła go zawieść. Każdy jest tylko i aż człowiekiem. Najważniejszy człowiek – to tytuł jednej z jego fotograficznych wystaw. Nie zapominajmy o człowieku, o Kapuścińskim-człowieku, o którego urodzony w Pińsku pisarz i reporter zawsze walczył. Niezależnie od tego, że „człowiek człowiekowi wilkiem”.

Nie wiem, jakie konkretnie zarzuty postawił Kapuścińskiemu Domosławski. I nie chcę wiedzieć. Może dlatego, że – z tego co do mnie dociera i o czym już wspominałem – nie są one albo wcale takie odkrywcze, a w wielu przypadkach, bywają w ogóle bezzasadne. Po pierwsze wynika to moim zdaniem z niniejszego testu, a po drugie…

Kilka lat przed ukazaniem się najnowszej książki Domosławskiego (i za nim jeszcze zgłębiłem w całości jakiekolwiek dzieło mistrza z Polesia) przeczytałem w Internecie bardzo nieprzychylny Kapuścińskiemu, wręcz napastliwy artykuł wytykający błędy merytoryczne autorowi Szachinszacha. Niestety nie wiem, nie pamiętam, kto był autorem wspomnianego tekstu, tak jak i nie pamiętam jego szczegółów, poza tym, że było, między innymi, o Szachinszachu. Nie przeszkodziło mi to jednak w rozsmakowaniu się w owej całej liście tytułów, które wymieniłem we wcześniejszej części tekstu, i w przeżyciu wspaniałej intelektualnej przygody.

Ale potem miałem jeszcze szczęście przeczytać wpis w Dzienniku pisanym nocą Gustawa Herlinga-Grudzińskiego i jego śladem sięgnąć po książkę Egona Naganowskiego Robert Musil. I tam znalazłem odpowiedź dla tych wszystkich – krytyków Ryszarda Kapuścińskiego. Oto co wówczas zanotowałem w moich notatkach:

Robert Musil [który również, daleko przed Kapuścińskim, pisał o rozpadzie imperium]: „Co bowiem w literaturze uchodzi za psychologię jest czymś innym niż psychologia, podobnie jak literatura jest czymś innym niż nauka”. I dalej [z moją dedykacją dla niektórych krytyków Ryszarda Kapuścińskiego (choćby jego Autoportretu reportera i Szachinszacha)]: „…literatura nie jest źródłem wiedzy ani poznania.
Wszelako literatura opiera się na wiedzy i poznaniu. I to oczywiście zarówno odnośnie świata wewnętrznego, jak i zewnętrznego.”

„Prawdziwa literatura różni się od literatury powszedniej od razu swą innością: gęstością związków (ich jednorodnością), czystością kształtu (surowością formy), unikaniem wszystkiego, co zbędne (szukaniem najkrótszej drogi), wielkością języka (pisarza można poznać często już po jednym słowie); jeśli po osobie wchodzącej do pomieszczenia poznajemy od razu, iż mamy do czynienia z osobistością, to podobne uczucie ogarnia nas już od pierwszej strony książki; poza tym jednak dochodzą takie cechy, jak narracyjność, napięcie, dzianie się, pasjonujące środowisko itd.”

I ja na takie definicje przystaję, i myśląc o nich mam przed oczami Ryszarda Kapuścińskiego w swojej magicznej pracowni, za której prapoczątkami stoi niezrównana Kuba.

Powinniśmy zastanowić się, jeśli koniecznie chcemy Kapuścińskiego zakwalifikować na siłę do jakiegoś gatunku, czego my właściwie od niego wymagamy, jeśli ciągle pamiętamy, że na przykład w jednym z pytań Wojciecha Giełżyńskiego widać wyraźny rozdział, konflikt między reportażem, a literaturą?

Ja po prostu wymagam od Kapuścińskiego dobrych książek, tekstów, i autor Lapidariów moje oczekiwania w pełni zaspakaja.



Sławomir Jankowski itinerarium.bloog.pl 9 marca 2010

Data: 2010-03-10

Dodał: Cesarz

Tytuł: Dziękuję

Bardzo dziękuję panu. Nie zamierza czytać gniotów o Kapu młokosów trzepoczących rzęsami. Jeżeli Świat Książki jest domem publicznym, to Torańska jest burdelmamą, Szwed alfonsem, a A.D. przydupasem.
Dzięki panu zacząłem kupować Nową Europę Wschodnią, bo przynajmniej tam pracują ludzie honoru.

Data: 2010-02-26

Dodał: Wojtek

Tytuł: A ja czytałem Domosławskiego

I uważam, że to bardzo dobra, rzetelna książka. Co więcej - napisana z taktem i życzliwością dla Kapuścińskiego.
Protesty i oburzenia przeciw tej biografii pachną mi zwykłą dulszczyzną. Wstyd!

Data: 2010-02-26

Dodał: wojtek

Tytuł: Re:A ja czytałem Domosławskiego

Przepraszam, komputer mi się zawiesił, myślałem że ten wpis poszedł "w kosmos" - i wpisałem się raz jeszcze jako "wiktor szczęsny". Te dwie opinie proszę potraktować jako jedną.

Data: 2010-02-25

Dodał: Kinga

Tytuł: Zdrajcy depozytariuszami prawdy?

Obalić autorytet w imię "prawdy" - tym razem padło na R. Kapuścińskiego - to druga taka akcja w ostatnich miesiącach.

Nie mogę się oprzeć skojarzeniom ze sprawą K. Piesiewicza - w obu przypadkach depozytariuszami tzw. prawdy o autorytetach są ludzie, którzy ich zdradzili. Panienki wątpliwej reputacji, potajemnie nagrywając senatora w jego własnym domu, a potem rozpowszechniając filmidło, a Artur Domosławski - nadużywając, jako przyjaciel, zaufania R. Kapuścińskiego i jego rodziny, by poznać sekrety swego mentora, a potem je upublicznić.
A wszystko tak naprawdę - w obu przypadkach - dla merkantylnych korzyści - czy to wyłudzenia 500 tys. zł, czy też zarobienia na książce (i zyskania pieniędzy, i zdobycia popularności).
I jeszcze ten uproszczony ogląd świata, który wielu z nas, oszołomionych medialną papką, niestety kupuje - że prawdy o człowieku należy szukać w taniej sensacji, błędach, potknięciach, insynuacjach, choćby kilkuminutowej migawce z jego życia - byle była sensacyjna - a nie w kilkudziesięcioletnim dorobku.

Data: 2010-02-24

Dodał: galopujący major

Tytuł: W końcu

Nareszcie, ktoś napisał (może o wiele ostrzej, niż ja o tym, myślę) o dziwnej manierze zaglądania, nie tylko do sypialni, osobom, tylko dlatego, że owe osoby pisały świetne książki. Bo czytelnik tego wymaga.

Z całym szacunkiem, ale czytelnikowi Kapuściński dobrze już robił swoją lekturą, a jego życie prywatne to sprawa jego, jego żony i jego córki. I wara reszcie od tego.

Sprawę owej "lustracji", skoro mleko się już rozlało, można oczywiście wyjaśnić, ale co do tego mają prywatne losy jego rodziny, którą się teraz krzywdzi?

Data: 2010-02-24

Dodał: Biografia według instruktaży brukowców?

Tytuł: Re:W końcu

Myślałam, że Artur Domosławski to poważny dziennikarz - i za takiego zapewne sam chciałby uchodzić. Jeśli tak, to dlaczego posługuje się metodami tabloidów? Epatowanie sensacyjnymi wieściami o życiu erotycznym R. Kapuścińskiego czy opisywanie jego relacji z córką, czyli włażenie z buciorami w czyjeś najbardziej intymne sfery życia, to działanie wedle instruktaży obowiązujących w brukowcach. A wszystko - rzecz jasna - w szczytnym celu pokazania prawdy. Bo tej nie należy szukać w dorobku życia człowieka, ale w błocie, jakim uda się go obrzucić.

Data: 2010-02-24

Dodał: Piekny Antek

Tytuł: Nie dajmy odebrac sobie radosci czytania (czesto ponownie) czytania ksiazek Pana Ryszarda Kapuscinskiego!

Szanowny Panie Popowski!

Z calym szacunkiem dla Pana, Panie Popowski ale wydaje mnie sie, ze Pan popelnil blad dyskutujac w jakims sensie z autorem tej ksiazki!
Sa pewne granice , ktorych przyzwoity czlowiek przekroczyc nie moze a autor tej ksiazki je przekroczyl! I nie mam tu na mysli informacji opartych na aktach IPN-u czy SB.
Chociazby ze wzgledu na szacunek dla Pani Kapuscinskiej , nie mowiac juz o podstawowej przyzwoitosci, pewnyh spraw z zycia osobistego innych ludzi nie wolno wyciagac na swiatlo dzienne a szczegolnie jezeli sa to informacje o osobie zmarlej!
Sa „ludzie“ na tym swiecie jak to juz kiedys na swoim blogu napisal Pan Jacek Palasinski, ze nazwiska ich nie wymienia sie i autor tej ksiazki do nich nalezy!
Czytac takie ksiazki mozna i nawet jest wskazane, zeby przekonac sie jak nisko trzeba upasc publikujac takie informacje.
Proponuje tylko, zeby kto chce przeczytac ta ksiazke, poinformowal innych chetnych , ze ja ma i puscil ja w obieg. W ten sposob mozna zapobiec bogaceniu sie......

Nie dajmy odebrac sobie radosci czytania (czesto ponownie) ksiazek Pana Ryszarda Kapuscinskiego!

Kto nie szanuje kobioety a szczegolnie starszej niewinnej kobiety, ktorej na starosc odbiera sie spokoj, radosc zycia i te ostatnie lata zamienia sie w koszmar – dolikatnie mowiac nie zasluguje na szacunek!
Napisalbym ostzrej i nazwal rzeczy po imieniu ale mi sie nie chce.

Piekny Antek.

Wyszukiwanie

Obiecujemy starać się spełniać to oto piękne wezwanie:

Panie zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.

Św. Tomasz z Akwinu




Od redakcji 

Redakcja uprzejmie informuje, że wszystkie opublikowane w witrynie artykuły mogą być komentowane wyłącznie za zgodą Autora tekstu. Stosowny odnośnik do zbiorczej strony na korespondencję jest pod każdym artykułem, którego Autor nie życzy sobie komentarzy "pod spodem". Komentarze nie są cenzurowane merytorycznie, jednakże  sformułowania rasistowskie i antysemickie oraz wulgaryzmy i drastyczna "mowa nienawiści" są usuwane. Nie przyjmujemy komentarzy ani listów anonimowych (minimum jawności: podanie nazwiska i adresu piszącego do wyłącznej wiadomości redakcji). 

Osoby, pragnące na naszych łamach opublikować artykuł, proszone są o nadsyłanie dokumentów w postaci edytowalnej (czysty tekst lub dokumenty Worda albo OO) na adres studioopinii@gmail.com. Pod tym samym adresem prosimy kierować wszelkie uwagi o witrynie i listy do redakcji.

Informujemy uprzejmie, że ta witryna nie jest blogowiskiem, lecz redagowaną gazetą internetową.

Nieliczna redakcja zmuszona jest do wyboru licznie nadsyłanych tekstów i nie jest w stanie każdorazowo uzasadniać decyzję nie wykorzystania nadesłanej propozycji. Decyzja z praktycznych względów musi być ostateczna i nieodwołalna, dyskusji na ten temat nie zdołamy prowadzić.

Redakcja zastrzega sobie prawo zmian formalnych w zaakceptowanym do publikacji tekście, w szczególności dodania śródtytułów, zmiany tytułu, koniecznych zmian stylistycznych, gramatycznych i ortograficznych oraz doboru ilustracji – z braku czasu i mocy przerobowych - bez uzgadniania z Autorem. Redakcja zobowiązuje się nie wypaczać myśli Autora.

 

 

 

 

Ernest Skalski poleca swój esej

BIEDNI I BOGACI III RP

 

Nowa pozycja: esej Mirosław Malcharek: 

Apage, satanas

Z notatnika amatora-egzorcysty

Clip to Evernote