Stefan Bratkowski: Za daleko w stronę Carla Schmitta
Całe napięcie, które owładnęło polską scenę polityczną, zostało zorkiestrowane wcześniej: wódz PiS parę miesięcy temu zapowiadał, że Tusk ze swoim rządem nie przetrwa jesieni. To on wiedział najwcześniej o dwuznacznych znajomościach i podejrzanych rozmowach współpracowników premiera. I wszystko dzieje się zgodnie z planem. Zgodnie z filozofią uprawiania polityki, którą wódz był obrał.
Już samo przywołanie nazwiska twórcy tej filozofii było, zauważmy, czymś zdumiewającym. Myślałem, że to chwilowa fascynacja, że może nie doczytał. Miałem nadzieję, że uda mi się przestrzec ludzi tej wyobraźni. Uprzedzałem, że nawet zarządzanie historią nic tu nie pomoże. Ktoś wszystko zapisze.
Carl Schmitt, nauczyciel intelektualny hitlerowców, były członek NSDAP, były hitlerowski radca stanu od 1933 r., w ciągu 40 lat życia po wojnie nie doczekał się, by jakiś uniwersytet niemiecki zaproponował mu katedrę. Zapomniano go, a jego poglądów nie zrehabilitowano nigdy.
Trzeba raz jeszcze przypomnieć, co głosił w latach dwudziestych XX wieku, skoro odgrywa to aż taką rolę w naszym życiu politycznym. W skrócie zatem: politykę wyznaczają wrogość i sojusz. Polityka nie polega na współpracy, lecz na wrogości i ciągłej walce, stosunki układa się wedle potrzeby chwili, obracając dzisiejszego wroga w sojusznika i na odwrót. Władza decyduje o tym, co obowiązuje – bez względu na prawo; „interes państwa jest czymś więcej niż związanie normą”, pisał Carl Schmitt, uzasadniając swój „decyzjonizm”. „Porządek konkretny”, jaki narzuca władza, jest wyższy nad porządek prawny, praktyka zaś wedle Schmitta dowiodła wyższości teorii bezpośredniego przymusu. Schmitt, co więcej, odrzucał władzę obliczalną i przewidywalną dla obywatela, który by chciał wiedzieć, czego się spodziewać; Schmitt był też przeciw parlamentaryzmowi, błędnie utożsamianemu z demokracją. W jego rozumieniu demokracja nie potrzebuje parlamentu, który może dać władzę „niesłusznej” większości.
Na marginesie takiej perspektywy świata zrodziła się w Polsce niezależna z pozoru od polityki, choć najgłębiej w niej zanurzona doktryna sukcesu w mediach, doktryna oglądalności poniektórych telewizji i czytelnictwa gazet - „co dzień nowy konflikt”, „co dzień nowa awantura”. Premiuje ona wrogość i ją dopinguje. Z pychą tworzenia postaci politycznych (jak Leppera) i pogrążania ich, gdy fabuła wydarzeń proponuje taką atrakcję. To nie wynikło tylko z ambicji niedocenionych gwiazd intelektu i dziennikarstwa. To koncepcja. Wredna z punktu widzenia interesu publicznego. Sensacją dla tych mediów nie jest wielkie osiągnięcie, ani wielki człowiek. Jeśli wielki człowiek, to co najwyżej skopany jak Polański, skopany z satysfakcją poniżenia większych od siebie i – najogólniej – mówienia źle o innych. O wszelkich innych. Nie ma niczego dobrego, wartego uznania. Kiedy Parlament Europejski obrał Buzka przewodniczącym, natychmiast usłyszeliśmy, że teraz to nie wybiorą nam Cimoszewicza. Przykrość za dobrą wiadomość. Jeśli media tchną kompleksami niezaspokojonej ambicji, to nie indywidualnymi tylko. Rządzą, a król musi mieć rację.
W efekcie media tracą wiarygodność. Przestaje się je traktować serio. Nie myślę o dziennikarzach lizusach i krypto-rzecznikach prasowych, o których z góry wiadomo, co powiedzą lub napiszą. W poprzedniej fazie panowania doktryny obserwowałem różnych młodszych, a wybitnych kolegów po fachu, którzy w jej imię ograniczali się do komentowania meczów polityki, w praktyce - awantur. Podziwiali nawet faule. Wszystko w kategoriach skuteczności. Pasjonował ich, zgodnie z doktryną, konflikt – skoro w ich pojęciu pasjonował odbiorców, robił nakład, „słuchalność” i „oglądalność”. Dziś jednak sami poszli dalej – zostali partnerami rozgrywek. Należąc już do klasy politycznej, sami atakują, kłócą się, sądzą, w rolach śledczych i sędziów na ekranach i szpaltach. Przykład - młodzi ludzie, którzy nie odpytywali, ale przesłuchiwali premiera, z tak nieskrywaną zajadłością w twarzach, jakby mieli do czynienia z przeciwnikiem do pokonania. Wzory nadaje uwielbiona Barbara Walters z jej chamskiego okrucieństwa pytaniami, zadawanymi czekającemu na śmierć aktorowi. Ale dziś widz, czytelnik, słuchacz, zaczyna się już orientować, z kim ma przyjemność. Słyszę po sklepach – „co się z nimi porobiło”. Nie o politykach. O dziennikarzach.
Państwo, odbudowywane po latach zerwania ciągłości cywilizacyjnej, przestało ich obchodzić. Tworzyliśmy wolną Polskę także dla jednej czwartej tych, którym się nie udaje, którzy nie umieją się urządzić, którzy nie wiedzą, jak sobie zorganizować pomoc wzajemną, zdobywanie wiedzy i umiejętności, jak ożywić ruch czytelniczy, własne systemy oszczędnościowe i ubezpieczeniowe, reaganowskie spółki pracownicze i spółdzielnie budownictwa mieszkaniowego. A także jak zagospodarować swój groszowy pieniądz, by rósł na solidną podstawę bytu. Ale kogo to obchodziło? Choć było jasne, że ktoś inny zajmie się tą jedną czwartą, ktoś wrogi nie tylko demokracji, ale nawet naszej niepodległości - jakaś kremlowska agentura wpływu w rodzaju Radia Maryja, szczująca przeciw NATO, przeciw Unii Europejskiej, bezkarna moralnie i politycznie, której poparciem stoi PiS. Nikt już nie zastanawia się nad możliwą powszechną edukacją demokratyczną i społeczną poprzez media publiczne, poprzez gazety, bo niby po co? Media skupiły się na teatrze władzy, najłatwiej dostępnym, najmniej wymagającym, z atrakcjami walki szybkiej, łatwej i nieprzyjemnej. W obrębie zaś klasy politycznej wszystko uchodzi i wszystko się wybacza – polityczni właściciele doprowadzili do bankructwa nawet „Ekspres Wieczorny” i dopiero po latach Witold Gadomski z młodszymi kolegami opisali ich machinacje z nieruchomościami na skalę wielu milionów zł. Opisali historię istnej mafii polityków-kombinatorów z Porozumienia Centrum, którzy na dobitek sami, objąwszy władzę, umorzyli sobie długi wobec Skarbu Państwa. W innych mediach o tym cisza. Nie wypadało? Nie wypada?
Przed stu laty strategią Ochrany było skłócanie Polaków - z Żydami, i między sobą. Podobnie w interesie Kremla (tak w roku 1956, jak i w latach osiemdziesiątych XX wieku) był wzajemny przelew krwi w Polsce. Ówcześni zadzierzyści „niepodległościowcy”, namawiający do walki zbrojnej, wyglądali na sowieckich agentów. Paru z nich zresztą było agentami. Jeden z nich przemawiał 11 listopada w imieniu KPN od Grobu Nieznanego Żołnierza. Dlatego w doktrynie polityki jako stałego konfliktu w Polsce zamiast współpracy podejrzewam obce interesy. Tak też rozumiałem i rozumiem ów partyjny program walki z elitami, z inteligencją, program wymiany elit, obalania autorytetów. To nie samo jędrne, nietłumaczalne, bolszewickie „dałoj gramotnyje”. Brutalnie poniżano, dla demonstracji siły i przemocy, bezbronnych najwybitniejszych. Ziobro bez sądu potępiał publicznie wielkiego kardiochirurga, wyprowadzanego w kajdankach z miejsca pracy przez zamaskowanych bandytów – w efekcie artysta zawodu wiele miesięcy nikogo nie operował. Tak też aresztowano znakomitego neurochirurga. Do więzienia wsadzano mistrzów chirurgii kręgosłupa. Ich ręce, ratujące życie lub zdolność normalnego życia, jako dobro publiczne wymagają specjalnej wręcz opieki, a niewykonane operacje kosztowały życie lub kalectwo tych, których mogli uratować. Nie było wrzawy medialnej nad faktem, że transplantacje na długo zamarły. Iluż to ludzi zmarło na Ziobrę! I co? Ziobro występuje w telewizjach jak gdyby nigdy nic. On osądza i ocenia. Były zadymiarz, Mariusz Kamiński, wykonujący te operacje, nie odpowiada za nic. Nie czuje się kłamcą, ani przestępcą.
Powtórzę po raz nie wiem który: specjalna formacja „do ścigania korupcji”, powołana ad hoc, z dobranych amatorów, oddana swojemu awanturnikowi, przypomina taką samą, w takim trybie powołaną, z reportażu Sobańskiego o hitlerowskim Berlinie roku 1933. Miast uformować wyspecjalizowany pion policji (po oczyszczeniu jej samej z korupcji, jeśli już, metodami z „Przełomu” Brattona), stworzono formację policji politycznej PiS, jego Sturmabteilungen, SA. Kiedy usłyszałem od wodza nieoczekiwany zwrot, że PiS „maszeruje do władzy”, pojąłem, na ile wnikliwie studiował epokę Schmitta, by podświadomie kojarzyć to z „SA marschieren…”
CBA, zamiast wykrywać, samo korupcję produkowało. A było trzeba, swoją drogą, wyjątkowej moral insanity, by sięgać do strefy intymnej - uwodzić kobietę dla jej skorumpowania. Teraz „Romeo” zażywa dyskrecji i co najwyżej budzi rozbawienie. Nie zauważyłem w mediach, by tę metodę, wyjątkowo niegodziwą, a należącą do „warsztatu” CBA, ktoś wytknął jej szefowi. Skąd ta wyrozumiałość? To było takie zabawne?
Iście faszystowskie bojówki, zmontowane z ludzi różnej proweniencji (podobno z ABW - ale kto ich wie?), w akcjach programowych CBA napadały w kominiarkach prywatne mieszkania bezbronnych ludzi, którzy, wezwani do prokuratury, na pewno złożyliby zeznania. Chodziło o popisy przemocy, o propagandowy teatr zastraszenia. Tak szło by to dalej: dostęp do zapisów chorób w ZUS-ie miał wzbudzić strach nawet w tych, którzy nie mają żadnych pieniędzy, ale źle myślą. Rozbudowa instytucji przemocy, z bronią palną dla policji skarbowej (!), to nie ambicje urzędników, to był program polityczny.
Dowódca tych wszystkich operacji zbędnej przemocy i nadużyć prawa, formalnie podwładny premiera, dziś z tupetem przywódcy politycznego atakuje szefa rządu insynuacjami, pewny ochrony ze strony swego wodza, który sam sterował taką operacją wobec Barbary Blidy. To źródło dla mnie dość zasadniczego niepokoju. To coś więcej niż Haider na horyzoncie. Zbyt daleko zaszliśmy w stronę Carla Schmitta. Także w mediach. To nie zbieg okoliczności. Jakim prawem TVN24 transmitował sądowe zeznania owej kobiety uwodzonej dla skorumpowania? Nie chodzi o jej krzywdę, to mogło nawet jej sprzyjać. Ale - wszystko już wolno? Co to za obyczaje? Sami sądzimy, sami wyrokujemy? Jak w sprawie Polańskiego – wyrokiem sondażu wśród ludzi nie doinformowanych? Wszystko uchodzi?
Goebbels uczył, że należy się powoływać na demokrację, operować językiem demokracji, dopóki nie zdobędzie się władzy. Hitler zdobył władzę w trybie demokratycznych wyborów. Joerg Haider także, choć bez takich następstw. My też w trybie demokratycznym oddaliśmy władzę ludziom, którzy czują się obco w demokracji, którzy rozwijali obstrukcję wobec Unii Europejskiej, obojętni wobec interesu Polski, a lubują się, jak obserwowaliśmy, w przemocy. Dziś znowu próbują destabilizować państwo, kiedy Polska dopiero wychodzi z napięć światowego kryzysu ekonomicznego, zaś ogrom spraw trudnych ma przed sobą. Wspomagają ich media. Udają, że nie widzą. Nie pytają wodza o jego stosunek do demokracji, do ideologii Carla Schmitta, do przemocy jako narzędzia władzy. Nie zapytały również, kiedy Mariusz Kamiński raportował mu o podejrzanych kontaktach paru ludzi Tuska.
Pisze to człowiek, który ma wiele różnych zastrzeżeń wobec rządu, ale wytyka je nie po to, by go obalać. To są ważne i trudne lata, a dobra kondycja rządu to nasz wspólny polski interes. Opinia publiczna w Polsce – proszę mi wierzyć - premiuje gotowość współpracy, a nie konflikt. Ci, co próbują właśnie teraz coś ugrać na boku dla siebie, atakując rząd wodzowi dla towarzystwa, to jak u Szymona Kobylińskiego – mała ryba płynie obok rekina, mówiąc: „pan go pożre, ale pozwoli pan, że ja go przedtem kopnę”. Projektowany ewentualny kandydat na prezydenta (jestem za premierem Tuskiem, przeciw prezydenturze Tuska, dla jasności) z kilkunastu procent poparcia zjechał do kilku. Za to.
Tagi:
Tematy do dyskusji: Stefan Bratkowski: Za daleko w stronę Carla Schmitta
—————
—————
—————
—————
—————
—————
—————
—————
—————
O nas...
Do redakcji można pisać
na adres studioopinii@gmail.com
Cytat, który obiecujemy brać pod rozwagę:
Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Św. Tomasz z Akwinu
Komunikat: Redakcja informuje uprzejmie, że w żaden sposób nie cenzuruje merytorycznie komentarzy do artykułów. Jedyna ingerencja może polegać wyłącznie na ewentualnym usunięciu słów powszechnie uznawanych za obelżywe lub nieprzyzwoite oraz "mowy nienawiści". System zarządzania witryną (niezależny od nas) jest jednakże skonstruowany w taki sposób, że niektóre wpisy pojawiają się niekiedy z opóźnieniem, czasami - z nieznanych nam przyczyn - znacznym. Choć nie ma w tym naszego działania - przepraszamy zirytowanych. Jednocześnie informujemy, że większość nowych tekstów ukazuje sią najpierw na górze strony głównej, w dziale OSTATNIO NADESŁANE, by nieco później - na ogół następnego dnia - trafić do właściwego działu merytorycznego. Komentarze wpisane do OSTATNIO NADESŁANYCH nie są ze względów technicznych przenoszone w nowe miejsce.
| POLECAMY | |
|
Dołączył do nas Jan Winiecki. Szukajcie jego felietonów w prawej szpalcie. Sławek Popowski: kapitalny esej o Gorbaczowie; arcyciekawe! Stefan Bratkowski zastanawia się: czy możemy zbudować solidny ustrój Na stronie KULTURA uruchamiamy rubrykę PRÓBY LITERACKIE. Czytajcie Mikołaja Fajfera. W witrynie pojawiło się Ilustrowane Radio Niny Nowakowskiej. Obejrzyj, posłuchaj! Chcesz zostać dziennikarzem? Nie wiesz, jak pisać? Poczytaj rady fachowca... Ważne przemyślenia George'a Friedmanna: prognoza na nasze stulecie Zajrzyj do działu CYWILIZACJA. Jest co poczytać i obejrzeć! Obejrzyj naszą telewizję (tak, tak - uruchomiliśmy własną). A w niej gościnnie EuroparTV! Nie wiesz co to? Ważny tekst dr Andrzeja Ehrlicha o (nie)sprawności zarządzania w Polsce. Są przykłady! Dr Ehrlich pisze także o pracy tłumacza
|
|
|
PONADTO... |
|
|
Stefan Bratkowski otworzył nowy cykl błyskotliwych porad dla tych, którzy nie wiedzą, że nic się nie da zrobić |
|
|
Jacek Pałasiński podejmuje gorący temat o gazie |
|
|
Ernest Skalski o Gorbaczowie
|
|
|
Sławomir Popowski |
|
|
Aleksander J. Wieczorkowski demoluje Telekomunikację Polską oraz Netię |
|



