Stefan Bratkowski: Zdemaskować reportera
Wielkość w ogóle trudno się znosi, nie tylko w Polsce, choć u nas ponoć najciężej. Trzeba zrozumieć demaskatora. Zaprzyjaźnia się z wielkim człowiekiem, wchodzi do niego do domu, ale odkrywa, że to po prostu normalny człowiek, a w takiej sytuacji nie da się strawić jego wielkości. Dlatego nie można wymagać, by najpierw przybliżył nam po śmierci Kapuścińskiego jego twórczość. Cudza wielkość rani, kole, uwiera, nie można się dziwić, gdy ból ambicji własnej każe ją zdemistyfikować, odrzeć ze światowego na dobitek uznania i sławy. To naturalne. Pochwały dla „biografistyki” demaskatora świadczą, że to uczucia bardzo częste, prawie powszechne.
Jak odebrać chwałę reporterowi? To proste: trzeba mu odebrać wiarygodność, zaufanie czytelników i wydawców. Ukazać, że Kapuściński koloryzował, mitologizował, upiększał, słowem, zmieniał opisywaną rzeczywistość. Nawet w szczegółach się mijał z prawdą, jak z tym sikającym pieskiem w „Cesarzu”. Nieważne, że to w ogóle nie reportaż, a wielka metaforyczna proza, wymierzona nie w cesarza Etiopii, lecz w nasz własny, a tym bardziej radziecki, ówczesny ustrój – na etiopskiej kanwie. Piesek się liczy. Z „Szach-in-szacha” usunął Kapuściński CIA, na pewno ze strachu, że CIA w rewanżu zdemaskuje go jako agenta wywiadu PRL; nieważne, że i to dzieło nie dotyczyło wcale samego tylko Iranu. Jeśli ma się zdołować Kapuścińskiego, wolno nie rozumieć, czego dotyczyła ta proza.
Słyszę, że demaskator nie chciał demaskować… Ale sam tytuł książki – „Kapuściński non-fiction” – odsłania zamiar. Zamiar dużego formatu. Robić twórcę własnego mitu z człowieka bezpośredniego, bezpretensjonalnego, prostego w sposobie bycia – to swoisty wyczyn, dowód wielkich ambicji, na miarę Kapuścińskiego, żeby się na nim podwieźć do sukcesu.
Tak, trzeba demaskatora zrozumieć. Podziwiam, jak zręcznie i do końca potrafił omijać mój numer telefonu, telefonu człowieka, który przyjaźnił się z Ryśkiem 50 lat, czy telefonu Sławomira Popowskiego, u którego w Moskwie Kapuściński mieszkał przez dwa lata, zbierając materiał do „Imperium”. Omijał demaskator owe telefony, bo mógłby dowiedzieć się czegoś psującego słuszną perspektywę - a ileż pracy włożył w zebranie tylu chętnych, słusznych wypowiedzi, nawet takich przyjaciół, co to znali Ryśka przed 60 laty rok, dwa, w szkole! Znali słusznie. Na tyle, by wspólną dziecinność mianować „cynizmem”.
Dowiedzieliśmy się o „współpracy” Ryśka z wywiadem PRL. Nie pierwszy raz, Newsweek już chyba ze dwa lata temu objawiał wiedzę o „teczkach”, w których, jak się okazało, nic nie było. Dlaczego nie było? W roku 1959, po moim reportażu o Polskiej Agencji Prasowej, zaprosił mnie, jednego z rozbitków „Po prostu”, na rozmowę naczelny PAP-u, Hoffman. Spytał mnie, jako operującego językiem angielskim, czy bym nie miał ochoty na pracę korespondenta zagranicznego. Nie miałem, interesował mnie Kraj, ale nim odpowiedziałem, Hoffman dorzucił, że przy wyjeździe korespondent musi podpisać taki, wiecie, no, papier. Kiedy zobaczył, jak mnie to spłoszyło, pomachał ręką:
- Nie, nie, mylicie się… Kiedy kogoś wysyłam, odbywam z nim rozmowę i wbijam mu w głowę, żeby dobrze zapamiętał, że nasz korespondent nie może podejmować żadnej współpracy z wywiadem, bo w razie jej wykrycia stracimy placówkę i nikt już więcej tam nie dostanie akredytacji. Ten podpis to tylko formalność. Możecie zapytać swoich kolegów, którzy u nas pracują…
Pytałem. Tak było, jak mówił Hoffman, a dziś wiemy, że wywiad PRL po paru bezpłodnych latach skreślał korespondentów PAP ze swego inwentarza. Jeden z moich przyjaciół wysyłał do centrali PAP ze świata informacje nie wywiadowcze - o swych miejscowych znajomych, których można by zainteresować kontaktami handlowymi z Polską, przekazywał telefony, adresy, tematykę możliwych interesów, po czym, wróciwszy do kraju, znalazł wszystko, co przysyłał, w najniższej szufladzie biurka szefa redakcji zagranicznej… Wiadomości od korespondentów, które nie mogły ukazać się w prasie PRL, publikowano w „Biuletynie Specjalnym” PAP. Nigdy, o ile wiem, nie ukazały się drukiem korespondencje Ryśka z Kenii, gdzie zaprzyjaźnił się z młodym, chyba radykalnym, czarnoskórym przywódcą; nazwisko pamiętam do dzisiaj, po 50 latach – Tom M’Boya, po jakichś latach zginął bodaj w zamachu. I nie słyszałem, by ktoś spróbował przejrzeć te BS-y.
Nie pamiętam, kiedy Rysiek był pierwszy raz w Kongo, ale ze dwanaście lat pisałem na małej, poręcznej „Olivetce” ze Stanleyville (miała naklejkę), którą dostałem od Ryśka w prezencie po jego powrocie. To był początek lat 60. I należało zajrzeć do BSów, by sprawdzić, czy jednak Rysiek nie spotkał się z Lumumbą. Minęły lata i trudno, bym pamiętał takie szczegóły, ale opowiadał mi o Lumumbie jako przywódcy, bliskim ideowo i mentalnie nam, „rewolucjonistom 1956 roku”, radykalnym, ale obcym przemocy.
Teraz więc o Jego socjalizmie. To niszczący zarzut z punktu widzenia urodzonych po roku 1989, ale całe wtedy pokolenie wierzyło w socjalizm. PZPR wchłonęła setki, by nie powiedzieć – tysiące starszych ludzi, byłych członków PPS; ci z całą naiwnością, nie po żadnym „ukąszeniu heglowskim”, wierzyli, że wspólna (czytaj – państwowa) własność na wielkim majątku przemysłowym i rolnym, oraz gospodarka planowa to leki na tak mordercze katastrofy cywilizacyjne jak Wielki Kryzys. Natomiast generację ZMP, Związku Młodzieży Polskiej, pierwszej połowy lat 50., zrewolucjonizowało - bez wpływu starszych - wszechogarniające kłamstwo, całkowita, ustrojowa rozbieżność między słowami a rzeczywistością. To pokolenie, pokolenie tygodnika „Po prostu”, naszego zbiorowego przywódcy, poza swoim „nie” i oczekiwaniem demokracji żadnego programu jednak nie miało. Odrzucaliśmy „czerwoną burżuazję”, chcieliśmy „prawdziwego” socjalizmu (nie „z ludzką twarzą”, to hasło powstało w Pradze, kiedy oficjalna rzeczywistość sama siebie zaczęła nazywać „socjalizmem”; historię tego pojęcia i słowa ktoś może kiedy spisze). Rysiek wyszedł z redakcji gazety o tytule odstręczającym, „Sztandar Młodych”, ale gazety znakomitej, przy tym - istnej wylęgarni talentów, bliskich „Po prostu” jak młodsze rodzeństwo. Nasza „rewolucja” została wymanipulowana przez aparat, ale nigdy Polska nie wróciła do stanu sprzed 1955 roku, była jedynym takim barakiem w obozie sowieckim, gdzie cenzorzy nieraz biedzili się razem z autorami, jak ominąć słowo, na które jest „zapis”. Nie miało to pokolenie poczucia klęski, pewne, że dalsze zmiany przynieść może tylko nowy masowy zryw społeczny. Powoli dopiero się orientowało, jak niewiele wie (bezpośrednią przyczyną zamknięcia „Po prostu” był artykuł Stefana Kurowskiego o potrzebie powrotu do gospodarki rynkowej, znaliśmy ją tylko dzięki wiejskim kobietom dowożącym mięso). Sam dopiero latami uczyłem się wiedzy utraconej – razem ze swoimi czytelnikami.
Mówiło się, że Rysiek jeździł za rewolucjami. Żartowałem zawsze, ilekroć gdzieś wyjeżdżał, że będzie tam rewolucja. Ale nie on te rewolucje robił – czasem rewolucjonistom głowy porządkował. Nieraz mógł nałożyć własną głową. To niby drobiazg, że ileś razy groziła Mu śmierć na miejscu albo też pozostanie bez pomocy w śmiertelnej chorobie poza kręgiem cywilizacji; kula, dla niego przeznaczona, trafiła kogoś innego, a o tym żonie, Ali, opowiedziałem dopiero ja, teraz… Czy sam strzelał? Dziwne, mnie się tym nigdy nie pochwalił – choć wiadomo było, że miewał broń w rękach (gdyby wpadł w ręce drugiej strony frontu, strzelania by mu nie darowali). Nie zmyślał, przeciwnie, opisał znacznie mniej niż przeżył; bo nie chciał epatować przygodami, które by zamazywały obraz; wyszedłby na poszukiwacza przygód. Poszukiwał prawdy o świecie, z którym się stykał. Trzeba swoistej odwagi, by dziś wykpiwać Jego lęk, ironizując, że nie miał się czego bać, choć wiadomo, że bał się po prostu sensacji nie krajowego, a międzynarodowego zniesławienia. Jakąż międzynarodową frajdą brukowców drukowanych i telewizyjnych byłby wielki pisarz jako peerelowski szpieg! Błoto łatwo przylega, a na to wystarczy trochę nielojalności, poczucia honoru nie trzeba.
Opowiadał mi, nie bez rozbawienia, jakie mieli „radzieccy” trudności z rozpoznaniem, kogo warto w Trzecim Świecie poprzeć, bo wprawdzie mieli doskonały, ideowo zaangażowany wywiad w świecie zachodnim (Hiss, Rosenbergowie, Philby!), ale niczego tej klasy w Świecie Trzecim. Pamiętajmy wszelako, że Związek Radziecki opowiadał się wtedy za dekolonizacją Trzeciego Świata. Rysiek zaś, podróżując tam, oglądał skrajną nędzę i zacofanie; tylko z samych widoków można było wyrosnąć na rewolucjonistę. Pozostał socjalistą roku 1956 – a pozostał w partii, bo nie było innego dostępnego wariantu ustroju, sprzedano Polskę na kolejne sto lat. Kapuściński nie „porzucał” swoich „patronów” w centralnym aparacie partyjnym, to zmieniano obsadę stanowisk i musiał wchodzić w kontakty z tymi, od których zależał; na szczęście, pochlebiał im kontakt z wielkim dziennikarzem. Cenił tych paru nielicznych, którym wnikliwsza historia byłego reżimu odda ich zasługi i przyzwoitość. Znaliśmy obaj Kazimierza Barcikowskiego, który zawsze mnie krytycyzmem wobec reżimu przebijał, a nie oszczędzałem języka. I nie on akurat namówił Ryśka w sierpniu 1980 na wyjazd do Gdańska, bo sam już negocjował w Szczecinie. Rysiek napisał zaś o Gdańsku przełomowe zdania, że w tym buncie nie chodziło o pieniądze, lecz przede wszystkim – o godność! Że przejmował się losami „struktur poziomych” w partii? Tak, oczywiście, ale też nie dla Solidarności przyjechał w 1981 do Warszawy Zamiatin, lecz dla nich, w obawie przed „rozpadem partii”, wtedy groźniejszym dla ustroju od Solidarności, którą miał sparaliżować przygotowywany „stan wojenny”. To „struktury poziome” doprowadziły w 1981 r. do Nadzwyczajnego Zjazdu PZPR, który – to prawda – przegrały z aparatem sromotnie. Dziś bierze się serio oficjalne statystyki partii-nieboszczki, kłamliwe jak cała jej propaganda, z których wynika, że niewielu członków porzuciło ją po 13 grudnia 1981 jak Kapuściński, ale to ludzie „struktur poziomych” złożyli partyjne legitymacje po 13 grudnia – setkami tysięcy. Partia-nieboszczka, fałszując liczby, kłamie nawet pośmiertnie. Gdyby były prawdziwe, partia-dziedziczka dostałaby w roku 1989 ze dwa miliony ludzi w spadku.
Demaskatorzy chcą wyglądać na dzielniejszych od Kapuścińskiego. Doceniam – trzeba niemałej dzielności dla łatwego osądu, udającego, że nie jest osądem. I cała ta „demistyfikacja” Kapuścińskiego, służąca dziś reklamie książki, jest z tego ducha. Nie był za życia publicystą ze skórą wygarbowaną złościami ludzkimi, takim, co to go nic nie może zdziwić, przy tym zaś pewnym, że zawsze może się „odwinąć” nachalnej nieuczciwości. Tym bardziej nie „odwinie” się po śmierci. Ale nie budowałbym na tym kariery…
Słabości Kapuścińskiego? Ależ tak, miał. Choćby kompleks niespełnionego poety. Pamiętam, z jaką tremą i nieśmiałością debiutanta wielki już pisarz niósł do wydawcy swoje wiersze (myślę, że doczekają się uznania). „Lapidaria” swoje, z różnymi kapitalnymi konstatacjami, wydawał z poczuciem, że musi je „wypchnąć”, jakie są, bo już „nie wysiedzi” (dosłownie, z tą endoprotezą), nie da rady zamknąć ich w jakiś zorganizowany, większy szkic, w jakąś „summę”, a miał tremę, tak, nie do wiary!, i przed publicystyką. „Opowiadać to ja umiem, ale jak to ci Hanka (Bratkowska, zastępczyni naczelnego w „Po prostu”, u początku mojego dziennikarstwa) mówiła? Publicystyka to jest pies, na którego nie powinieneś schodzić… A ja, ile razy zaczynam się wymądrzać, to schodzę”. I nie była to minoderia… Albo, że im bardziej stawał się pisarzem, tym więcej dbał o każde słowo, przerabiał napisane w nieskończoność. „Dawniej to siadałem i pisałem” – niby w pierwszych latach agencyjnych (też nie całkiem prawda, bo już pierwsze reportaże krajowe, te ze „Sztandaru Młodych”, do końca poprawiał, pamiętam, jak Zosia Dudzińska, śliczna kobieta, znakomita redaktorka, prowadząc numer w drukarni i odkładając jego zamknięcie o te dziesięć jeszcze, piętnaście minut, mówiła – „czekam na Ryśka, bo na pewno coś jeszcze przerobi, a będzie chory jak się nie da”; akurat nie przyszedł). Czy tego można było się dowiedzieć z jego domowych notatek? Czy jest to w książce demaskatora?
Może i jest wyczynem chytrości zawodowej – zaprzyjaźnić się z kimś, by go potem „demistyfikować”. Ale proszę nie oczekiwać akceptacji ze strony starego człowieka dla mitu zwycięskiej hieny. Jeśli zareklamujecie szerokiej publiczności w odpowiednio dużych nakładach, że Kapuściński nie jest tak wiarygodny, jak się to światu wydawało, pozwólcie, że przynajmniej ja wam nie uwierzę. Nie nazywałem Ryśka „cesarzem reportażu”, ale gdy ukazało się pierwsze polskie wydanie „Cesarza”, mówiłem z melancholią, że książka światowej miary pozostanie światu nieznana, bo ją napisano po polsku. Świat jednak ją odkrył (jak, to też cała anegdota). Napiszcie coś lepszego, by mógł i was odkryć, nie jako ludzi zawistnych i małych. Uwierzcie, Arturze, Wojtku, Piotrze, we własne talenty – akurat niemałe. Warto.
Kompleksów można w Polsce nabierać przy całej galerii wielkich, światowej miary pisarzy, dziś niemal zapomnianych jak Parnicki czy nie reklamowanych jak Tadeusz Konwicki lub Myśliwski. A był Lec, Lem, Iwaszkiewicz, niedoceniona różnorodność wielkiej literackiej epoki, mnóstwo innych, czasem pojedynczych wielkich tytułów jak „Jezioro Bodeńskie” Dygata czy tych Borowskiego, wszystko powstające nie przeciw ustrojowi, ale tak, jakby tego ustroju nie było. I tylko nie ma już Dedeciusa… Może to kogo z obolałych od cudzej wielkości zdziwi, ale dodam, że obcowanie z wielką literaturą może sprawiać i przyjemność.
Tagi:
Tematy do dyskusji: Stefan Bratkowski: Zdemaskować reportera
—————
—————
—————
—————
—————
—————
—————
—————
—————
Obiecujemy starać się spełniać to oto piękne wezwanie:
Panie zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Św. Tomasz z Akwinu
Od redakcji
Redakcja uprzejmie informuje, że wszystkie opublikowane w witrynie artykuły mogą być komentowane wyłącznie za zgodą Autora tekstu. Stosowny odnośnik do zbiorczej strony na korespondencję jest pod każdym artykułem, którego Autor nie życzy sobie komentarzy "pod spodem". Komentarze nie są cenzurowane merytorycznie, jednakże sformułowania rasistowskie i antysemickie oraz wulgaryzmy i drastyczna "mowa nienawiści" są usuwane. Nie przyjmujemy komentarzy ani listów anonimowych (minimum jawności: podanie nazwiska i adresu piszącego do wyłącznej wiadomości redakcji).
Osoby, pragnące na naszych łamach opublikować artykuł, proszone są o nadsyłanie dokumentów w postaci edytowalnej (czysty tekst lub dokumenty Worda albo OO) na adres studioopinii@gmail.com. Pod tym samym adresem prosimy kierować wszelkie uwagi o witrynie i listy do redakcji.
Informujemy uprzejmie, że ta witryna nie jest blogowiskiem, lecz redagowaną gazetą internetową.
Nieliczna redakcja zmuszona jest do wyboru licznie nadsyłanych tekstów i nie jest w stanie każdorazowo uzasadniać decyzję nie wykorzystania nadesłanej propozycji. Decyzja z praktycznych względów musi być ostateczna i nieodwołalna, dyskusji na ten temat nie zdołamy prowadzić.
Redakcja zastrzega sobie prawo zmian formalnych w zaakceptowanym do publikacji tekście, w szczególności dodania śródtytułów, zmiany tytułu, koniecznych zmian stylistycznych, gramatycznych i ortograficznych oraz doboru ilustracji – z braku czasu i mocy przerobowych - bez uzgadniania z Autorem. Redakcja zobowiązuje się nie wypaczać myśli Autora.





