Stefan Bratkowski: Dlaczego nie trzeba nam prawa prasowego

Stefan Bratkowski: Dlaczego nie trzeba nam prawa prasowego

Ministrom Bogdanowi Zdrojewskiemu i Michałowi Boniemu, rozumiejącym, o co chodzi. Także  – Marszałkom Bogdanowi Borusewiczowi i Bronisławowi Komorowskiemu.  

Zasłużone „Obserwatorium Wolności Mediów w Polsce”, uruchomione przez Fundację Helsińską, zaprosiło mnie do wygłoszenia prelekcji na temat jak w tytule - tydzień po wykładzie prof. Sobczaka, potencjalnego głównego autora nowej ustawy o takim prawie. Czytelnicy studioopinii.pl – jeśli zainteresowani tematem – znają moje poglądy w tytułowej kwestii. Powtarzam tu jednak swój wykład na użytek ewentualnych nowych Czytelników… 

Zacząłem od stwierdzenia, że za takimi projektami regulacji prawnych kryją się nie tyle ambicje samych prawników (choć także), co ambicje polityków, którzy byliby radzi mieć jakiś bat na dziennikarzy, żeby choć pomachać groźbami. Nie wypomniałem, że nie za to nadstawialiśmy głowy. Niech wystarczy, że miała być demokracja z pełną wolnością słowa – i ma być. Z tymi ograniczeniami, jakie wynikają z normalnego stosowania prawa powszechnie obowiązującego Choć, wspomnijmy dla porządku, nie ma takiego rutynowego konstytucyjnie pojęcia jak „wolność słowa” w naszej Konstytucji. Jest tylko zapewnienie wolności prasy. Inne zbliżone intencją zwroty w naszej Konstytucji, dotyczące tematu, również nie używają tego podstawowego słownika.  

Nie to jednak mam za istotne. Podkreślam i tutaj: jeśli rządząca koalicja chce zepsuć sobie stosunki ze światem dziennikarskim i szuka z nim zwady, niech się  upiera przy takiej regulacji – nie pytając o zdanie dziennikarskich autorytetów. Zwłaszcza, że nasza legislatywa podtrzymuje skandaliczny we współczesnej cywilizacji art. 212 ust. 2 kodeksu karnego, pozwalający wsadzić kogoś do więzienia za „zniesławienie” poprzez masowe środki przekazu (charakterystyczne, że człowieka klasy politycznej, byłego ministra Ziobrę, prokuratura nie ściga za takowe zniesławienie doktora Garlickiego). 

Czytelnicy studioopinii.pl być może pamiętają, że proponowałem przyjąć pewną  podstawową zasadę legislacyjną w stosunku do świata mediów: państwo powinno jak najmniej (albo w ogóle nie) ingerować w funkcjonowanie tych instytucji życia publicznego, które mają w imieniu opinii publicznej nadzorować funkcjonowanie państwa. Wystarczy, jeśli dziennikarze (i media wszelkiego rodzaju) będą podlegali przepisom, które obowiązują ogół obywateli – przepisom prawa cywilnego, karnego, skarbowego, autorskiego, handlowego, prawa pracy, administracyjnego itd. Bez żadnych przywilejów, ale i bez odrębnych represji. Te przepisy najzupełniej wystarczą. W czasie dyskusji po mojej prelekcji próbowano mnie przekonać, że elementami „prawa prasowego” lub wręcz „prawem prasowym” są te właśnie przepisy innych regulacji, jeśli stosuje się je wobec świata mediów. Na tak rozumiane „prawo prasowe” chętna zgoda. Tym bardziej, podkreślam, że dla dochodzenia krzywd lub szkód ze strony mediów i dziennikarzy (jak i w obrębie zawodu, np. w sprawach o plagiaty) wystarczy całkowicie prawo cywilne.  

Dziennikarz jak każdy obywatel, który swoim słowem publicznym wyrządzą „szkodę” innemu człowiekowi (art. 415 Kodeksu Cywilnego), odpowiada za nią w trybie postępowania cywilnego. Pojęcie „umyślnego naruszenia dóbr osobistych” to również pojęcie z Kodeksu Cywilnego (art. 448); dochodzi się „usunięcia skutków wyrządzonej szkody” poprzez postępowanie cywilne. Nie ma żadnej odrębnej procedury „prawno-prasowej”. Definicja szkody nie zależy od żadnego „prawa prasowego” – dzięki sensownemu orzecznictwu nie chronimy osób publicznych przed krytyką, złośliwościami ani kpinami ze strony innych zwykłych obywateli. Co więcej, nie trzeba żadnej specjalnej procedury cywilnej dla spraw przeciw dziennikarzom. Istotne jest samo orzecznictwo – zmierzające do usunięcia skutków szkody, włącznie z ustaleniem odszkodowania. W USA lub w Anglii bywają te odszkodowania bardzo wysokie. Podobnie może i powinno być u nas, wtedy każdy redaktor lub autor zastanowi się nad swoją kieszenią, robiąc jakieś paskudztwo. Także autor-polityk, odpowiadający za insynuacje, zniesławiające kłamstwa i zniewagi. Odpowiedzialność taka wpłynęłaby korzystnie na język i obyczaje również w świecie samych polityków. 

Zwróciłem uwagę, że  skuteczną i szybką ochronę praw widza, słuchacza i czytelnika można zapewnić poprzez szybko działające postępowanie polubowne (Księga trzecia kodeksu postępowania cywilnego, art. 695 do 729), wymagające jednak zgody obu stron. Wyrokowi sądu polubownego przysługuje moc wyroku sądu państwowego. Ta najstarsza instytucja sądowa, z której wyrosło przed jakimiś dwoma i pół tysiącami lat sądownictwo państwowe, przydaje się zwłaszcza w społeczeństwie obywatelskim. Od takiego wyroku (lub ugody) nie ma odwołania, chyba, że wyrok lub ugoda swą treścią uchybiły praworządności lub zasadom współżycia społecznego w RP. Tym trybem postępowania można uwolnić przeciążone sądownictwo państwowe od spraw, wymagających szybkiej reakcji wymiaru sprawiedliwości (przydałoby się, wspomniałem na marginesie, wywieszenie we wszystkich sądach u wejścia tablicy informacyjnej dla obywateli z zawartością przepisów o postępowaniu polubownym, z sugestią mniej więcej taką – „zanim wystąpisz do sądu, pomyśl, czy nie wolałbyś rozstrzygnięcia szybszego i tańszego w trybie jak poniżej”). 

Argumentem przeciw (praktycznie) przywracaniu, odnowie prawa prasowego jest obserwacja, że prawo prasowe z czasów stanu wojennego przez 20 lat wolnej Polski nie działało, w praktyce ignorowane i nie używane - mimo tak różnych od siebie rządów. W zasadzie już to powinno wystarczyć jako dowód, że jest po prostu nie potrzebne. Przypomniałem, jak to na spotkaniu w Radziejowicach z udziałem ministra kultury wyszło, że tego prawa i dziś nikt nawet nie zna – szefowie gazet nie wiedzieli, że są zobowiązani drukować nie tylko sprostowania, ale i – odpowiedzi. Drukują sprostowania, owszem, ale dlatego, że tego wymagają dobre obyczaje. Odpowiedzi drukuje się tylko ciekawe, wnoszące nowe elementy do sporu. Co zabawne, to prawo chciało wymuszać posłuszeństwo grzywną – nie mówiąc, kto miałby ją nałożyć, ani na jakiej podstawie sąd po odpowiedniej skardze miałby odróżniać odpowiedź od polemiki. Potwierdziło to moją opinię, że normy tego prawa są puste, nie do wyegzekwowania. 

To „prawo prasowe”  nosiło wszelkie znamiona regulacji „socjalistycznej”, czyli zawierało właśnie normy „puste”, bo choć zakazywały, to niczym nie karały naruszenia zakazu. Pierwszy z brzegu przykład - art. 13 ust. 1: „Nie wolno wypowiadać w prasie opinii co do rozstrzygnięcia w postępowaniu sądowym przed wydaniem orzeczenia w pierwszej instancji”. Wspomniany były minister sprawiedliwości rządu PiS skazywał publicznie „doktora G.” bez wyroku. I nic mu nie można było z tytułu tego prawa zrobić, przegrał dopiero proces cywilny. W USA wyrok nałożyłby nań odszkodowanie dziesięciokrotnie wyższe. Jeśli tylko. I powtórzę: Przy obecnej regulacji prawnej powinien dostać w trybie karnym wyrok więzienia z owego art. 212 ust. 2, czyli, że europoseł Ziobro w świetle obowiązującego w Polsce prawa powinien zostać skazany jako przestępca. 

W dotychczasowym „prawie prasowym” znajdowały się i absurdy: art. 15 ust. 1 przewidywał, że „autorowi materiału prasowego przysługuje prawo zachowania w tajemnicy swego nazwiska”. Ten przepis, jawnie skandaliczny, nie działał nawet w ówczesnej prasie „reżimowej”; dziś chroniłby anonimowość pewnego gatunku internautów, tchórzy bez nazwisk, nie bojących się publikować różnych paskudztw. Zasadą moralną w mediach musi być odpowiedzialność za swoje wypowiedzi, skoro można odpowiadać za nie przed prawem.  

Zupełnie innym problemem jest ochrona źródła informacji przed sądem. Nie ma co regulować tego problemu poza kodeksem karnym, a i to każdy przypadek sąd musi ocenić odrębnie, nie da się kazuistycznie wyliczyć, w jakich przypadkach należy obowiązek zachowania tajemnicy zawodowej oceniać tak, a nie inaczej; każdy przypadek musi ocenić sąd i sam dziennikarz, powołany jako świadek. Na pewno nie można chronić tajemnicy źródła informacji w sprawie zbrodni (chyba, że dziennikarz naraziłby złamaniem tajemnicy czyjeś lub swoje własne bezpieczeństwo), ale równie pewne jest, że dziennikarz nie powinien sądowi służyć informacjami w sprawach, w których dociec prawdy powinny organy ścigania, innymi słowy, nie powinien wyręczać na użytek sądu organów ścigania.  

Pomysły urzędowej segregacji dziennikarzy na licencjonowanych, zawodowych itp. mogą tylko bawić. Z internetem narodziła się nowa sfera uprawiania zawodu, lada chwila zwielokrotnią się dzięki cyfryzacji możliwości emisji telewizyjnej, ale w rozumieniu dziennikarstwa nic się nie zmieniło od czterystu lat, kiedy Holendrzy zaczęli drukować pierwsze wiadomości dla amsterdamskiej giełdy towarowej. Dziennikarstwo od początku swego istnienia było zawodem otwartym. Każdy mógł i nadal każdy może zostać dziennikarzem z dnia na dzień, zwłaszcza dzisiaj, w nieograniczonej przestrzeni internetowej, tylko nie każdy potrafi zostać dziennikarzem dobrym, szanowanym i uznanym jako pozycja w zawodzie. Na odwrót, ani doktorat, ani władza w żadnym stowarzyszeniu nie chronią przed pisaniem wierutnych głupstw. 

Dziennikarzom nie ma po co udzielać przywileju w zakresie dostępu do informacji ze strony organów administracji. Należy tak regulować działalność organów administracji, by każdy obywatel, nie tylko dziennikarz, miał dostęp do informacji, nie objętych tajemnicą państwową. Dziennikarz jest tylko człowiekiem, którego zawód polega na zbieraniu i przekazywaniu tych informacji; nie może być informacji, które dostępne byłyby tylko dla dziennikarzy. I na odwrót – należy do zadań dziennikarzy ujawnianie informacji, bezpodstawnie skrywanych. Czy pracownicy administracji państwowej powinni traktować dziennikarzy w sposób szczególny? Legitymacja redakcyjna powinna uwiarygodnić prawo do większej uwagi, udzielonej zainteresowanemu jako reprezentantowi innych obywateli z ich prawem dostępu do informacji. Jest to jednak sprawa kultury administracji, obyczaju, a nie nakazu prawa, którego nie byłoby nawet jak egzekwować. 

Są zawody, w których trzeba kontrolować kwalifikacje - lekarzy i nawet pielęgniarek, czy też prokuratorów i sędziów, lotników i kierowców. Tych kwalifikacji nie ocenia i nie selekcjonuje rynek. Co innego z mediami. Tu decyduje rynek. Niczego więcej nie trzeba. W dziennikarstwie złymi obyczajami podważa się swą wiarygodność, psuje się swój rynek, a z nieuczciwości leczy konkurencja.  

Dla ochrony wiarygodności zawodu polska Izba Wydawców Prasy przygotowała i przyjęła swój Kodeks Dobrych Praktyk, przepisy, których winny się trzymać redakcje tych wydawców i ich dziennikarze (można liczyć, że ten kodeks przyjmą i właściciele mediów elektronicznych). Takie przepisy, dobrowolnie przyjęte, z natury rzeczy są czymś skuteczniejszym niż normy, narzucone z zewnątrz przez polityków, z reguły nie do wyegzekwowania. Ten Kodeks Dobrych Praktyk czyni dodatkowe przepisy prawa – niepotrzebnymi. Jeśli kogoś media pokrzywdzą, a winnemu przed sądem cywilnym udowodni się naruszenie tego Kodeksu, obciąży go to jako dowód złej woli i złej wiary bardziej nawet niż treść powództwa; to murowane wysokie odszkodowanie. Na odmianę ewentualny sąd polubowny, uzgodniony przez strony (wydawcę i pokrzywdzonego), może – i to w szybkim trybie – zobowiązać sprawcę także do wykonania jakichś działań o charakterze społecznym, nie mówiąc o konsekwencjach w postaci decyzji samego wydawcy... 

W stosunku do takich regulacji podczas dyskusji powtórzył się zarzut, że to kodeksy „etyczne”. Otóż jeśli takie kodyfikacje, w pół drogi między etyką a stanowionym przez państwo prawem, skutkują następstwami w postępowaniu przed sądem powszechnym, są czymś więcej niż normami etyki zawodowej. Samoregulacja zaś prawna środowiska, zdolnego narzucić sobie określone reguły zachowań – to ideał funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego. Jeśli ta samoregulacja nie spodoba się czynnikom państwowym, mogą one zgłosić zastrzeżenia i uwagi. Co więcej, takie samoregulacje są perspektywą społeczeństwa obywatelskiego. W Stanach Zjednoczonych beż żadnej cenzury państwowej nadawcy telewizyjni porozumieli się co do pewnych ograniczeń emisji – godzin i tematów. Nikt tych ograniczeń nie naruszył. Przyjęty obecnie Kodeks Izby Wydawców Prasy ustanowił zaś i sąd koleżeński. 

W demokracji, w gospodarce rynkowej, nie można i nie trzeba wymuszać  przepisami prawa rzetelności zawodowej dziennikarzy. Jak i na odwrót, nie można mocą prawa ani decyzjami władz zapewnić nikomu wiarygodności, ani sympatii odbiorców, nawet z większością mediów w swoim ręku. Dziennikarz, gazeta, program telewizyjny, audycja radiowa, blog mogą zaufanie pozyskać tylko sami. Dziennikarstwo wymaga jednego - domniemania przyzwoitości. Dlatego – namawiam: żadnych anonimów (także w internecie!). Świadczą o unikaniu odpowiedzialności, jeśli nie wręcz o tchórzostwie. Pseudonimy przysługują tylko autorom znanym swej publiczności z nazwiska. Nie wnoszę bynajmniej o umieszczenie takich zasad w Kodeksie Dobrych Praktyk, to kwestia tylko opinii środowiskowej – do akceptowania lub nie.

Sądowy zakaz pisania byłby sprzeczny z Konstytucją. Nikomu w demokracji nie można zakazać wydawania pisma, prowadzenia radiostacji czy telewizji; ani wypowiadać się, pisać i występować w mediach. Karać można tylko naruszenie kodeksu karnego lub innych obowiązujących zakazów prawnych, których naruszenie pociąga za sobą jakąś określoną represję. Nawet z kary pozbawienia wolności nie wynika pozbawienie prawa wypowiedzi prasowej (o ile naruszenie regulaminu więziennego nie poskutkuje ograniczeniem takich możliwości). Podobne pomysły represji, na dobitek, mogą rodzić się w mózgach ludzi, którzy nie znają profesji. Urbana karał tak Gomułka i Urban anonimowo publikował w minionym ustroju przez 13 lat!  

Gdyby dziś ktoś chciał ograniczyć prawa przeciwników demokracji w zakresie mediów, broniłbym w imię powyższych zasad demokracji - zarówno praw Urbana jako wydawcy, jak i prawa ojca Rydzyka do prowadzenia swojego radia, telewizji i gazety (jednakże bez nieuzasadnionych ulg w sferze dochodów, nie kontrolowanych przez Urzędy Skarbowe). Dopóki nie naruszają prawa, nikt im niczego zrobić nie może – poza polemiką i demaskowaniem obcych interesów, którym służy siejący wrogość redemptorysta. Obaj, i Urban, i Rydzyk, nie lubią demokracji, ale demokracja właśnie zapewnia im prawo do tego. Antysemickie zaś wypowiedzi są karalne w trybie prawa karnego. 

Wymaganie sądowej rejestracji tytułu, na domiar opatrzonej warunkami i karami, a jeszcze rejestracji blogów internetowych, ogranicza wolność słowa, to chyba jasne nawet dla jego propagatorów (bo i o to prawdopodobnie chodzi). Zupełnie wystarczą rejestry w odpowiednich urzędach administracji państwowej, i to wyłącznie dla porządku i ochrony praw – żeby nikt cudzego tytułu pisma nie przywłaszczał sobie ani otwarcie, ani podstępną przeróbką, żeby rejestrujący się nadawcy elektroniczni nie wchodzili sobie wzajem w częstotliwości, żeby internetowe gazety i blogi nie używały cudzych tytułów i oznaczeń. Warto natomiast wykluczyć blokadę tytułów bez ich użytkowania, innymi słowy, ukrócić proceder handlu zarejestrowanymi, a nie użytkowanymi tytułami (to samo z patentowaniem nazw w Urzędzie Patentowym). Wymiar sprawiedliwości powinien za to – ścigać kradzieże. Tytuł użytkowany to przedmiot własności (lub posiadania) jak każdy inny. 

I na koniec: nie trzeba chronić  dziennikarzy specjalnym prawem przed pracodawcami – dziennikarze mogą pod rządami naszej Konstytucji, jak wszyscy obywatele, dowolnie się organizować dla ochrony swych interesów, w związki zawodowe, stowarzyszenia, czy spółki pracownicze dla przejęcia części udziałów, byle tylko chcieli, byle np. istniejące stowarzyszenia nie odpychały ich od siebie, chroniąc tylko ludzi politycznie sobie bliskich. 

Obecni specjaliści od prawa prasowego niechętnie przyjmują projekt jego likwidacji, uważając to za likwidację ich specjalności. To nieporozumienie. Życie publiczne w Polsce więcej by skorzystało na bardziej interesującej wersji przedmiotu badawczego: na badaniu orzecznictwa przede wszystkim z zakresu prawa cywilnego, orzecznictwa dotyczącego stosunków między mediami a odbiorcami, do dziś bliżej nie analizowanego. Jest to przebogate pole badań. Dziennikarzom, redakcjom i wydawcom takie badania przydadzą się bardziej niż analizy tego, co, nawet uchwalone, małe ma szanse, by obowiązywać w przyszłości - nie mówiąc o naszym sądownictwie, któremu brakuje praktyki w rozstrzyganiu spraw tego rodzaju. 

Dobrą wiarę polityków, stwierdźmy na koniec, sprawdzi uwzględnienie wniosków Izby Wydawców Prasy w sprawie art. 212 kk (i dalszych), pozwalającego prokuraturze ścigać krytykę, a nawet dziennikarzy sadzać do więzienia, oraz wniosków w sprawach innych, skierowanych przeciw dziennikarzom artykułów, naruszających zasady konstytucyjne. Jeśli sejm tego wszystkiego nie anuluje, jeśli sejm będzie się upierał przy uchwaleniu nowego „prawa prasowego”, dziennikarze będą wiedzieli, co myśleć o stosunku klasy politycznej do wolności słowa i do dziennikarstwa. Po co naszej klasie politycznej, w tym rządzącej koalicji - nowy front sporów i niechęci, dalibóg trudno zrozumieć. 

Stefan Bratkowski

Wyszukiwanie

O nas...

Promocja


Do redakcji można pisać

na adres studioopinii@gmail.com

 

Cytat, który obiecujemy brać pod rozwagę:

Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.

Św. Tomasz z Akwinu

Komunikat: Redakcja informuje uprzejmie, że w żaden sposób nie cenzuruje merytorycznie komentarzy do artykułów. Jedyna ingerencja może polegać wyłącznie na ewentualnym usunięciu słów powszechnie uznawanych za obelżywe lub nieprzyzwoite oraz "mowy nienawiści". System zarządzania witryną (niezależny od nas) jest jednakże skonstruowany w taki sposób, że niektóre wpisy pojawiają się niekiedy z opóźnieniem, czasami - z nieznanych nam przyczyn - znacznym. Choć nie ma w tym naszego działania - przepraszamy zirytowanych. Jednocześnie informujemy, że większość nowych tekstów ukazuje sią najpierw na górze strony głównej, w dziale OSTATNIO NADESŁANE, by nieco później - na ogół następnego dnia - trafić do właściwego działu merytorycznego. Komentarze wpisane do OSTATNIO NADESŁANYCH nie są ze względów technicznych przenoszone w nowe miejsce.

POLECAMY

Dołączył do nas Jan Winiecki. Szukajcie jego felietonów w prawej szpalcie.

Sławek Popowski: kapitalny esej o Gorbaczowie; arcyciekawe!

Stefan Bratkowski zastanawia się: czy możemy zbudować solidny ustrój

Na stronie KULTURA uruchamiamy rubrykę PRÓBY LITERACKIE. Czytajcie Mikołaja Fajfera.

W witrynie pojawiło się Ilustrowane Radio Niny Nowakowskiej. Obejrzyj, posłuchaj!

Chcesz zostać dziennikarzem? Nie wiesz, jak pisać? Poczytaj rady fachowca...

Ważne przemyślenia George'a Friedmanna: prognoza na nasze stulecie

Zajrzyj do działu CYWILIZACJA. Jest co poczytać i obejrzeć!

Obejrzyj naszą telewizję (tak, tak - uruchomiliśmy własną). A w niej gościnnie EuroparTV! Nie wiesz co to?
Obejrzyj! 

Ważny tekst dr Andrzeja Ehrlicha o (nie)sprawności zarządzania w Polsce. Są przykłady! Dr Ehrlich pisze także o pracy tłumacza

 

 

 

PONADTO...

Stefan Bratkowski otworzył nowy cykl błyskotliwych porad dla tych, którzy nie wiedzą, że nic się nie da zrobić

Jacek Pałasiński podejmuje gorący temat o gazie

Ernest Skalski o Gorbaczowie


Sławomir Popowski
pisze o innym Stalinie

 

Aleksander J. Wieczorkowski demoluje Telekomunikację Polską oraz Netię


 

Tematy do dyskusji: Stefan Bratkowski: Dlaczego nie trzeba nam prawa prasowego

Zapraszamy do komentowania
Clicky Web Analytics