Sławomir Popowski: Rezerwat Praga
Przeglądam opasły album „Praga. Prawa strona Warszawy” i sięgam wstecz pamięcią. Patrzę na nostalgiczne fotografie zniszczonych, odrapanych i pokrytych liszajami starych kamienic na Brzeskiej, Ząbkowskiej, Szwedzkiej, Stalowej czy Wileńskiej. Na zdjęciach kamienice te nabrały szlachetności, stały się piękne przez to, że są takie brzydkie. A może dlatego, że tak czule wydobyto detale, których na co dzień zwykle się nie zauważa. Ale ja je rozpoznaję. Trudno uwierzyć, ale wszystkie, po kolei. I dobrze pamiętam ich zatęchły smród, mieszaninę zapachów kurzu, moczu, gotowanej kapusty i alkoholu. Prawie wszędzie taki sam...
“Weź lagie i jedź na Pragie”
W jednym z felietonów, „Praga, poziom zero”,zamieszczonym przez “Rzeczpospolitą” Zbigniew Mentzel pisał „Z żywą pamięcią o przeszłości w tym skansenie czuję się bardziej eksponatem aniżeli zwiedzającym. Ostatecznie, kiedy o miejscach, w których doznawało się pierwszych dziecięcych iluminacji, człowiek raz po raz czyta dzisiaj w bedekerach, że to „urokliwe zakamarki”, ma prawo do irytacji”. — Odczuwam to samo. Jestem aborygenem, któremu udało się wydostać z rezerwatu.
„Mała ojczyzna” Mentzela znajdowała się na Pradze Północ między Stalową i Wileńską — moja nieco z innej strony: najpierw na Kępnej, między Jagiellońską i Targową, a potem na Szmulkach, na Kawęczyńskiej. Ta moja Praga, przefiltrowana przez 30 lat, które tam przeżyłem — jest zupełnie inna od tej trochę sentymentalnej, wyglansowanej, a częściowo i snobistycznej, z albumu. To był całkowicie odmienny świat. Inne miasto. I chyba nie przypadkiem, kiedyś, na Pradze, gdy przychodziło jechać do Śródmieścia, mówiło się „jadę do miasta”, albo „jadę na Warszawę”.
Dla nas, na Pradze, tamta, lewa strona Warszawy była czymś lepszym, bardziej wielkomiejskim. Tam powstawały nowe osiedla, budowano domy, a nasze, nigdy nie remontowane, zamieniały się w jeszcze gorsze rudery niż były, gdy się urodziliśmy. Tam były mieszkania „z wygodami”, jak kiedyś mówiono — to znaczy z centralnym ogrzewaniem i łazienkami — a my byliśmy skazani na mieszkanie w starych kamienicach, ogrzewanych piecami węglowymi, w których często nawet własna ubikacja była luksusem i „za potrzebą” biegało się na podwórko, albo korzystało ze wspólnego ustępu na piętrze...
Raj węglarzy
Oczywiście były kamienice lepsze i gorsze. Na Kępnej o prysznicu można było pomarzyć, ale za to była w mieszkaniu ubikacja. Z kolei na Kawęczyńskiej, w stosunkowo nowej kamienicy, wybudowanej w latach 30-tych, (krótko po wojnie mieszkała tu Maria Dąbrowska) — było jedno i drugie. Za to przeklinaliśmy piece węglowe, które nigdy nie trzymały temperatury i gdy było mroźno, trzeba było w nich palić rano i wieczorem, a o świcie i tak okna zamarzały. Co roku więc, jesienią, jeszcze przed pierwszymi mrozami, trzeba było „załatwić” węgiel. Tonę, albo i więcej. Najczęściej od węglarzy, bo w składach państwowych zawsze go brakowało.
Jesienią można ich było spotkać wszędzie. Wystarczyło wyjść na praską ulicę. Skąd brali węgiel „poza-przydziałowy” — nie wiadomo. Ale zawsze go mieli. Podjeżdżali swoimi wielkimi, zaprzężonymi w konie wozami, „platformami” — takimi, jak na „Misiu” Bareji — i, albo zwalali węgiel na ulicy, albo za dodatkową opłatą znosili go w koszach do piwnicy. I zawsze oszukiwali: najpierw przy ważeniu, a potem przy liczeniu koszy... Kiedy już wszystko rozwieźli, szli do knajpy. Ci ze Szmulek mieli swoją ulubioną — „Dunajcową” — na Ząbkowskiej, między Tarchomińską, a Nieporęcką. Dlaczego wybrali właśnie ją — nie wiadomo. Może dlatego, że łatwo było tu się zatrzymać, a może dlatego, że w knajpie nie było żadnych stolików i wódkę piło się na stojąco. Bez ograniczeń...
Te uciążliwości życia codziennego powodowały, że na lewą stronę Warszawy patrzyliśmy z zazdrością. To tam był ten lepszy świat. Z Pragi chciało się po prostu uciec. Najlepiej na tamtą stronę Wisły, albo na Saską Kępę, albo na Pragę II — taki praski Muranów. To było miarą społecznego awansu.
Wokół kapliczki
A jednak Praga miała w sobie coś niepowtarzalnego. W albumie jest zdjęcie praskiego podwórka, z obowiązkową Matką Boską w kapliczce, ustawionej po środku. Dokładnie taka sama stała na Kępnej, pod „moim” numerem 4. Za nią był trzepak i podwórkowa ubikacja. Koło kapliczki graliśmy w wojnę i w pikuty, albo w „zośkę” (trzeba ją było zrobić samemu z kawałka ołowiu i kłębków wełny). Tu bawiliśmy się w berka i w chowanego, albo biegaliśmy dookoła kapliczki, na wyścigi, z kółkiem. (Najbardziej cenione było metalowe, wyciągnięte ze starych opon. Prowadziło się je z pomocą zmyślnie powyginanego drutu. Trzeba było tak biec, żeby kółko nie upadło).
.Na Wielkanoc, już na kilka dni przed Wielkim Piątkiem, dochodziły bardziej “męskie” zabawy: strzelanie “z klucza”. Albo z kalichlorku. Z tego drugiego sposobu korzystali starsi i najbardziej doświadczeni, przy czym dla nas, “kajtków” – jak mówiono na Pradze – największą zagadką było to, czym jest ten tajemniczy kalichlorek i skąd brać. Ojciec, który wychował się na Targówku, opowiadał że przed wojną sam ksiądz dawał go chłopakom, aby podczas rezurekcji “walili, jak trzeba”. Ale jakoś nie przyszło nam do głowy, aby pójść do Świętego Floriana, aby prosić księdza o pomoc. Pozostawał więc “klucz”, do którego, na drugim końcu sznurka przywiązywało się gwóźdź. Potem trzeba było zetrzeć trochę siarki z zapałek do wnętrza klucza, włożyć do środka i przystęplować gwoździem, a potem – trzymając za sznurek – mocno uderzyć jego główką o mur. Podobno było to niebezpieczne, klucz mogło rozerwać, ale na naszym podwórku, na Kępnej, nic takiego nigdy się nie zdarzyło.
Czasami, w maju, koło kapliczki zbierały się kobiety i modliły. To było coś w rodzaju podwórkowego nabożeństwa „majowego”. Ale modlono się też w szczególnych sytuacjach. Jak w czerwcu 1956 r. Docierały do nas pojedyńcze słowa: „Poznań”, „wypadki”, „czołgi”, ale w naszych kilkuletnich głowach nie składało się to jeszcze w jakąś jedną całość. Tyle, że szybko dorastaliśmy. Kilka miesięcy później, kiedy widzieliśmy lecący samolot z czerwonym krzyżem na skrzydłach, już potrafiliśmy to sobie wytłumaczyć: wiezie krew na Węgry.
Świat po masakrze
Do „zośki” najlepsza była brama, ale stamtąd regularnie przeganiał nas dozorca. Nazywał się Adolf i bardzo się dziwiliśmy, jak ktoś może nosić takie straszne imię. I chociaż rodzice mówili, że w czasie wojny zachowywał się wspaniale; wielu pomagał, to jednak baliśmy się go bardziej niż kogokolwiek innego...
A skoro już mowa o wojnie. Urodziliśmy się trzy, cztery lata po jej zakończeniu, ale była ciągle obecna w naszym dziecięcym życiu. To były niekończące się opowiadania rodziców, ciotek i wujków o ich wojennych przeżyciach. (Podobnie opowiadał o Sierpniu 44 Miron Białoszewski w swoim „Pamiętniku z powstania warszawskiego”). To była również na wpół zburzona fabryka po drugiej stronie Kępnej, zbombardowana fabryka na rogu Jagiellońskiej i Marcinkowskiego oraz ściana muru na ulicy Wrzesińskiej, gdzie Niemcy rozstrzelali kilkudziesięciu Polaków. Jeszcze nie było tam tablicy pamiątkowej, ale zawsze paliły się znicze, a my patrzyliśmy na dziury w murze po kulach i — ponieważ nasza wyobraźnia pracowała — szukaliśmy szczerniałych śladów krwi.
Przede wszystkim to były jednak losy ludzi. Na przykład historia Gienka, którego przedrzeźnialiśmy, bo chodził na śmiesznie przykurczonych nogach, nie mówił tylko bełkotał i strasznie się ślinił. Był „gazeciarzem”. Sprzedawał na bazarze Różyckiego „Ekspress Wieczorny” i „Kuriera Polskiego”. Znało go pół Pragi. Mówiono, że został sparaliżowany podczas jednego z bombardowań, we wrześniu 1939 r. Podobno zginął w końcu lat 60-tych, na najgorszym praskim skrzyżowaniu, tam gdzie tramwaje skręcały z Targowej w Ząbkowską. Z jednej strony — „5”, z drugiej — „25”. Co najmniej raz w miesiącu ktoś tu tracił nogę...
Wobec Gienka mam swój, prywatny dług. Miałem 5 albo 6 lat. Wyszedłem na ulicę, przed bramę, kiedy jakiś pijak wziął mnie na ręce i zaraz potem zwalił się na bruk (Kępna była jeszcze wtedy brukowana, a nie pokryta asfaltem, jak teraz), przygniatając mnie całym swoim pijanym, bezwładnym ciałem. Nie wiem, jak to zrobił, ale to właśnie sparaliżowany Gienek, kiedy już zaczynałem się dusić, ściągnął ze mnie nieprzytomnego pijaka. Dlatego go wspominam.
Podwórko wiedziało o wszystkim…
Zupełnie inna była historia dziadka mojego podwórkowego przyjaciela. Za okupacji był granatowym policjantem, ale po wojnie już ani razu nie wyszedł na ulicę. Pamiętam, że chorował na astmę i palił… specjalne, ziołowe papierosy, kupowane w “Herbapolu” na Targowej. Podwórko wiedziało, że jest, że żyje, ale na tym miłosierdzie sąsiadów się kończyło...
Podwórko w ogóle wiedziało o wszystkim. O pani G., która chciała, aby jej syn grał na skrzypcach, potem zachorowała na raka i amputowali jej pierś, (do dziś słyszę, jak ćwiczy); o pani Pogorzelskiej, która do końca lat 60-tych mieszkała w piwnicy i była krawcową. O polsko-włoskiej rodzinie R., która wyemigrowała do Włoch i zaraz potem, w wypadku samochodowym, straciła swojego ukochanego, 18-letniego syna — Bogdana, (którego jednak pochowała w Polsce, na Bródnie). O podwórkowym „Głupim Jaśku”. I o wszystkich innych... A kiedy ktoś odchodził, prawie wszyscy zjawiali się na cmentarzu, aby odprowadzić w ostatnią drogę. Kilka starszych sąsiadek pełniło nawet nieoficjalną funkcję etatowych płaczek.
W nocy cały ten mikrokosmos zamieniał się w twierdzę. O 23.oo dozorca zamykał bramę na klucz. Później, aby się dostać do środka trzeba było zadzwonić i swoje odstać, czekając kiedy przyczłapie zbudzony z głębokiego snu “gospodarz domu” w palcie narzuconym na piżamę lub kalesony. I zainkasuje zwyczajowe, pięć lub dziesięć złotych. Albo i więcej, aby następnego dnia nie wygadał z kim się wracało I w jakim stanie.
Któregoś razu, starą, jeszcze brukowaną Kępną, zamknięto dla ruchu i zabroniono nam wychodzić na ulicę. To była sensacja: przyjechali filmowcy. Wyglądając ukradkiem przez bramę, widzieliśmy jak jedzie ciężarówka, mija zbombardowaną fabrykę po drugiej stronie Kępnej, a na ulicę wypadają skrzynki z gęsiami. Powtarzano to kilka razy. Po latach rozpoznałem tę scenę w filmie „Pokolenie” Andrzeja Wajdy.
Ryksze i dorożki
Tamta powojenna Praga, z pierwszych lat 50-tych, była niczym wyspa starej, przedwojennej Warszawy. Na Ząbkowskiej stały ryksze, a na Brzeskiej — dorożki, które przetrwały tu do lat 70-tych i którymi jeździło się na Dworzec Wschodni przy Kijowskiej, albo żeby przewieść jakiś “niegabarytowy” ładunek. Na rogu obu tych ulic był jeszcze komis, w którym można było kupić rzeczy z importu i z paczek. To właśnie tam, w 1957 r moi rodzice kupili pierwszy telewizor – radziecki Tiemp II - z ekranem dwa razy większym niż w krajowej “Wiśle”. Aż trudno uwierzyć, ale po różnych remontach i wymianie lampy kineskopowej pracował on u nas do połowy lat 70-tych
Jesienią, kiedy zaczynały się pierwsze przymrozki, na Pradze zjawiali się chłopi. Mieli swój wiejski targ, na Szmulkach, na Korsaka, częściej jednak sami wyruszali „na handel”. Przywozili furmankami ziemniaki, które obowiązkowo trzeba było kupić przed zimą i przechować w piwnicy. Worek, albo dwa. Obok węgla.
Moja matka, nauczona wojennym doświadczeniem, w piwnicy przechowywała jeszcze wiadro ze starym, przetopionym tłuszczem. Wystarczyło dodać odpowiednią ilość sody, aby samemu zrobić mydło. Niewiele ustępujące temu najtańszemu, „z jeleniem”. Trochę się tego bałem, bo wiedziałem jak to śmierdzi. Wystarczyło przejść się Szwedzką, koło teatru Ludowego i znajdującej się tu fabryki „Urody”, aby poczuć, co to znaczy. Na szczęście wiadro z tłuszczem pozostało nie ruszone...
Pamiętam też smród z praskiej rzeźni. Zajmowała olbrzymi obszar od Portu Praskiego, aż do Wrzesińskiej i Okrzei, dochodząc nieomal do Wisły, do miejsca gdzie dziś stoi pomnik berlingowców. Latem, kiedy powiało od Jagiellońskiej, trzeba było szczelnie zamykać wszystkie okna. Za to codziennie, niezależnie od pogody, można było usłyszeć przeraźliwy ryk świń wiezionych na rzeź. Czasami były to krowy. Nigdy natomiast nie słyszałem koni...
Praskie “8 i pół”
Na tyłach rzeźni, od strony portu, prowadziła ulica — nazywaliśmy ją Krowią. Był to właściwie sam chodnik, po obu stronach którego rosły jakieś łopiany i chaszcze. Chodziliśmy tam grać w piłkę, albo walczyć kijami „na szpady”. Ale nie tylko. To było również miejsce pracy praskich prostytutek. Tych najniższej kategorii. Na swoich klientów polowały na dworcu, koło hotelu PKP na Targowej, (niedaleko Marcinkowskiego), albo „obsługiwały” robotników rzeźni. Po wypłacie było co oglądać. Podobnie, jak i nad Wisłą, za praskim portem. W tajemnicy przed rodzicami, chodziliśmy “na Łachę” aby – najpierw – toczyć bitwy, jak w “Chłopcach z Placu Broni” Molnara, a potem - próbować pierwszych papierosów i podglądać pary. Niekoniecznie zakochane.
Handel, handel…
Praga żyła z handlu. Tak było za Niemca i od pierwszych dni po wojnie. Było kilka fabryk: „Uroda” na Szwedzkiej, wspomniana rzeźnia; „Awia” na Siedleckiej i „Drucianka” koło wałów kolejowych na Szmulkach. No i był Monopol Spirytusowy na Ząbkowskiej. Podobno w czasie wojny było to najbezpieczniejsze miejsce w Warszawie. Wszyscy niemieccy żandarmi byli przekupieni i nigdy nie doszło tu łapanki. — Tak przynajmniej opowiadano.
Najważniejszy był jednak handel i „prywatna inicjatywa”, jak mówiono za czasów władzy ludowej. Całe praskie życie toczyło się wokół jednego, centralnego miejsca — bazaru „Różyckiego”, wciśniętego między Targową, Ząbkowską i Brzeską. Starzy mieszkańcy Pragi mówili, że był on tylko cieniem przedwojennego bazaru na Kiercelaku, ale „za komuny”, w latach powojennych, zanim jeszcze zaczęła się wielka transformacja i powstał Jarmark „Europa” na stadionie „X-lecia”, to właśnie bazar Różyckiego był główną ostoją kapitalizmu w prawobrzeżnej Warszawie. Był jądrem praskiego kosmosu, który ekspandował na sąsiadujące z nim ulice. Tworzył fundament hierarchii społecznej, ułożonej według prostego schematu: „ręczniak - stragan - buda - sklep” i promieniującej daleko poza okolice „Różyckiego”.
Życie na Różycu
Na samym dole tej drabiny byli handlujący „z ręki”, czym tylko się dało — np. pończochami: „nylony, perlony, stylony”, ale także, na początku lat 50-tych, deficytową penicyliną, której brakowało w aptekach, (i oczywiście bez recepty), zegarkami, pierścionkami, „złotem” niewiadomego pochodzenia, walutą itp. Niewiele wyżej notowane były „handlary”, (tak je nazywano), sprzedające „pyzy, gorące pyzy” i „flaki” (na życzenie uzupełniane „ćwiartką), a także, w prawym rogu, koło wyjścia na Brzeską — „baby” handlujące drobiem. Żywymi kurami, kaczkami, gęsiami i indykami, które zabijano i „skubano” na miejscu, tuż koło bazarowej ubikacji. Dalej, idąc w stronę Targowej, były stragany z włoszczyzną, serem, grzybkami itp, a jeszcze dalej — zaczynały się „budy” z butami, płaszczami, sukniami ślubnymi, biustonoszami wszelkich rozmiarów — słowem „konfekcją ciężką i lekką”... Ich właściciele, obsługiwani przez innych handlarzy, dostarczających do „bud” obiady i gorącą herbatę, (nie wiadomo dlaczego: zawsze w butelce po „ćwiartce” i zakorkowanej zwiniętym kawałkiem papieru) — tworzyli szczyt bazarowej hierarchii. Wystarczyło przejść się między budami, aby zorientować się, co w danym momencie jest najmodniejsze: płaszcze popelinowe, czy ortalionowe, palta z futrem i bez, suknie ślubne na każdy gust i bluzki z nylonu, czy szyfonu, haftowane i z żabotami, buty „włoskie”, robione „pod Chmielną” (Rutkowskiego), czy pod „Śliwkę” z Marszałkowskiej. Wszystko to, jak mówiono, kupowała „wieś”, dla której praski bazar był najważniejszym, największym i najtańszym centrum handlowym Warszawy... Wręcz wyrocznią mody. Na potrzeby tej części bazaru pracowała cała armia krawców “ciężkich” i “lekkich”, prasowaczek i “szyjących” (tak się o nich mówiło), dostawców opakowań z celofanu, guzików, nici, no i materiałów - masowo importowanych (jak ortalion), lub kupowanych nie wiadomo gdzie, najczęściej poza rodzielnikiem, nielegalnie, w państwowych zakładach, z czym władza ludowa walczyła nieubłaganie… Ale bez większych rezultatów, o czym świadczyły zawalone towarem budy.
Ci, którym się udało przenosili się z bazaru do prywatnych sklepów, na Ząbkowskiej, Targowej, Okrzei, czy Karola Wójcika. To były najlepsze punkty. Sprzedawano to samo, co na bazarze, ale to już była praska elita. Wyżej od nich, na samym szczycie drabiny sukcesu, znajdowali się tylko „biznesmeni” — jak byśmy dziś powiedzieli — ludzie od wielkich interesów, którzy nie mieli, ani budy na bazarze, ani sklepu. Za to w określonych godzinach rezerwowali stolik w kawiarni „Kolorowa”, przy Targowej, koło Ząbkowskiej i przy nim załatwiali wszystkie „interesy”. Najczęściej operacje walutowe, ale nie tylko... Równie dobrze mogły to być jedno- i trojuncyjne sztabki złota, złote dolary – tzw. “twarde”, ale także carskie “świnki”, a później południowo-afrykańskie “krugiery”, nie mówiąc już o brylantach. Wszystko to znajdowało się w praskim, okołobazarowym obrocie…
Przegrana “bitwa o handel”
Cały ten świat „handlarzy” i „prywaciarzy” — według obowiązującej wówczas nomenklatury — od samego początku był traktowany przez władze „jedynie słusznego systemu”, jako „wróg klasowy”. Dlatego na bazarze co jakiś czas organizowano „naloty” i „obławy”. Pamiętam jedną z takich operacji, z końca lat 50-tych. Pod Różyckiego nieoczekiwanie podjechały ciężarówki z milicją. Obstawione zostały wyjścia i zaczęło się sprawdzanie wszystkich, którzy w tym czasie byli na bazarze. Podobno milicja znajdowała potem porzucone w śmieciach i w ubikacji paczki dolarów, również fałszywych, zegarki do których nikt się nie przyznawał, a także złote monety — głównie carskie ruble, popularnie nazywane „świnkami”, którymi, oprócz dolarów, handlowali bazarowi cinkciarze.
W przerwach między tymi operacjami, w ramach „bitwy o handel” — „prywatną inicjatywą” zajmował się Urząd Bezpieczeństwa. „Smutni panowie” z UB, jak o nich mówiono na Pradze, co jakiś czas przychodzili do mieszkań rzemieślników „na rewizję”, aby sprawdzić, czy przypadkiem nie wykorzystują do produkcji materiałów kupionych poza rozdzielnikiem. Było dobrze, jeśli skończyło się na łapówce... Później, kiedy zaczęła się „odwilż”, a władza ludowa czegoś się już nauczyła — do niszczenia prywatnego sektora ruszył praski Urząd Skarbowy. Wyliczane przez jego urzędników, najczęściej wzięte z sufitu, tzw. domiary mogły zniszczyć każdego... A jak to nie pomogło, to pod byle pretekstem odbierano kartę rzemieślniczą, albo atrakcyjnie położony sklep, proponując w zamian lokal zastępczy, o znacznie gorszej lokalizacji i z góry skazany na bankructwo.
Tak było na przykład z cukiernią „Staropolską” przy Targowej. Były tam najlepsze ciastka na Pradze. Któregoś razu cukiernia zniknęła. Przeniesiono ją daleko, na Radzymińską, gdzie ostatecznie splajtowała... W cukierni, na honorowym miejscu wisiał obraz szlachcica i szlachcianki. Zapamiętałem go na całe życie. Do rodzinnego, niedzielnego rytuału należało, aby po sumie u Św. Floriana iść po ciastka do „Staropolskiej”... Po latach, ten sam obraz zobaczyłem w cukiernii Geslera na Starym Mieście... Więc coś jeszcze z niej zostało.
“Trzy śmiertelne grzechy Polski”
Nie przetrwała natomiast księgarnia Gebethnera i Wollfa — przedwojennego wydawcy. Do końca lat 60-tych znajdowała się przy ul. Targowej, tuż przy wejściu na bazar Różyckiego. Do dziś nie wiem, jaki był jej ówczesny status. Czy była prywatna, czy „państwowa”. Pamiętam natomiast, że była to pierwsza księgarnia w Warszawie, w której można było kupić książki „z kosza” za 1, 2 lub góra 5 zł. Najczęściej były to stare książki Gebethnera i Wollfa, ale za to jakie: broszurowe wydania wierszy Horacego i Owidiusza, poradnik dobrego wychowania z połowy XIX wieku, krajoznawcze broszurki z Kresów itp. Najzabawniejszą, jaką tam kupiłem — za 1 zł — były „Trzy śmiertelne grzechy Polski”, wydane w końcu XIX wieku, jeszcze za zezwoleniem carskiej cenzury. Jej anonimowy twórca, podpisujący się, jako „Autor Apostazji w Apoteozie” dowodził, że pierwszym śmiertelnym grzechem Polski było to, że Karol Wielki wyprawił się na Słowian, a przecież sam pochodził ze słowiańskiego plemienia Franczków, którego nazwę zgermanizowano i zamieniono na Franków. Później tę książkę, a właściwie broszurę, w błękitnej, papierowej oprawie, podarowałem Rysiowi Kapuścińskiemu... Do dziś nie mogę się nadziwić, jak ta księgarnia mogła przetrwać aż tak długo i w takim otoczeniu. I co ciekawe – nie była jedyna. W tym samym czasie, tj w latach 60-tych, na Targowej był jeszcze i antykwariat, który całkiem nieźle prosperował, dopóki jego właściciel nie wyniósł się na drugą stronę Wisły. Bodajże na Wilczą. Trochę dalej, bliżej Marcinkowskiego, swój sklep miała nasza daleka kuzynka. Była modystką i wyrabiała najbardziej fantazyjne damskie kapelusze. Takie, jak przed wojną, Dopóki nie przegrała z bazarową tandetą i „demokracją socjalistyczną”.
Szmulki
W końcu lat 50-tych przenieśliśmy się z Kępnej na Kawęczyńską. Nasz dom znajdował się tuż za drugim wjazdem do zajezdni tramwajowej, co miało tę dobrą stronę, że w latach szalonych, przy odrobinie szczęścia, można było przed północą wsiąść do dowolnego tramwaju w Warszawie i jeśli tylko nie jechał do innej zajezdni, to i tak w końcu dowiózł do domu.
To były Szmulki, które nie wiadomo dlaczego cieszyły najgorszą sławą. Jakby mieszkali tu sami kryminaliści. To prawda, kumpli „spod celi” i po wyrokach nie brakowało. Sam znałem kilku i z kilkoma się „kolegowałem”. Dostąpiłem nawet zaszczytu uczestniczenia w bankiecie, jaki wydał po wyjściu „na wolność” starszy brat mojego kumpla — „Szczoty”. Słuchaliśmy z pocztówek dźwiękowych Paul Ankę i Brendę Lee, piliśmy tanie wino i słuchaliśmy więziennych opowieści Renka. Dziewczyny tajały coraz bardziej, a kiedy starszy „Szczota” zaśpiewał „...przyleciał do mnie za kraty biały gołąbek skrzydlaty...” — były gotowe na wszystko...
Tak naprawdę jednak, przynajmniej dla swoich, Szmulki były najbezpieczniejszym miejsce w Warszawie. O każdej porze dnia i nocy. Na wszystkich „szmulkowych” ulicach: Kawęczyńskiej, Radzymińskiej, Siedleckiej, Zachariasza, Łomżyńskiej, Łochowskiej, Jadowskiej i Otwockiej — tam, gdzie dziś znajduje się Fabryka Trzciny, a kiedyś była masarnia, do której zaprowadzono nas, uczniów szóstej klasy Szkoły Podstawowej nr 126, (również przy Otwockiej), abyśmy zobaczyli, jak pracuje polska klasa robotnicza. Nie wiem skąd, nie wiem jak, ale wszyscy się znaliśmy, a przynajmniej rozpoznawaliśmy. W najgorszych miejscach, na Brzeskiej, czy Ząbkowskiej, w nocy i o północy, na trzeźwo i na bani, za cały dialog wystarczyło zwykłe “cześć – cześć”, aby czuć się pewnie i bezpiecznie.
Ojo, Szczota, Szmaja i inni
Szmulkowe i w ogóle praskie „obywatelstwo” tak naprawdę stawało się groźne dopiero wówczas, kiedy wymagało podporządkowania się regułom dzielnicowej solidarności. Kiedy jechaliśmy na „Taneczny Krąg” na Czerniakowie, bo okurat grał tam jakiś zespół, z pierwszych grup rockowych, albo na Mariensztadt, gdzie właśnie odbywała się „wiankowa” zabawa zorganizowana przez Trybunę Ludu, albo — wreszcie — szliśmy do „Haremu” nad Wisłą, koło ZOO, gdzie akurat grały „Dzikusy” — lepiej było trzymać się w grupie. Czerniaków nie lubił Pragi, Praga — Śródmieścia... A kiedy już zaczynało się wyrównywanie międzydzielnicowych porachunków — albo kiedy Praga, tradycyjnie, tłukła się z Zieloną Warszawą, dojeżdżającą na Dworzec Wileński z podmiejskiej Zielonki, Ząbek, czy Wołomina - trzeba było bronić swoich. Choćby ryzykując złamaną szczęką, albo pocięciem „żyletką”. Inaczej nikt by ciebie, na Szmulakch i na Pradze, nie szanował. Ani „Ojo” z Ząbkowskiej, który „walił z byka”, (na Pradze krążyły legendy o jego treningach. Podobno wyglądało to tak: w jego mieszkaniu była stara, jeszcze przedwojenna szafa. „Ojo” stawał koło niej, a jego kumpel z całej siły puszczał w ruch drzwi, które „Ojo” odbijał „z byka”. I tak pięć, albo dziesięć razy pod rząd). Ani „Szmaja”, ani „Szczota”, ani nikt inny.
Permanentna recydywa
W rzeczywistości na Szmulkach, i w ogóle na Pradze, więcej było pijaków i drobnych złodziei, niż bandytów. Choć większość z nich mogłaby odpowiadać z paragrafów o recydywie. Byli tacy, jak ich pokryte liszajami domy i zagrzybione mieszkania-meliny, w których się rodzili, żyli i umierali. Nieomal kultowa dziś ul. Brzeska słynęła z tego, że „za komuny”, w czasach kolejnych partyjno-państwowych wojen z “bumelantami” i “pasożytami” - były tu całe kamienice, których lokatorzy nigdy i nigdzie nie pracowali. Żyli, albo z drobnego handlu „na Różyckiego”, albo z kradzieży, albo z paserstwa. Za to w nocy, o północy, zawsze można było tu kupić wódkę, co w czasach gdy alkohol sprzedawano dopiero od godziny 13.oo — znacznie ułatwiało życie. Obrazek zawsze był ten sam: przed bramą stały dwie, trzy panie, jakiś facet dla ochrony. I kiedy się przechodziło koło nich, albo przejeżdżało taksówką, zawsze charakterystycznym gestem, (wielkość pół litra), pokazywały, co można u nich kupić. Wystarczyło się zatrzymać, zapłacić żądaną sumę i jedna z pań przynosiła „spod śmietnika” zamówioną liczbę butelek. Cena zależała od stanu upojenia klienta... Jeszcze w latach 70-tych, kiedy już wszystkie nocne sklepy w Warszawie były zamknięte, Brzeska była nie do zastąpienia. Zresztą, nie tylko Brzeska. Tego rodzaju nocne “sklepy” monopolowe przez lata „czynne” były na Ząbkowskiej pod siódemka i dziewiątką. Milicja miała tępić ten proceder. Co noc w teren wysyłano specjalne patrole z komisariatu na Cyryla i Metodego, ale tak się jakoś składało, że handlarze wódką zawsze wiedzieli kiedy i z której strony nadejdą. Na codzień byli po imieniu. Na Cyryla,( historia tego komisariatu zasługuje na oddzielną epopeę) – też bywało, że zabrakło wódki.
Na szlaku (nie do przejścia)
Za dnia były knajpy. Na Szmulkach, w nie istniejącej już ruderze, na przeciwko kapliczki, gdzie Ząbkowska dzieli się na Kawęczyńską i Radzymińską znajdowała się kawiarnia „Zakopianka”. Słynęła z tego, że oprócz włoskiej, bardzo słodkiej “Mistelli”, “Lacrimy”, albo “Wermuthu” - można było tu zamówić najtańsze wino, popularną „Alpagę” a'21 zł. Zwykle piło się ją w krzakach lub w bramie i popisywało najbardziej oryginalnymi sposobami „odbijania” butelki: nie otwartą dłonią, ale na przykład pięścią, albo łokciem, albo o udo, albo o ziemię... Otóż w „Zakopiance” „Alpagę” podawano w kieliszkach. Co więcej — sprzedawano na lampki!.
Wszystkie rekordy, pod względem ilości knajp na 1 kilometr, biła jednak Targowa. Idąc od pomnika Braterstwa Broni - tj. „Czterech Śpiących” - mijało się kolejne restauracje: Zakład Gastronomiczny Spółdzielni Inwalidów, popularnie nazywany „U Kulasów”. Po przeciwnej stronie Targowej, na obu rogach Karola Wójcika były od razu dwie knajpy: „Wisła” i „Praga”. Potem był „Zdrój”, a nieco dalej prawdziwa mordownia — „Pod Żółwiem”. Wreszcie — legendarna „Oaza”. Na Brzeskiej była jeszcze knajpa „U Bosmana”, a na rogu Okrzei i Jagiellońskiej — „Portowa”. Ta ostatnia miała jedną zaletę. Otwierano ją ok. ósmej rano, ale już godzinę wcześniej stali pod nią skuleni, skacowani mężczyźni. Dla nich, o tej porze, „Portowa” była nie tyle knajpą, co apteką... A przecież swoje ciągi knajpiane miała również Wileńska (“Pod Strzechą” i “Nysa”), a na Pradze II, przy Placu Leńskiego, rekordy popularności bił “Miś”.
W latach 60-tych wszystkie te knajpy były dla naszych ojców. Tylko raz, już po maturze, do “Kulasów” zaprosił mnie brat mojego dziadka… Postawił nóżki w galarecie i setkę wódki, a potem jeszcze jedną. Wypiliśmy “na stojaka”, przy barowych stolikach. Musiałem potem wysłuchać rodzinnych opowieści, kto z kim i przeciwko komu. “Stryjeczny dziadek” – bo tak go chyba powinienem nazwać – wytłumaczył mi wówczas również, jak należy pić spirytus. – Pamiętaj – mówił – wódkę możesz pić na wdechu, ale spirytus zawsze pijesz na wydechu. Nabierasz w płuca powietrze, potem je wypuszczasz i wypijasz setkę spirytu. Na koniec musisz jeszcze wypuścić końcówkę powietrza, która została płucach… Wtedy nigdy nie popali ci przełyku i się nie zakrztusisz. Tę maturę zaliczyłem.
Rolling Stonesi na Szmulkach
My młodzi, nastoletni, eksperymentowaliśmy w inny sposób. Najpierw była “Alpaga” za 21 zł, potem “Risling” za 36, albo – to już w finale, gdy zbliżaliśmy się do matury – “Gellala” za 35. Wino kupował zawsze ktoś wyglądający na starszego, ale dowodów i tak nikt nam nie sprawdzał. Mógłbym policzyć na palcach jednej ręki przypadki, kiedy ktoś w sklepie zapytał mnie, ile mam lat. A przecież bez wina nie mogło być żadnej prywatki, żadnej zabawy szkolnej… Moje liceum, “Władysława IV” przyjaźniło się z “50-tką” na Pradze II. U nas przeważali faceci z ostatnich klas męskich, u nich – dziewczyny. Więc przed każdą zabawą, na którą szliśmy całą, męską grupą trzeba było “obalić alpagę”. Z reguły “u cioci bramowskiej” albo w krzakach. Czasami razem z nami przemykali do “50-tki” miejscowi “żule”, dla których byliśmy “przykrywką”. A jeśli tak się nie udało, to po prostu przeskakiwali przez płot. W końcu, jak zabawa to zabawa.
Właśnie – zabawa. Byliśmy na Pradze chyba pierwszym pokoleniem rock’rolla. Ja sam “zorganizowałem” pierwszy na Szmulkach koncert… Rolling Stonesów. Krótko przed Wielkanocą, chyba w 1962 albo w1963 r kolega ze szkoły pożyczył mi przywiezioną świeżo z Londynu płytę Stonesów. Drugą z ich kolekcji. Myłem okna w moim mieszkaniu. Postawiłem na parapecie adapter “Bambino” (też pożyczony) i puściłem “na full” mój ukochany utwór z tej płyty – “I’m a king bee”. A potem kolejne… Reakcja była taka, jakiej można było się spodziewać. Część śmiała się i w żartach groziła, (bo co to za facet, który myje okna), ale część przystawała i podrygiwała…
Rock to była wówczas dla nas prawdziwa rewolucja. Także w praskim wymiarze. To już nie było wyłącznie Radio Luxemburg, czy Rewia Piosenek Lucjana Kydryńskiego. Na Bazarze Różyckiego i w małych sklepikach, które powstawały wówczas jak grzyby po deszczu, kupowało się pocztówki dźwiękowe, na których zapisano prawie wszystko. Oczywiście bez oglądania się na jakiekolwiek prawa autorskie. Był prawie cały Presley, Billy Haley, Paul Anka, Brenda Lee, Clif Richard, Neil Sedaka, Ricky Nelson, Dell Shanon, Beatles i Rolling Stones, ale także mniej znane grupy, jak The Kinks…
No i były pierwsze polskie grupy. Na koncerty “Czerwonych Gitar” jeździliśmy na Koło, albo na Taneczny Krąg na Czerniakowie. W “Haremie”, jak nazywaliśmy klub działający na plaży nad Wisłą, koło ZOO i Komisariatu Rzecznego grały “Dzikusy”, zespół, który był chyba jedną z pierwszych polskich grup rythm’bluesowych. Naprawdę niezłą. Czasami zdarzało się, że dochodziło tu do ostrych starć. Kiedyś nawet poszło na noże, ale zawsze poza terenem klubu. To było miejsce święte, tu obowiązywał olimpijski pokój…
Odchodzący świat
Tamtej Pragi już nie ma. Bazar Różyckiego, który był środkiem praskiego wszechświata — dogorywa, przegrał z targowiskiem “Europa”, koło Stadionu X-lecia, które też już dopełniło swojego żywota. Na Dworcu Wileńskim powstało centrum handlowe, a nieco dalej, za Szwedzką, hipermarket. Pozostał natomiast mit, legenda, coraz bardziej upiększana i sentymentalna.
Na początku „polskiej transformacji”, moją siostrę, przed naszym „rodzinnym domem”, napadło kilku gnojków. Wybili szybę w samochodzie i ukradli torebkę, uciekając podwórkami, z Kawęczyńskiej, na Siedlecką i dalej... Tymi samymi dziurami, którymi jako dzieciak chodziłem na skróty do swoich „kumpli” – “Szymona”, “Grubego” i “Ryśka”. Może to nawet byli ich synowie. Tyle, że na tamtych, „moich” Szmulkach, było to nie możliwe. Swoich się nie ruszało. A jeśli były sprawy „do wyjaśnienia”, to jeden na jednego, z zachowaniem reguł „szmulkowego” kodeksu honorowego.
Te Szmulki już się skończyły. Tuż koło mojej kamienicy, gdzie kiedyś była fabryka produkująca obudowy drewniane do telewizorów, znajduje się teraz prywatna szkoła wyższa. Codziennie parkują tu dziesiątki samochodów, którymi przyjeżdżają studenci. Więc może siostrę wzięto za kogoś innego...? — A jeśli nie? Jeśli to tylko próba ratowania dawno nieprawdziwej legendy starej, „charakternej” Pragi? — Obawiam się, że to drugie...
Z mojej klasy w znakomitym liceum im. Władysława IV — do dziś jednego z najlepszych w Warszawie, o którym, choćby z racji jego stulecia, warto napisać odrębną historię... Otóż, z mojej starej, „męskiej” klasy, (bo liceum było kiedyś „męskie”), której uczniowie w większości pochodzili właśnie z Pragi — prawie nikt już tu nie mieszka! Wszyscy zdali maturę, prawie wszyscy pokończyli studia. i uciekli, gdzie pieprz rośnie, do lepszych dzielnic. Na Saską Kępę, która zawsze uchodziła za bardziej prestiżową, choć od Pragi dzieliła ją tylko ul. Zieleniecka i Park Paderewskiego, albo na lewą stronę Wisły. Kto zajął ich mieszkania? Czy, jak w przypadku „mojego”, do końca życia “rodzinnego”, które po długich bojach musiałem oddać burmistrzowi — zamieniono je na „lokale socjalne”?
Zamiast epitafium
Praga stała się modna. Najpierw na Stalowej, Wileńskiej i Targowej zaczęli osiedlać się artyści, bo znajdowali tu duże i relatywnie tanie, przedwojenne lokale. Potem pojawiły się kluby, takie jak Fabryka Trzciny na Otwockiej, kilkaset metrów od pętli tramwajowej i Bazyliki, do dziś pewnie największego kościoła w Warszawie. Ale nie oszukujmy się, minie jeszcze wiele lat, zanim Praga stanie się warszawską dzielnicą łacińską. Jeśli w ogóle. Zagrzybione, liszajowate i od wojny nie remontowane kamienice są być może ładnym elementem scenograficznym. Można w nich tworzyć sztukę „off”, „off” do kwadratu i do sześcianu, ale przecież na co dzień, wiekami, tak żyć się nie da. Dwie Warszawy, lewo— i prawobrzeżna, tak naprawdę nadal pozostają odwrócone plecami do Wisły i do siebie nawzajem. Choć oczywiście, mnie jako dawnego praskiego aborygena, człowieka ze Szmulek, który tu przeżywał pierwsze iluminacje i inicjacje, ta moda na Pragę, powoduje, że pod sercem robi się cieplej.
Obiecujemy starać się spełniać to oto piękne wezwanie:
Panie zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Św. Tomasz z Akwinu
Od redakcji
Redakcja uprzejmie informuje, że wszystkie opublikowane w witrynie artykuły mogą być komentowane wyłącznie za zgodą Autora tekstu. Stosowny odnośnik do zbiorczej strony na korespondencję jest pod każdym artykułem, którego Autor nie życzy sobie komentarzy "pod spodem". Komentarze nie są cenzurowane merytorycznie, jednakże sformułowania rasistowskie i antysemickie oraz wulgaryzmy i drastyczna "mowa nienawiści" są usuwane. Nie przyjmujemy komentarzy ani listów anonimowych (minimum jawności: podanie nazwiska i adresu piszącego do wyłącznej wiadomości redakcji).
Osoby, pragnące na naszych łamach opublikować artykuł, proszone są o nadsyłanie dokumentów w postaci edytowalnej (czysty tekst lub dokumenty Worda albo OO) na adres studioopinii@gmail.com. Pod tym samym adresem prosimy kierować wszelkie uwagi o witrynie i listy do redakcji.
Informujemy uprzejmie, że ta witryna nie jest blogowiskiem, lecz redagowaną gazetą internetową.
Nieliczna redakcja zmuszona jest do wyboru licznie nadsyłanych tekstów i nie jest w stanie każdorazowo uzasadniać decyzję nie wykorzystania nadesłanej propozycji. Decyzja z praktycznych względów musi być ostateczna i nieodwołalna, dyskusji na ten temat nie zdołamy prowadzić.
Redakcja zastrzega sobie prawo zmian formalnych w zaakceptowanym do publikacji tekście, w szczególności dodania śródtytułów, zmiany tytułu, koniecznych zmian stylistycznych, gramatycznych i ortograficznych oraz doboru ilustracji – z braku czasu i mocy przerobowych - bez uzgadniania z Autorem. Redakcja zobowiązuje się nie wypaczać myśli Autora.



