Skandal
Opinia Stefan Bratkowskiego, prezesa honorowego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich
Uważam za skandal prawny dalsze użytkowanie art. 212 ust. 2 Kodeksu Karnego, sprzecznego z zasadami Konstytucji, zasadami Unii Europejskiej w zakresie ochrony wolnego słowa oraz z zasadami zdrowego rozsądku. Sytuacja, w której trzeba tylu apelacji w sprawie ze skandalicznego, ciągle nie usuniętego artykułu KK, jest czymś ze wszech miar anormalnym. Kompromituje nasz wymiar sprawiedliwości dzisiaj i będzie kompromitowała go jutro przed trybunałem Unii.
Stefan Bratkowski
Zasadnicze fakty w sprawie
Pisze Mariusz Ziomecki:
Redakcja „Super Expressu”, dziennika którym w okresie od 2 kwietnia 2003 do końca marca 2006 kierowałem jako redaktor naczelny, sprawę Marcina i Mariana J. traktowała początkowo w kategoriach rutynowego tematu. Media są również od tego, by wskazywać możliwe zagrożenia dla bezpieczeństwa i ładu publicznego, a w uzasadnionych przypadkach, wesprzeć organy ścigania.
Gdy policja dyskretnie poprosiła redakcję o nagłośnienie planowanych czynności (przeszukanie mieszkania) przeciwko parze podejrzanych o notoryczną pedofilię mieszkańców Żoliborza, nie wahaliśmy się długo. Ze zgrozą oglądaliśmy próbkę materiałów wcześniej skonfiskowanych podejrzanym, na których jeden z braci poddaje kilkuletnie dziewczynki czynnościom seksualnym a drugi, czasem słyszalny zza kamery, kręci film wideo. Po dochodzeniu dziennikarskim złożyliśmy zawiadomienie o przestępstwie. Policja, tak jak zamierzała, weszła do lokali zajmowanych przez braci Mariana i Marcina J. i faktycznie zabezpieczyła, w obu mieszkaniach, duże ilości fotografii i kaset filmowych. Według zeznań policjantów, w całym mieszkaniu na wierzchu leżały materiały pornograficzne z udziałem dzieci; OBAJ BRACIA byli widoczni na tych zdjęciach. Podobnie zeznawała właścicielka domu, która wynajmowała braciom J. mieszkanie i jako pierwsza przypadkowo odkryła szokujące materiały. Reporterskie rozeznanie wśród sąsiadów też to potwierdzało, że bracia interesowali się dziećmi w sposób niezdrowy. Ale ludzie byli zastraszeni, rozmawiali z reporterami tylko pod warunkiem zagwarantowania im anonimowości. Powoli zaczęliśmy temat nagłaśniać. Jednak po pierwszych publikacjach szybko zaczęły potwierdzać się szokujące prognozy policjantów, że żoliborska prokuratura rejonowa zachowa się pasywnie a swoim postępowaniem będzie chronić raczej interesy wytwórców tej dziecięcej pornografii niż zagrożonych obywateli. Nasze poczucie zadowolenia z dobrze spełnionego obowiązku szybko znikło a nastawienie do sprawy braci J. stopniowo zmieniało się.
Oto mieliśmy do czynienia ze złem w czystej postaci – funkcjonującym od lat w lokalnej społeczności, dzięki, najprawdopodobniej, złej woli nielicznych, obojętności i braku wyobraźni u innych. Temat o pedofilii na Żoliborzu zmienił się w wyzwanie moralne dla redakcji – w test naszego przekonania, że dziennikarstwo ma również, a może przede wszystkim, wymiar społeczny. Że jest zawodem i służbą.
Brak determinacji władz prokuratorskich – mówiąc najłagodniej – by doprowadzić krzywdzicieli dzieci przed oblicze sądu, szokował nas nie mniej niż drastyczne sceny z udziałem Marcina J. i kilkuletnich dziewczynek (niektóre kręcone na placach zabaw). Wiele wskazywało, że po raz kolejny prokuratorskie „działania” zakończą się na niczym.
Według naszych informatorów, policjanci dostarczali śledczym mocne dowody – kasety z osobistym udziałem Marcina J., zdjęcia gdzie widoczny był też Marian. Informatorzy też podkreślali, że nagrane są głosy obu. Jednak któryś kolejny kontakt z prokuraturą przyniósł informację, że nie dojdzie do postawienia zarzutów sprawcom. Dlaczego tym razem, pytaliśmy. Bo na kasecie ktoś napisał ręcznie wsteczną datę – i z tego prokurator odpowiedzialny za postępowanie skwapliwie wyciągnął wniosek, że sprawa się przedawniła. Szybko nasi reporterzy uzyskali informacje, że opisy na kasety nanosili… sami bracia, tłumacząc to tym, że robią to dla własnego bezpieczeństwa.
Zrozumieliśmy, że mimo naszych publikacji ani żoliborska prokuratura, ani jej zwierzchnicy bez dodatkowej presji nie kiwną w tej sprawie przysłowiowym palcem w bucie. Na koniec, po dyskusjach w gronie kierownictwa redakcji, doszliśmy do wniosku, że najważniejsze jest, by wreszcie zacząć chronić dzieci. Mieliśmy przekonanie, poparte dowodami w postaci kaset, zdjęć, świadków i informatorów, że zagraża im bezpośrednie niebezpieczeństwo. Uznaliśmy, że doprowadzenie do faktycznego przerwania procederu krzywdzenia nieletnich wymaga od „Super Expressu” podjęcia kroków nadzwyczajnych – ujawnienia tożsamości sprawców (po obejrzeniu kaset nie myśleliśmy o braciach J. jako o „podejrzanych”).
Zdawaliśmy sobie sprawę, rzecz jasna, że taki krok wystawia nas na ryzyko. Prawo chroni dobra osobiste obywateli, również tych podejrzanych o przestępstwa. Uznaliśmy jednak, że działamy w trybie wyższej konieczności. Według informatorów, bracia J., po latach bezkarnej działalności byli bardzo pewni siebie – na co wskazywał fakt, że specjalnie nie kryli się ze swoim procederem. Mają na Żoliborzu aurę „nietykalnych”, twierdzili informatorzy – skutecznie nękają procesami sądowymi oskarżycieli, zastraszają potencjalnych świadków.
Dziś wiem, że trudno się dziwić tej pewności siebie. Policja ani prokurator nie zrobili nic, by zachęcić domniemane ofiary do składania zeznań (doświadczenia innych krajów wskazują wyraźnie, że do skutecznego ścigania tak drastycznych przestępstw potrzebne są publiczne apele o zgłaszanie się świadków oraz specjalne procedury i fachowa pomoc psychologów, aby poszkodowane dzieci i ich rodzice mogli pokonać wstyd, poczucie winy, lęki i opory psychiczne).
Na Żoliborzu poprzednie, czteroletnie śledztwo w sprawie wytwarzania przez braci dziecięcej pornografii, zostało umorzone w 2002 roku. Zarówno hurtowe ilości „towaru” KILKAKROTNIE przechwytywanego przez policjantów w mieszkaniach braci J., jak i wyraźnie komercyjny charakter na wpół profesjonalnie montowanych na magnetowidzie kaset, ze specjalną oprawą graficzną i dźwiękową, oraz względny dobrobyt braci, niemający pokrycia w oficjalnych źródłach dochodu, wskazywały, że bracia bez przeszkód prowadzą operację przestępczo-handlową na znaczną skalę.
Dodam, że było to wkrótce po niesławnej aferze z pedofilami z Dworca Centralnego, zdumiewająco nieudolnie ściganymi przez wymiar sprawiedliwości. Opinie, że mieliśmy do czynienia w Warszawie z „pedofilską mafią”, nad którą faktyczny „parasol ochronny” trzyma ktoś z policji lub z prokuratury, trudno było odrzucać jako całkowicie niewiarygodne. „Nie wyjdziemy z sądów przez wiele lat”, powiedziała mi w pewnym momencie red. Katarzyna Brudnias, podsumowując zdobyte przez siebie informacje o braciach J. i o nastawieniu prokuratury. „Jak nie my, to kto? (ma ich zatrzymać)” – opowiedziałem pytaniem.
Mimo ponad trzydziestoletniego doświadczenia w zawodzie dziennikarza w Polsce i w Stanach Zjednoczonych, w tym więcej niż dekady na stanowisku redaktora naczelnego różnych tytułów prasowych, muszę przyznać, że nie do końca doceniłem ostrzeżenie red. Brudnias.
Wydawało mi się, że wobec posiadanych przez policję twardych dowodów – nagrany wizerunek Marcina J. skonfiskowane przez policję fotografie, rozpoznawalne według naszych informatorów głosy braci na nagraniu – tym razem presja publiczna skłoni prokuraturę do działania. Interesy redakcji również wydawały mi się bezpieczne. Oprócz kaset mieliśmy również naocznego świadka, właścicielkę mieszkania wynajmowanego przez jednego z braci (spędzali w nim wspólnie większość czasu, według naszych informacji).
Skrupulatnie też dochowywaliśmy reguł zawodowej staranności: nasi reporterzy docierali do wszystkich możliwych dokumentów i informatorów, zdobyte informacje składały się w spójny, logiczny obraz a potwierdzali je, oficjalnie i nieoficjalnie, funkcjonariusze organów ścigania. Nie mogliśmy co prawda zbytnio liczyć na skuteczność tej dziwnej żoliborskiej prokuratury, ale były przecież instytucje zwierzchnie, sprawujące nadzór. Był minister sprawiedliwości. Uważałem wtedy, pod wpływem doświadczeń amerykańskich, że są też granice przyzwoitości. Szczególnie na sali sądowej.
Zadecydowałem: skoro powołane do ochrony obywateli organy państwa zawodzą tak katastrofalnie, skoro prokuratura zachowuje się tak szokująco pasywnie, „Super Express” da obywatelom szansę samoobrony. Jeżeli działania policji ani prokuratury nie powstrzymały przestępczego procederu (co ujawniały kolejne rajdy i przeszukania policyjne w lokalach zajmowanych przez braci J.) – zrobi to gazeta. Damy mieszkańcom tej dzielnicy wiedzę, do tej pory skrzętnie przed nimi skrywaną, dzięki której sami będą mogli chronić swoje dzieci. Wzięliśmy głęboki oddech i opublikowaliśmy zdjęcia z pedofilskich filmów z Marcinem J. w roli głównej. Podaliśmy też dane osobowe braci oraz ich miejsce zamieszkania.
Charakter publikacji, użyte dosadne słownictwo oraz sugestywny sposób prezentacji, są właściwe dla charakteru gazety. „Super Express” jest tzw. tabloidem. Jego sposób prezentacji, emocjonalny i – w przypadku tematów interwencyjnych – oskarżycielski język, są standardem w branży wydawniczej na całym świecie.
Wiedzieliśmy, że niektórymi z tych publikacji naruszyliśmy zasady prawa. Mieliśmy jednak przekonanie, potwierdzone przez dział prawny „Super Expressu”, że działamy w stanie wyższej konieczności. Ostrzegliśmy społeczność przed realnym niebezpieczeństwem. Poza wszelką dyskusją działaliśmy więc w interesie społecznym.
Dalszy bieg wypadków opisują nasze artykuły oraz dokumenty sprawy. Dzięki presji opinii publicznej bracia J. zostali zatrzymani, ale prokuratura swoją energię skupiła na… redaktorze naczelnym „Super Expressu”. Niżej podpisany został wezwany na policję, gdzie funkcjonariusz, powołując się na wyraźne instrukcje przełożonych, pobrał mu odciski palców jako podejrzanemu o naruszenie prawa prasowego. Co do braci J., prokuratorów rychło wody odeszły. Ponownie zadeklarowali bezradność: ich zdaniem przestępstwo z kaset uległo przedawnieniu… Rękawy znów zakasali dziennikarze.
Obejrzeliśmy niektóre kasety wideo ze skonfiskowanych przez policję „zasobów” braci J. (Zapewniam, było to zajęcie przykre, wystawiające na ciężką próbę nerwy i odporność ludzi. Jeden z dziennikarzy, prawie dwumetrowe chłopisko, wręcz odmówił zajmowania się tym tematem, ze względu na stres, jakim było dla niego oglądanie krzywdy małych dzieci. Bezwzględność i lubieżność seksualnych drapieżników na tych filmach były naprawdę szokujące). Mimo szczupłości zespołu redakcyjnego obciążonego wydawaniem dużej gazety codziennej, całymi dniami oglądaliśmy produkcje braci J. na redakcyjnym magnetowidzie. I red. Brudnias znalazła dowód – ujęcie komercyjnego pojemnika firmy Pepsi Cola, który stosunkowo niedawno pojawił się na rynku. Obaliliśmy pretekst, który skłaniał żoliborskich funkcjonariuszy prokuratury do umorzenia sprawy. Marcinowi J. w końcu postawiono zarzut.
Niestety, okazał się to zarzut najłagodniejszy z możliwych w tej sytuacji: „utrwalania treści pornograficznych z udziałem dzieci”. Mimo, że na skonfiskowanych materiałach widać np., że oskarżony dotyka dziewczynek. Marcin J. został tymczasowo aresztowany na okres ok. 2 lat. Prokuratura na koniec, w ślimaczym tempie wniosła apelację, domagając się zaostrzenia zarzutu; sprawa jest w toku. Natomiast Marian J. uniknął problemów w prosty sposób: odmówił dania próbki głosu do badań porównawczych.
Pragnę wyrazić moje głębokie przekonanie, że w tej bulwersującej z wielu powodów i bolesnej sprawie TYLKO DZIENNIKARZE „SUPER EXPRESSU” oraz żoliborscy policjanci dochowali należytej staranności. Bez naszych wysiłków, dalece wychodzących poza normalne zadania mediów (demokracja nie nakłada na dziennikarzy ciężaru zdobywania dowodów procesowych; media są tylko systemem wczesnego ostrzegania (ang. „watchdog”); mają też prawo się mylić, tak długo jak działają w dobrej wierze!). Gdyby nie nasza gazeta, nikomu nie postawiono by zarzutu i nikt nie zajmowałby się sprawą wytwarzanej na Żoliborzu w dużych ilościach pornografii dziecięcej.
Teza, że Marian nie miał nic wspólnego z praktykami swojego skazanego brata i że został skrzywdzony przez dziennikarzy „Super Expressu”, jest uprzejmą fikcją na użytek procesu. Marian J. do dziś konsekwentnie odmawia zrobienia oczywistej rzeczy, która zadałaby kłam naszemu twierdzeniu, że był czynnym uczestnikiem przedsięwzięcia brata: dania próbki głosu do ekspertyzy. Tak, prawo mu zezwala na taką odmowę. Ale nawet to prawo nie zabrania nikomu słuchania głosu z produkcji filmowych Marcina, zarekwirowanych przez policję. Kiedy ich słucham, rozpoznaję charakterystyczny głos. Jest to głos nieznośnie znajomy.
W ekspertyzie, o której mowa w trakcie procesu, jaką – znów pod presją artykułów w „Super Expressie” – na koniec wykonano w prokuraturze, próbką porównawczą było nagranie z telewizji (bracia J. byli tak pewni siebie, że wystąpili w programie „Uwaga” stacji TVN po skandalu, jaki wybuchł w wyniku naszej publikacji; w trakcie tej audycji ujawnili kliniczną cechę pedofilów: całkowity brak empatii dla ofiar – o małych dziewczynkach ze swoich kaset mówili z lekceważeniem).
Tak czy inaczej, biegły napisał, że nie jest w stanie jednoznacznie określić, czy uzyskany z pośredniego źródła, nagrany na kasetach głos należy na pewno do Marcina; może tak, może nie. Prokuratura starym zwyczajem poszła po najlżejszej linii oporu, wbrew normalnym praktykom próby nie ponowiono z innym biegłym.
Jak zaznaczyłem, rozumiem, że Marian J. ma prawo odmówić próbki głosu.
Wymiar sprawiedliwości, starym zwyczajem, nie znalazł podstaw, żeby go ścigać. Czy jednak należy też przymykać oczy na oczywisty fakt, że Marian jest współodpowiedzialny za tragedię krzywdzonych dzieci? Marian NIE MÓGŁ NIE WIEDZIEĆ o procederze Marcina! Tych braci łączy niezwykle silna więź, rzadko spotykana wśród dorosłych mężczyzn, widoczna również na sali sądowej. Są praktycznie nierozłączni. Istnienie tej więzi potwierdzają zresztą sami zainteresowani w swoich zeznaniach.
Marian J. ma prawo odmówić zeznań przeciwko swojemu bratu. Z mniej oczywistych dla mnie powodów, nie musi też wyjaśniać, dlaczego nie przeciwdziałał krzywdzeniu dzieci przez swojego brata, klinicznie zdiagnozowanego jako pedofil, praktycznie dzieląc z nim mieszkanie. Jednak Marian J., bez przeszkód ze strony wymiaru sprawiedliwości, idzie teraz krok dalej.
Występuje w roli osoby pokrzywdzonej – więcej: wspomaganego przez skarb państwa oskarżyciela! Domaga się sądownie satysfakcji i odszkodowania astronomicznej wysokości. Czyż znana już od czasów rzymskich zasada nie mówi, że nikt nie powinien czerpać korzyści z przestępstwa?
Zespół „Super Expressu”, reporterzy i redaktorzy, wykonał swoją pracę – najlepiej, jak w tych warunkach było możliwe. Były minister sprawiedliwości Grzegorz Kurczuk stwierdził w rozmowie z niżej podpisanym, że w jego osobistej ocenie żoliborska prokuratura była „zdecydowanie najgorsza” z wszystkich „źle funkcjonujących prokuratur”, z jakimi zetknął się w kraju – cytuję z pamięci. (Pan Kurczuk zapewne zechce potwierdzić tę ocenę, jeżeli zostanie wezwany na przesłuchanie).
Nasze możliwości obrony są w sposób znaczący ograniczone gwarancjami, jakich musieliśmy udzielić wielu informatorom, głównie w policji i w prokuraturze, ale również wśród sąsiadów braci J. Tak jak ofiary z różnych, opisanych w literaturze fachowej, względów bardzo często nie chcą zeznawać przeciw seksualnym prześladowcom w sądzie, tak inni świadkowie mają ogromne opory przeciwko „łączeniu” ich z takimi bulwersującymi sprawami jak pedofilia. Gwarancje anonimowości dane tym ludziom musimy honorować w sposób absolutny, bez względu na naszą sytuację procesową. Nie bez znaczenia, jak zaobserwowałem, jest też zmęczenie niektórych świadków, którzy wzywani są do sądów po wielokroć, ze względu na samą liczbę procesów, które wytaczają bracia J. Są oni emerytami z dużą ilością wolnego czasu, sądy rutynowo zwalniają ich z opłat oraz przydzielają im prawników z urzędu; nic więc nie ogranicza ich działalności „procesotwórczej”. Jeden z policjantów wezwanych przez nas na świadka w trakcie tego procesu spontanicznie wskazał na tę okoliczność – konieczność wielokrotnego stawiania się w sądach – jako powód swojej niechętnej postawy w trakcie zeznań.
Jednak akcja „Super Expressu”, mimo bardzo trudnej, wrażliwej materii w której poruszali się nasi reporterzy i mimo braku współpracy ze strony części organów ścigania, odniosła częściowy sukces. Bezkarnemu przez lata Marcinowi J. udało się postawić zarzut, a areszt tymczasowy na blisko dwa lata uniemożliwił mu kontynuowanie działalności. Po wielu latach haniebny proceder na Żoliborzu wreszcie ustał. Według szacunków policji, w Polsce każdego roku ofiarami pedofilów pada około 2 tysięcy dzieci. Badania seksuologów wskazują, że faktycznie zjawisko może być o wiele większe. Jest to sytuacja alarmująca, zdaniem wielu autorytetów, uzasadnia radykalne zmiany w prawie i praktyce działania organów ścigania. Np. prof. Piotr Kruszyński, znakomity karnista, popiera upublicznianie danych (skazanych prawomocnie) pedofilów – włącznie z wizerunkami. „Właśnie po to, by chronić dzieci, potencjalne przyszłe ofiary,” mówi w niedawnym wywiadzie.
Akcja „Super Expressu” udowodniła, że czasem trzeba odwrócić tę kolejność. Moim zdaniem jedyna istotna pomyłka „Super Expressu” w sprawie braci J. polegała na założeniu, że prokuratura chociaż w minimalnym stopniu wykona swoją pracę w stosunku do obu braci.
Poniżej jest fragment wywiadu, jaki przeprowadziłem wiosną tego roku w „Superstacji” z prof. Markiem Safjanem. Dysponuję płytą CD z pełną treścią rozmowy.
Marek Safjan: (….) kryterium które zostało przyjęte (w orzeczeniu Sądu Najwyższego – przyp. MZ), wskazuje na to, że tylko wtedy może być zwolniony dziennikarz od mówienia, od napisania prawdy, tylko wtedy, jeśli wykaże, że zachował maksymalną staranność zawodową. Tylko wtedy dziennikarz… Dziennikarz ma prawo do pomyłki, powiedział Sąd Najwyższy. Można o tym dyskutować, ale powiedział Sąd Najwyższy: ma prawo do pomyłki. Jeżeli pan redaktor by zebrał w sposób bardzo skrupulatny informacje, o panu Marku Safjanie, ale jedno z tych źródeł mówiło nieprawdę, czego pan nie mógł sprawdzić, no to wtedy czy byłaby podstawa żeby pana karać czy sankcjonować w jakikolwiek sposób? Jeżeli pan wykazałby staranność?
MZ: Panie prezesie, ja się obawiam że tak. Znaczy że… Moje doświadczenia osobiste w sądach, a jest ich niestety sporo, wskazują że bardzo często sądy odkładają na bok motywy, dobro społeczne. (….) nie ważne jakie były wasze intencje, czy mieliście podstawy żeby sądzić że piszecie prawdę, skoro nie mieliście dowodów i się okazało że piszecie nieprawdę, bum! Przegrywacie proces. Tak to się dzieje.
MS: To jest bardziej skomplikowane. Ja mówiłem akurat…. to było orzeczenie sądu cywilnego. Ale, szczerze mówiąc, jedna rzecz powinna spotykać w granicach prawa, spotykać się w granicach prawa z sankcją, i to chcę wyraźnie powiedzieć. Wtedy, kiedy mamy do czynienia z intencjonalnym, umyślnym kłamstwem. Jeżeli dziennikarz intencjonalnie kłamie, (…) to nie może być tak, że nagle w imię wolności słowa możemy bronić dziennikarza za jego intencjonalnie kłamstwo. (…) Ale możemy go bronić, i tutaj posługiwanie się sankcją prawa karnego byłoby na pewno niedopuszczalne, wtedy jeżeli dziennikarz się myli w dobrej wierze będąc… Albo działa w obronie interesu publicznego, zachowując rzetelność dziennikarską. Myślę, że jednak w demokratycznym społeczeństwie, wolność słowa jest tak ważną wartością, że ona czasami musi przeważyć nad innymi wartościami. Chociaż wiem, że mogę być pokrzywdzonym potencjalnie, ale uważam, że wolność słowa jest strasznie ważna.
MZ: Panie profesorze, to jest norma która obowiązuje w wielu krajach, ja bym strasznie chciał, żeby ona obowiązywała w Polsce, ale…
MS: Wolność słowa?
MZ: Tak. Ta norma, którą pan w tej chwili określił. Że wolno karać za wypowiedź prasową, czy dziennikarską, tylko wtedy jeżeli jest ona robiona świadomie w złej intencji. Natomiast jeżeli dziennikarz działa w dobrej wierze i popełnia błąd, moim zdaniem powinien być chroniony, bo to jest cena wolności słowa, że czasami popełni błąd i czasami kogoś skrzywdzi.
MS: Tak, dokładnie…
Inny tekst Mariusza Ziomeckiego w tej sprawie
UPRZEJMA FIKCJA,
czyli uwagi prywatne, do wiadomości Rzecznika Praw Obywatelskich pana dr Janusza Kochanowskiego, do wyroku skazującego dziennikarkę w głośnej sprawie o pedofilię,
wydanego przez Sąd Rejonowy dla m. St. Warszawy, IV Wydział Karny, z 17 października 2007 roku, skazującego reporterkę Katarzynę Brudnias z art. 212 par. 22 k.k (sygnatura akt IV K 367/06), następnie podtrzymanego przez Sąd Okręgowy, IX wydział odwoławczy w Warszawie; stanowisko obu sądów zostało poparte przez Ministerstwo Sprawiedliwości, które w styczniu br. odmówiło wniesienia rewizji nadzwyczajnej w tej, bulwersującej środowisko dziennikarskie, sprawie.
GENERALNIE:
Uzasadnienie wyroku przez Sąd Rejonowy, zaakceptowane w całości przez instancje odwoławcze, wskazuje na alarmujące problemy procesu wymiaru sprawiedliwości, który doprowadził do skazania red. Brudnias. Sąd ignoruje fakty ustalone w sprawie, pomija kluczowe materiały dowodowe albo nie wyciąga z nich logicznych wniosków. Sąd bez wskazania podstawy odmawia wiarygodności zeznaniom świadków obrony, jak policjanci lub właścicielka domu – jednocześnie przykładając dużą wagę do zeznań świadków, którzy mają ewidentny konflikt interesu, np. siostra oskarżycieli.
W tym werdykcie, Sąd wszelkie wątpliwości rozstrzyga na niekorzyść oskarżonej dziennikarki – a z drugiej strony, naciąga reguły logiki, psychologicznego prawdopodobieństwa oraz interpretację postępowania stron w sprawie w taki sposób, aby przedstawić krzywdziciela dzieci w roli ofiary cynicznych, niesumiennych mediów.
Stronniczość Sądu najbardziej uderza w tych częściach uzasadnienia, gdy sędzia analizuje postępowanie dziennikarzy w kontekście zapisów prawa prasowego i artykułów Kodeksu Karnego – szczególnie art. 212 – oraz orzecznictwa trybunałów unijnych, które mają chronić dociekliwość mediów, osłaniając dziennikarzy przed bezpodstawnym nękaniem odpowiedzialnością karną w systemie demokratycznego europejskiego państwa. Tu w absolutnie kluczowych kwestiach, czyli dochowania przez red. Brudnias oraz „Super Express” należytej zawodowej staranności, oraz działania przez reporterkę i jej redakcję w dobrej wierze i w ważnym interesie społecznym, argumentacja Sądu staje się wprost karkołomna. Sędzia zwija się w logiczny precel i sięga prawą ręką do lewego ucha interpretując światłe orzeczenia tak, żeby za wszelką cenę uzasadnić antymedialny wyrok.
W całości, orzeczenie jest przykrą lekturą, przywołującym znane wszystkim chyba Polakom bezradne pytania: „Jak to w ogóle jest możliwe?” „W jakim kraju my żyjemy?” Po wielokrotnym uważnym przestudiowaniu tego kuriozalnego uzasadnienia, trudno mi oprzeć się wrażeniu, że dla tego sądu rejonowego, oraz instancji apelacyjnych, prawdziwą zbrodnią jest naruszanie ustawy o ochronie dóbr osobistych przez dziennikarzy, nie przestępstwa seksualne przeciwko dzieciom.
Jestem osobą nieskłonną do snucia teorii spiskowych, ale nie potrafię też wykluczyć, że mógł tu zadziałać też motyw lojalności korporacyjnej. Czy sądem nie kierowała, w jakieś mierze, chęć rehabilitacji żoliborskiej prokuratury, w owym czasie jednej najgorszych w kraju (jeśli wierzyć ocenie ówczesnego ministra sprawiedliwości), która zaznała uszczerbku z powodu kampanii zbyt dociekliwej, zbyt upartej i zbyt hałaśliwej gazety? Prokuratorzy, którzy latami urzędolili zamiast dochodzić prawdy materialnej i pod byle pretekstami umarzali postępowania wobec braci J., faktycznie nie byli oszczędzani przez „Super Express”. Jakoś nigdy żaden z nich nie zdecydował się jednak nas pozwać. Załatwili to inną drogą, okrężnie?
KILKA UWAG SZCZEGÓŁOWYCH
-
Sąd odmówił zapoznania się z zawartością kasety wideo, która stała się bezpośrednią, najważniejszą (choć nie jedyną!) przyczyną postawienia przez „Super Express” publicznego zarzutu pedofilii obu braciom J. Sąd założył, że decyzja żoliborskiego prokuratura, który kasetę otrzymał, o niestawianiu zarzutów Marianowi J., była poprawna, a tym samym jest do dowód a kwestii już rozstrzygniętej przez wymiar sprawiedliwości. Tymczasem WŁAŚNIE TO NAGRANIE jest podstawowym dowodem, że prokuratura na Żoliborzu nie pracowała na rzecz bezpieczeństwa publicznego w tej sprawie! Prokurator usiłował umorzyć sprawę przeciw obu braciom z przyczyn czysto formalnych, ale nie był w tym dosyć staranny (udowodniliśmy mu, że sprawa się nie przedawniła!) Dzięki tej kasecie WYMUSILIŚMY praktycznie na prokuraturze postawienie zarzutu przynajmniej jednemu z braci, Marcinowi J., widocznemu w kilku scenach na kasecie.
-
Czy fakt, że „Super Express” stając na głowie UDOWODNIŁ ponad jakąkolwiek wątpliwość prokuraturze błąd TYLKO w odniesieniu do jednego z dwóch znanych predatorów, jest wystarczającym powodem, żeby kwestionować uczciwe intencje i profesjonalizm dziennikarzy, jak czyni to w tym kuriozalnym orzeczeniu sąd rejonowy?
-
Dalej: skoro domniemany błąd w oskarżeniu Mariana jest tak szkodliwy społecznie, że musi skutkować ukaraniem dziennikarki więzieniem w zawieszeniu, czy państwo polskie zamierza ukarać również prokuratora – który popełnił gorszy błąd – nie dochował staranności i przedwcześnie zawiesił postępowanie wobec seksualnego przestępcy Marcina (skazany uprzednio za pedofilię, rozpoznany klinicznie przez biegłego jako pedofil; jego obecny proces trwa, inny już prokurator niedawno wystąpił do sądu o zaostrzenie zarzutu)?
-
Wyrok uznaje winę dziennikarki zakładając OCZYWISTĄ niewinność Mariana. Rozumowanie sądu jest proste. Został skazany? Nie! Postawiono mu zarzuty? Też nie! Reszta się nie liczy. Czy prokurator wykazał dociekliwość, czy przeprowadził uczciwe dochodzenie – to sądu nie interesuje. Sąd wie z akt, że na kasecie osoba Mariana nie pojawia się a biegły miał wątpliwości, czy głos drugiego z krzywdzicieli, zapewne operatora kamery, który słychać zza kadru, na pewno należy do Mariana. Sądowi wiadomo, że Marian odmówił udzielenia próbki głosu, co mogłoby tę sprawę rozstrzygnąć ponad wszelką wątpliwość a prokuratura, z tajemniczych powodów, nie zwróciła się do innego eksperta. Jednak te kwestie nie budzą ciekawości sądu.
-
Sąd rezolutnie ignoruje też zeznanie policjantów oraz innego świadka, że OBAJ BRACIA widnieli na pornograficznych zdjęciach z dziećmi, które wielokrotnie konfiskowali w ich mieszkaniach. Dlaczego sąd odrzuca jako nieistotną okoliczność, że w przeszłości obaj wielokrotnie stawali się celem operacyjnych działań żoliborskiej policji w sprawach związanych dziecięcą pornografią? Dlaczego wreszcie sąd uparcie nie dostrzega faktu, widocznego choćby na sali sądowej, że bracia wystepują w tych aferach razem, bo są psychologicznie i fizycznie nierozłączni, w sposób rzadko spotykany wśród dorosłych mężczyzn?
-
Jednak sąd, w obliczu powyższych faktów, zaprzecza iż dziennikarze mieli JAKIEKOLWIEK przesłanki, by wierzyć w prawdopodobną winę również Mariana. Zarzuca red. Brudnias działanie całkowicie bezpodstawne, w złej wierze.
-
Sąd zarzuca też red. Brudnias uporczywe szkodzenie Marianowi J., wskazując, że kontynuowała SWOJE „oszczercze” publikacje również po tym, jak żoliborska prokuratura odmówiła postawienie mu zarzutów. Sąd ignoruje tym samym centralny, kapitalny problem tej sprawy: brak wiarygodności żoliborskiej prokuratury. Nie tylko w oczach dziennikarzy, opinii publicznej i policji. Ta prokuratura doczekała się miażdżącej oceny przez własnych zwierzchników! Dla sądu skazującego red. Brudnias nie ma to jednak znaczenia.
-
Dalej: Marian miał, bo musiał mieć, szczegółową wiedzę o tym, co wyczynia Marcin. Jednak przez te wszystkie lata nie zrobił nic, by chronić dzieci albo choćby pomóc bratu się leczyć. W tym kontekście rozbudowane rozważania sądu, jak stygmatyzująca i krzywdząca jest nalepka pedofila rzekomo bezpodstawnie nadana mu przez Katarzynę Brudnias i „Super Express”, robią surrealistyczne wrażenie.
-
Marcin nigdy nie wyjaśnił, kto, jeśli nie jego brat, był operatorem kamery która uwieczniła jego przestępcze działania wobec kilkuletnich dziewczynek. Sądu ta sprawa wyraźnie nie interesuje, podobnie jak to, czyj głos faktycznie dobiega zza kadru; sąd nie poświęca tym kwestiom uwagi w uzasadnieniu. Wysoki sąd wydatkuje za to mnóstwo energii i prawniczej wiedzy na budowę konstrukcję uprzejmej fikcji, że Marian jest niewinną ofiarą goniących za sensacją dziennikarzy. Oraz na snucie teorii, w myśl której ogólnopolski dziennik z ponad dwiema setkami dziennikarzy, z niżej podpisanym na czele, działał w tej sprawie w interesie... skonfliktowanej z braćmi J. właścicielki budynku.
-
And the last but not the least, sąd rejonowy skazał Katarzynę Brudnias za czyny, które popełnił ktoś inny. Tym kimś jestem ja, Mariusz Ziomecki. Jako redaktor naczelny gazety podejmowałem decyzje w sprawie ostatecznego kształtu wszystkich publikacji. Bez żadnych wahań przyznałem to sądowi. Zeznałem, że gdy normalne publikacje zawiodły, osobiście zadecydowałem o ujawnieniu wizerunków i danych życiowych Jabłońskich. To ja, po umorzeniu sprawy przez te żałosne karykatury prokuratorów, uznałem że mamy tylko jedno wyjście: powiedzieć żoliborzanom całą znaną prawdę. Przekazać ludziom fakty: skoro państwo nie potrafi albo nie chce Was bronić, brońcie sami własnych dzieci.
Mariusz Ziomecki
Do dziś jestem przekonany o słuszności tej decyzji. Jestem dumny z tego, że wtedy, na przełomie wiosny i lata 2003 roku wreszcie położyliśmy kres procederowi tych socjopatów. Po kilkudziesięciu latach bezkarnej działalności, bracia Jabłońscy znaleźli się w odwrocie. Przestali być mile widziani w okolicznym przedszkolu. Już nie mogli kręcić się z kamera po placach zabaw i, z tego co wiemy, jawnie zapraszać dzieci do domów. Innymi słowy, na Żoliborzu są spaleni.
EPILOG (stan na dziś)
Kasia Brudnias została prawomocnie skazana, wyrok został wykonany. W jej domu pojawił się komornik, jest pod „opieką” kuratora sądowego, który sprawdza, jak się prowadzi. Nie ma już żadnej możliwości apelacji – poza apelacją nadzyczajną. Ministerstwo Sprawiedliwości odrzuciło wniosek – po prostu cytując argumenty z oryginalnego uzasadnienia wyroku... Rzecznik Praw Obywatelskich sprawę ma, decyzji nie podjął.
Marcin J. po dwóch latach wyszedł z aresztu. Jego proces o wytwarzanie pedofilskich materiałów (zarzut jest najlżejszy z możliwych do postawienia jego sytuacji; prokuratura ponoć chce go zaostrzyć), toczy się niebywale opieszale, oskarżony to, rzecz jasna, schorowany emeryt. Prokuratorską sprawę z urzędu ma też, jakże inaczej, redaktor naczelny Mariusz Ziomecki (w jego przypadku prokuratura zadziałała niebywale dynamicznie i zdecydowanie: już kilka dni po publikacji zdejmowano mu odciski palców w Pałacu Mostowskich!. Ta sprawa karna po kilku latach zmierza ona do trudnego do przewidzenia końca...).
Marian J. tymczasem, uwolniony juz na początku sprawy od zarzutów przez słynną żoliborską prokuraturę, nie jest niepokojony przez nikogo. Na początku siedział cicho, ale kiedy jego brat wyszedł na wolność, Marian odwinął się i wytoczył serię spraw: cywilnych i karnych, Superexpressowi (domaga się od wydawcy miliona złotych odszkodowania) i dziennikarzom: Brudnias i Ziomeckiemu. Brat jest w tych sprawach oskarżycielem posiłkowym. W żadnej z tych licznych spraw, poza karną Brudnias, nie zapadł jeszcze wyrok. Ale bracia najwyraźniej są dobrej myśli, bo ostatnio również Marcin, widać zachęcony sukcesami Mariana, wytoczył nam serię pozwów. Nie mają sobie co żałować: jako emeryci dysponują czasem, sądy rutynowo ich zwalniają z opłat wpisowych i dają prawników na koszt podatnika.
Ciąg dalszy pewnie nastąpi.
A oto tekst listu, który popdpisują obecnie dziennikarze
- Prezydent RP Lech Kaczyński
- Prezes Rady Ministrów Donald Tusk
- Rzecznik Praw Obywatelskich Janusz Kochnowski
- Minister Sprawiedliwości Andrzej Czuma
- Sejmowa Komisja Sprawiedliwości i Praw Człowieka
7 października 2007 r. Katarzyna Brudnias, była dziennikarka „Super Expressu” została skazana przez Sąd Rejonowy dla m. st. Warszawy, IV Wydział Karny, na 1 rok pozbawienia wolności (w zawieszeniu na 2 lata) oraz 18 tys. zł. grzywny w procesie wytoczonym jej przez Mariana J. Wyrok został podtrzymany 28 maja 2008 r. przez Sąd Okręgowy w Warszawie, IX Wydział Karny - Odwoławczy.
Od tego czasu Katarzyna Brudnias walczy o kasację tego wyroku, ale jej wniosek w tej sprawie został odrzucony przez Ministra Sprawiedliwości. Teraz wniosek o kasację może złożyć jeszcze Rzecznik Prawa Obywatelskich.
Przypadek Mariana J. i jego brata Marcina Katarzyna Brudnias opisywała w 2003 r. w serii interwencyjnych artykułów na łamach „Super Expressu”. Publikacje te powstały z powodu bezczynności organów ścigania, bezsilnych wobec wieloletniej pedofilskiej aktywności braci J., o której redakcję informowała między innymi policja. Celem artykułów Katarzyny Brudnias była ochrona dzieci narażonych na niebezpieczeństwo ze strony braci J.
Sąd skazał dziennikarkę nie podważając, że w mieszkaniach Mariana i Marcina J. policja kilkakrotnie znajdowała wielkie ilości kaset video i zdjęć z pornografią dziecięcą, a bracia zostali zatrzymani. Policjanci zeznali w sądzie, że obaj bracia widnieli na pornograficznych zdjęciach z dziećmi, które znajdowały się w mieszkaniach. Sąd nie podważył również faktu, że w oficjalnym komunikacie z 29 kwietnia 2003 r. rzecznik prasowy Komendy Głównej Policji, oświadczył, że obydwu braci zatrzymano w ramach śledztwa dotyczącego produkcji i rozpowszechniania treści pornograficznych z udziałem dzieci. Co do tego, że w mieszkaniu braci J. znaleziono materiały pedofilskie, nie mieli wątpliwości biegli eksperci. Przed sądem przedstawiono również dowody na to, że nazwiska bracia J. w przeszłości występowały w innych śledztwach dotyczących rozpowszechniania pornografii dziecięcej. Marcin J. został w jednej z takich spraw skazany na 2 lata więzienia.
W uzasadnieniu wyroku sąd zawarł kuriozalne stwierdzenia, że „z faktu posiadania nagrań o charakterze pornograficznym nie można jeszcze wyprowadzać wniosku, że ich posiadacz jest pedofilem, zboczeńcem, pomaga bratu pedofilowi”.
Sąd stwierdził też, że „nie ustalono żadnej osoby pokrzywdzonej” chociaż na kasetach znalezionych u braci J. nagrane są drastyczne sceny z udziałem dzieci, niewątpliwie pokrzywdzonych w tej sprawie a molestowane, obecnie osoby dorosłe, z którymi kontaktowali się dziennikarze, stanowczo uważają się za pokrzywdzone. Na nagraniach występuje Marcin J. Nie udało się udowodnić, że za kamerą stoi jego brat, ale dziennikarka miała prawo do stwierdzeń, że co najmniej akceptował on pedofilskie działania i nie próbując im zapobiec przyczynił się do dramatu uwiecznionych na filmach dzieci.
Zwracamy uwagę, że w obecnie obowiązującym kodeksie karnym (art. 202 par. 3) penalizowane jest samo posiadanie w miejscu zamieszkania materiałów pornograficznych o charakterze pedofilskim. Wydając wyrok Sąd wprawdzie musiał oprzeć się o przepisy obowiązujące w 2003 r. (kiedy posiadanie wymienionych materiałów nie było karane) jednak powinien wziąć pod uwagę fakt, że nowe prawo powstało właśnie z powodu niewystarczającej ochrony ofiar pedofilii.
Tymczasem Sąd w sentencji wyroku w ogóle nie odniósł się do tego, że zaostrzono prawo. Stwierdzając, że z faktu posiadania treści pedofilskich „nic jeszcze nie wynika”, Sąd zdaje się polemizować z nowymi zapisami w tym zakresie.
Uważamy, że wyrok sądu na dziennikarkę jest głęboko niesłuszny, niesprawiedliwy i dowodzi elementarnego braku wrażliwości ze strony osób orzekających w tej sprawie.
Sprawa Katarzyny Brudnias powinna zostać rozpatrzona w drodze kasacji.
Domagamy się przeprowadzenia działań celem ustalenia tożsamości dzieci występujących na pedofilskich nagraniach, tak by mogły wskazać sprawców przestępstwa.
Uważamy, że sąd który wydał wyrok, powinien być odsunięty od postępowania ze względu na wyjątkowo tendencyjne potraktowanie dziennikarki i bezduszne podejście do dramatycznego problemu pedofilii.
Jeśli chcesz dołączyć się do naszego protestu - prześlij podpisany imieniem i nazwiskiem oraz podając prawdziwy adres poczty elektronicznej list o treści POPIERAM na adres mziomec@wp.pl
O nas...
Do redakcji można pisać
na adres studioopinii@gmail.com
Cytat, który obiecujemy brać pod rozwagę:
Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.
Św. Tomasz z Akwinu
Komunikat: Redakcja informuje uprzejmie, że w żaden sposób nie cenzuruje merytorycznie komentarzy do artykułów. Jedyna ingerencja może polegać wyłącznie na ewentualnym usunięciu słów powszechnie uznawanych za obelżywe lub nieprzyzwoite oraz "mowy nienawiści". System zarządzania witryną (niezależny od nas) jest jednakże skonstruowany w taki sposób, że niektóre wpisy pojawiają się niekiedy z opóźnieniem, czasami - z nieznanych nam przyczyn - znacznym. Choć nie ma w tym naszego działania - przepraszamy zirytowanych. Jednocześnie informujemy, że większość nowych tekstów ukazuje sią najpierw na górze strony głównej, w dziale OSTATNIO NADESŁANE, by nieco później - na ogół następnego dnia - trafić do właściwego działu merytorycznego. Komentarze wpisane do OSTATNIO NADESŁANYCH nie są ze względów technicznych przenoszone w nowe miejsce.
| POLECAMY | |
|
Dołączył do nas Jan Winiecki. Szukajcie jego felietonów w prawej szpalcie. Sławek Popowski: kapitalny esej o Gorbaczowie; arcyciekawe! Stefan Bratkowski zastanawia się: czy możemy zbudować solidny ustrój Na stronie KULTURA uruchamiamy rubrykę PRÓBY LITERACKIE. Czytajcie Mikołaja Fajfera. W witrynie pojawiło się Ilustrowane Radio Niny Nowakowskiej. Obejrzyj, posłuchaj! Chcesz zostać dziennikarzem? Nie wiesz, jak pisać? Poczytaj rady fachowca... Ważne przemyślenia George'a Friedmanna: prognoza na nasze stulecie Zajrzyj do działu CYWILIZACJA. Jest co poczytać i obejrzeć! Obejrzyj naszą telewizję (tak, tak - uruchomiliśmy własną). A w niej gościnnie EuroparTV! Nie wiesz co to? Ważny tekst dr Andrzeja Ehrlicha o (nie)sprawności zarządzania w Polsce. Są przykłady! Dr Ehrlich pisze także o pracy tłumacza
|
|
|
PONADTO... |
|
|
Stefan Bratkowski otworzył nowy cykl błyskotliwych porad dla tych, którzy nie wiedzą, że nic się nie da zrobić |
|
|
Jacek Pałasiński podejmuje gorący temat o gazie |
|
|
Ernest Skalski o Gorbaczowie
|
|
|
Sławomir Popowski |
|
|
Aleksander J. Wieczorkowski demoluje Telekomunikację Polską oraz Netię |
|


